Koszmar w trzech słowach: mieszkanie pod Warszawą. Wszystko, co jest nie tak z „polskimi Beverlyhillsami”

Widok wioski z kilkoma domkami

Kiedy pewnego dnia twój przyjaciel zwyczajnie nawali, tak że to cię więcej niż zaboli, a potem widząc swoją winę będzie błagał o wybaczenie, mówiąc, że zrobi dla ciebie wszystko, powiedz: dobrze, pod warunkiem, że na pół roku wyprowadzisz się pod miasto.

Nie ma sprawy, odpowie, poczytując to po pierwsze za twoją naiwność, a po drugie nie za karę, tylko za nagrodę – mniejszy hałas, więcej zieleni, dresy mniej agresywne, lokalsi bardziej ludzcy. I to go zgubi. Przynajmniej jeśli powyższa fabuła toczy się w Warszawie. Konkretnie na jej południowych przedmieściach, tam, gdzie Piaseczno, Józefosław, Mysiadło, Iwiczna Stara i Nowa, Zalesie, Magdalenka i inne polskie Beverlyhillsy.

Opowiem ci, przyjacielu, jak jest. Tak się złożyło za dyktatury złego losu, że przyszło mi mieszkać na początku tego wieku dokładnie w owych okolicach. Pół dekady na emigracji. Pół dekady w czyśćcu. Sprawa wydawała się na początku prosta jak miłość francuska; nie, kochany, nie wystarczy język, trzeba wyczucia. Wyczucia do pogodzenia się z nowym stylem życia. Warszawa to nie Paryż (wybacz, Warszawo), ze dwie dekady jeszcze trzeba, żeby komunikacja podmiejska funkcjonowała jak RER, nie mówiąc o rozbudowie siatki metra. Inaczej nie da rady, inaczej nie ma co się łudzić. Choć łudzi się wielu, bo taki trend. Bo fajnie mieć znacznie większe mieszkanie pod miastem. Albo bliźniaka. Albo dom wolnostojący z ogrodem i poświęconym przez proboszcza miejscem na grill. W porządku, każdy lubi, co lubi. Wróćmy do mojego przypadku. Przypadek ten wstaje rano. Do pracy kreatywnej w centrum miasta. Dworzec kolejowy hen daleko.

Jeśli nawet bym dojeżdżał i zostawiał auto na parkingu, dalszy etap nie wyglądał zachęcająco: pociąg kursował rzadko jak dobre wieści z giełdy, pasażerów zaś całe bataliony, wyszkolone w atakach na pozycje wagonów. Wsiadam do samochodu zakupionego w celu etatowego dojazdu. Przypominam, początek tego wieku. Sporo już pobudowali to tu, to tam, ale Puławska, którą dojeżdżałem, była wtedy jeszcze przejezdna. Korkowała się gdzieniegdzie. Jadę sobie, jadę, leci muzyka, fajnie, niech będzie, dam radę. Minęły dwa lata i kilka tysięcy litrów przejechanej benzyny. W tym czasie powstało dookoła chyba dwa tysiące nowych osiedli. W każdym osiedlu mieszkanie. Każde mieszkanie to jeden, dwa samochody. I każdy pędzi Puławską w stronę stolicy, do swojego konglomeratu pracowniczego. Innej drogi praktycznie nie ma.

Jednostki niezmotoryzowane zapuszkowane w autobusie linii 709, gdzie człowiek człowiekowi kradnie resztki powietrza. Jadę sobie, jadę. W korku zwyczaje korkowe. Jeden pan goli się elektryczną maszynką czekając na zielone światło. Jedna pani dokańcza makijaż. Drugi pan pogrążony w lekturze gazety rozłożonej na kierownicy. Druga pani spożywa kanapkę i popija herbatę z kubka termicznego. Jadę sobie, jadę. Nie, już nie jadę. Wystarczy deszcz, o śniegu nie wspomnę, by ruch zwolnił, wręcz zamarł. Pierwszy bieg, drugi, stop. Pierwszy bieg, drugi, stop. Minuty uciekają z cyferblatu. Ci, którzy wyjeżdżali kiedyś po ósmej, teraz muszą o siódmej, inaczej nie zdążą do pracy. Nie ona najważniejsza. W moim przypadku to czas towarzyski. Wszędzie samochodem. Jak Hank Moody w „Californication”. On dla funu, ja z przymusu. Pewnego dnia przykleił mi się do pleców fotel. Był gorszy niż koszula Dejaniry. I tak chodziłem z nim do momentu ucieczki z przedmieść. Wiesz, jak niewygodnie się śpi, kiedy coś sterczy z pleców? Było ciężko. Dosłownie.

Każdy ma prawo do swojego stajlu. Wszelako, przyjacielu, jeśli lubisz wybrać się na wernisaż czy wieczór literacki, tam sięgnąć po wino… Jeśli lubisz pójść do teatru, a potem na kolację… Jeśli marzą ci się randki, spontaniczne wypady, Przekąski Zakąski, schadzki, manifestacje, eventy, wino w Charlotte, wódka w Planie B, jeśli lubisz przebywać z ludźmi, a potem ani myślisz stresować się wskazaniem taksomierza, zdecydowanie nie zapuszczaj korzeni, nie sadź drzewa, nie rób dzieci na przedmieściach. Jasne, tam spokojniej. Więcej oddechu. Woda smakuje jak woda. Wiewiórki z ręki jedzą. Ptaszki ćwierkaniem budzą zamiast budzika. Dzieci mają się gdzie wybiegać. Ale ile można biegać, stary, zapytają kiedyś. Nikt nikomu niczego nie zabrania, pod warunkiem, że to jego wybór. Żal mi więc mojej przyjaciółki, której mąż uparł się przy wypasionym bliźniaku w Józefosławiu. Początkowo rewelacja, Pana Boga za genitalia złapali; przeprowadzka z pięćdziesięciu sześciu metrów na dwieście dwadzieścia. Jak słodko jak uroczo. Drzewo zasadzone. Dziecko podrosło. Ona dzielnie znosiła matkowanie podmiejskie.

Wreszcie przyszedł dzień wypadu na miasto, szaleństwo, alkohol, hedonizm, kochanie! Co to była za logistyka przed wyprawą, niania na posterunku, wyprawa na przystanek, oczekiwanie na spóźniający się autobus, jazda, długa jazda do metra, potem dalej i dalej. Powrót taksówką. Zwykłe wyjście do restauracji skończyło się wydaniem paru paczek. Lecz nie kasa ważna, prawda? No dobrze, powtórzymy, kochanie. Mija miesiąc, może wypad? Jesteś pewna? Ja, pewnie! Przecież nie możemy ciągle siedzieć w domu. Oszaleję! Oj tam, oj tam, nie lepiej usiąść przy winie? Będzie romantycznie, zobaczysz, zapewnia mąż. Potem obejrzymy sobie film, poczytamy czy cokolwiek. Cokolwiek? Cokolwiek?! Patrz, kochanie, jak tu dobrze, marzyłaś o tym. No marzyłam. Cholera, marzyłam! Tylko czemu, kiedy chcę sobie wyjść na Plac Trzech Krzyży, to zamienia się to w drogę krzyżową? I usiedli zrezygnowani. I tak piją do siebie. Naturalnie, inni mają inaczej, bez takich dysonansów. Ona nie może. Nienawidzi mężowskiej ostoi, marzy o powrocie na Mokotów. W wieku trzydziestu dwóch lat ma siedemdziesiąt sześć. O nie! O tak, przyjacielu.

Tekst: Dawid Kornaga

Komentarze
Koszmar w trzech słowach: mieszkanie pod Warszawą. Wszystko, co jest nie tak z „polskimi Beverlyhillsami”
3.3 (65%) 4