Karolina Winkowska: Nie ma miejsca na wymówki

Kobieta uprawiająca kitesurfing

Nominowana kiedyś do Superhiro mistrzyni świata w kitesurfingu, Karolina Winkowska, przyjechała do Egiptu, by podpisać kontrakt dotyczący współpracy.

Pomiędzy kolejnymi treningami dała nam się namówić na chwilę rozmowy o swoich początkach, uzależnieniu od deski oraz sportowych planach na najbliższe miesiące. Zdradziła też, na kogo zawsze może liczyć i dlaczego nigdy się nie poddaje.

Jak wyglądał Twój ostatni rok?

Wydarzyło się bardzo dużo. Udało mi się wygrać pierwszą edycję Pucharu Polski oraz wiele imprez w Pucharze Świata, zdobyłam tytuł mistrzyni. To chyba moje największe osiągnięcie, oprócz oczywiście przyjazdu z dziewczynami do Egiptu, bo to też uważam za cudowne doświadczenie. Poza tym w tym roku trenowałam więcej niż w zeszłym. Nie bardzo wiem, w jaki sposób wytrzymałam takie tempo fizycznie, ale dałam radę.

Jak w tym momencie oceniasz w swoją kondycję?

Biorąc pod uwagę, że, jak już powiedziałam, więcej trenowałam, to myślę, że jest naprawdę dobra. Mam więc nadzieję, że po raz kolejny uda mi się obronić mistrzostwo świata.

Twoje życie składa się z ciągłych wyjazdów. Gdzie poza Egiptem bywałaś w tym roku?

Trenowałam w wielu miejscach, dlatego że miałam bardzo dużo wolnego czasu. Odbyły się dopiero dwie edycje Pucharu Świata, a jest już przecież lipiec. Zdążyłam więc być Australii, w Afryce Południowej, we Włoszech, na Dominikanie, w Wenezueli. Poniosło mnie nawet na chwilę nad polskie morze.

Gdzie było najlepiej?

Mnie się wszędzie podoba.

Blondynka na kite

Jak wygląda Twój kalendarz na ten sezon?

Mój kalendarz jest ściśle związany z Pucharem Świata i wszystko podporządkowuję startom w tych zawodach. Teraz jadę do Hiszpanii, potem na Fuerteventurę, następnie mam dwie edycje Pucharu Polski i sierpniowe zawody w Niemczech. Na jesieni czekają mnie kolejne edycje Pucharu Świata. Miejsca, w których odbędą się rozgrywki, są jeszcze niepotwierdzone, więc dokładnie nie wiem, co będę robiła. Przewiduję, że sezon startów skończy się w listopadzie, może nawet w grudniu. Muszę jeszcze trochę powalczyć, żeby znowu zwyciężyć, co nie jest takie łatwe, jak się może wydawać.

Jak przygotowujesz się do zawodów?

Chodzę na siłownię, żeby wzmacniać mięśnie i zapobiegać kontuzjom, ćwiczę też jogę, masuję się na tzw. rollerze. Ale głównym treningiem jest dla mnie ten na wodzie, czyli kitesurfing. Teraz w Egipcie są idealne warunki pogodowe, więc będę miała mniej zajęć dodatkowych. Skoncentruję się na ćwiczeniu nowych ewolucji, ulepszaniu moich trików. Zawsze można przecież coś zrobić lepiej – wyżej się wybić, szybciej najechać itp. Chcę więc udoskonalić stare manewry i nauczyć się nowych. Tak naprawdę trenuję cały rok – od stycznia do grudnia. Miewam krótkie przerwy, kiedy jestem w Warszawie i nie mogę pływać na kite. Takie sytuacje sprawiają, że wzrasta mi motywacja. Będąc ostatnio w stolicy przez dwa tygodnie, czułam się trochę jak na odwyku (śmiech). Od razu po dotarciu do Egiptu, pływałam chyba ze 12 godzin. Kiedy robi się to codziennie, maleje zapał, bo pojawia się rutyna. Dlatego też lubię robić sobie przerwy w treningu. Oczywiście nie za duże, bo muszę być cały czas w formie.

Jak wygląda Twój dzień, kiedy nie możesz złapać za deskę?

Kiedy jestem w Warszawie, zazwyczaj po prostu odpoczywam. Zwykle przyjeżdżam tu po zawodach. Próbuję wtedy złapać oddech, wyspać się, bo często dopada mnie jetlag i jestem zwyczajnie zmęczona. Ale nawet wtedy codziennie rano chodzę na jogę, ćwiczę tez pilates, spotykam się z moim trenerem, z którym ustalam dalszy plan działania. Staram się również dobrze odżywiać. Na wyjazdach muszę jeść to, co akurat dostanę, więc, gdy tylko mam okazję, dbam o to, by jeść pełnowartościowe posiłki. Poza tym skupiam się na tym, żeby wypocząć i przygotować fizycznie do kolejnego wyjazdu.

Portret usmiechnietej dziewczyny na kite

Jakie masz marzenia kitowe? Uważasz, że osiągnęłaś wszystko, czy też zdążyłaś już postawić sobie kolejny cel?

Moim marzeniem zawsze było mistrzostwo świata. Teraz mam już ten tytuł, a zdobycie go nie było łatwe, bo w zawodach startowałam siedem razy, zanim mi się udało. Do tej pory nie znalazłam jednak nowego celu, o którym stale bym myślała. Zaczęłam żyć bardziej z dnia na dzień, robię rzeczy krótkodystansowe, np. uczę się nowego triku. Patrzę tez zupełnie inaczej na moje życie. Jestem mistrzynią, nikt mi tego nie zabierze.

Podobno Twój chłopak bardzo Ci pomaga.

Od tego roku mój chłopak oficjalnie stał się moim trenerem, opiekunem, serwisantem, masażystą i tragarzem (śmiech). Musi ze mną jeździć wszędzie przez cały rok. Nie ma na świecie innej osoby, która byłaby w stanie zająć się tym wszystkim. Alex ogarnia rzeczy, którymi wcześniej musiałam zajmować się sama, więc mogę się skoncentrować tylko na pływaniu, co jest dużym odciążaniem.

Właśnie, to bardzo ciekawe. Jesteście parą, która pracuje ze sobą na co dzień. Jak wygląda Wasza zawodowa relacja?

Po zawodach Alex nie krytykuje mnie, ale zawsze mówi np.: Popłynęłaś dobrze, ale mogłaś zrobić to inaczej, czemu nie wykonałaś jakiegoś tam triku?. Analizuje moje przejazdy. Poza tym tylko on potrafi mi wytłumaczyć, jak się zabrać za jakiś manewr. Jest wielu świetnych zawodników, którzy robią niesamowite rzeczy, ale nie potrafią ich wyjaśnić innym. Alex ma tę niesamowitą zdolność, a to dla mnie ważne, bo jestem pierwsza na świecie. W związku z tym zawsze muszę być o krok przed innymi dziewczynami, robić coś, czego żadna inna nie potrafi. Gdyby nie on, byłoby to niemożliwe. Widzi rzeczy, których ja nie widzę. Weźmy taką sytuację: próbuję wykonać jakiś trik i nie wiem, dlaczego mi nie wychodzi. To on jest osobą, która powie mi, co robię nie tak i, jak to naprawić. Pamiętam, jak kiedyś uczyłam się triku przez rok. Wyszedł mi raz czy dwa, więc w ogóle przestałam go robić, bo skuteczność 2/1000 to jest skuteczność żadna. I mówię: Alex, coś jest nie tak, przyjrzyj się temu, bo ja już nie wiem, o co chodzi. A on od razu powiedział: Za szybko najeżdżasz, musisz zwolnić. Na początku się oburzyłam, tłumacząc, że na filmach, które oglądałam, wszystko dzieje się strasznie szybko. Na co on: Tak, ale, jak nauczysz się robić to wolniej, potem możesz sobie przecież przyspieszyć. Wróciłam na wodę i od razu mi wszystko mi wyszło.

Masz jakieś rady dla początkujących surferów?

Na początku trzeba mieć pomysł, bo potem po prostu można go realizować. Najgorzej jest chcieć coś zrobić, ale nie wiedzieć dokładnie co. Wtedy wiadomo, że jesteśmy skazani na porażkę. Kiedy ma się w głowie konkretną wizję, nie ma miejsca na wymówki. Gdy byłam młodsza, to sobie powiedziałam, że chcę być mistrzynią świata. I słyszałam, że to nieosiągalne, jestem z Polski i nie mam warunków, że przecież tylko dziewczyny z Hiszpanii i Brazylii mogą się zajmować tą dyscypliną. A mnie udało się jakoś namówić sponsorów, żeby na początku dali mi sprzęt. Jestem najlepszym przykładem, że da się!

Czyli chcesz powiedzieć, że wszystko jest w zasięgu ręki, jeśli ma się plan.

Dokładnie tak. Ale trzeba go oczywiście zacząć wcielać w życie. Oczywiście, że początki są trudne. Do tej pory jest tak, że kiedy chcę zrobić jakiś nowy trik, to pierwszego dnia zawsze uważam, że jest on absolutnie nie do ogarnięcia. Ale potem wychodzę na wodę, próbuję, uczę się pierwszej rotacji, potem dodaję drugą. Aż pewnego dnia wreszcie mi się udaje. Wtedy wiem, że to dzięki temu, że się nie poddałam.

Rozmawiał: Krzysztof Grabań

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera