Zespół Zurück opowiada, dlaczego szczególnie cenią sobie polską publikę

Czarno-białe zdjęcie mężczyzny z gitarą

Czasem trzeba się zatrzymać i spojrzeć na swoje życie z dystansem. Dopiero wtedy można odnaleźć na nowo motywację i siłę do działania. Massimo Pupillo z czołowej formacji noise’owo-jazzowej awangardy opowiada o reaktywacji zespołu po dwuletniej przerwie oraz o tym, dlaczego szczególnie ceni sobie polską publikę.

Czy Zu jest bardziej zespołem noise’owym, czy jazzowym?

Ani tym, ani tym (śmiech)! Naszej muzyki nie da się łatwo zaszufladkować, przez co niektórzy dziennikarze, tracąc grunt pod nogami, wymyślają dla nas dziwne opisy. Tak naprawdę z jazzem łączy nas chyba tylko to, że używamy saksofonu. Tyle że spełnia on całkowicie inną rolę niż w zespołach stricte jazzowych. Zatem to taki jazz-nie jazz. Staramy się przekraczać graniczne estetyczne i własne upodobania, wchodzić na zupełnie nieznane tereny, eksplorować nowe muzyczne krainy. Jeżeli chcesz opisać naszą muzykę przy pomocy krótkich epitetów to przykro mi, ale raczej Ci się nie uda.

Wasz zespół reaktywował się w tym roku po dwuletniej przerwie. Co Was skłoniło do powrotu?

W 2012 roku, po 12 latach nieustannej działalności, 14 albumach i ponad dwóch tysiącach koncertów niemal w każdym zakątku świata, poczuliśmy, że jesteśmy na skraju artystycznego wypalenia. Byliśmy zmęczeni naszą muzyką i sobą nawzajem. Dlatego postanowiliśmy zawiesić działalność Zu. Jednak w głębi duszy wierzyłem, że ten stan się kiedyś odmieni. I rzeczywiście nadszedł taki dzień. Rozmawiałem z Lucą przez Skype’a i poczuliśmy, dosłownie w tym samym momencie, że chcemy reaktywować zespół. Zaczęliśmy o tym rozmawiać z entuzjazmem, którego tak bardzo mi brakowało. Dotarło do nas, że mamy jeszcze wiele wspólnych rzeczy do przekazania światu i że historia Zu jeszcze się nie zakończyła. Czasem trzeba się zatrzymać i spojrzeć na swoje życie z dystansem. Dopiero wtedy można odnaleźć na nowo motywacje i siłę do działania. Z nami dokładnie tak było.

Gabe Serbian zastąpił Jacopo Battaglia w roli perkusisty zespołu. Skąd taka zmiana? Dlaczego zdecydowaliście się akurat na Serbiana?

Jacopo odszedł z zespołu, by realizować się w zupełnie innej działce show-biznesu. Szanujemy jego decyzję. W jego miejsce chcieliśmy znaleźć osobę, z którą doskonale się zrozumiemy. Od razu pomyśleliśmy o Gabrielu, którego widzieliśmy w akcji wiele razy. Według nas jest jednym z najlepszych perkusistów na świecie! Gabe to bardzo miły gość, z którym znakomicie się współpracuje i – co jest dla nas niezwykle ważne – nie ma w nim ani krzty ściemy i nieszczerości.

Zmiana perkusisty to nie jedyna nowość w Zu. Zgoliłeś swoją brodę…

Tak. I nadal nie mogę się do tego przyzwyczaić. Potrzebowałem jakiejś zmiany i padło akurat na brodę. I powiem Ci, że wkurza mnie też ta obecna moda na drwala. Nagle wszyscy stwierdzili, że nie będą się golić, bo to jest takie fajne. Zawsze odczuwałem potrzebę, aby odróżniać się od mas, a nie być typowym kolesiem.

W nowym składzie ruszyliście w trasę koncertową. Energia i entuzjazm sprzed lat powróciły?

Zdecydowani tak! Czujemy się, jakbyśmy wskoczyli na nowy level w jakiejś grze komputerowej. To niesamowite uczucie.

Zdążyliście już wydać nie tylko nową EP-kę Goodnight, Civilization, ale nagraliście także wspólny album z Eugene S. Robinsonem, zatytułowany The Leftt Hand Path. Jak doszło do Waszej współpracy?

Eugene jest naszym przyjacielem od co najmniej 10 lat. To wyjątkowy człowiek, artysta i performer, którego osobiście bardzo szanuję. Kiedy przyszedł z propozycją nagrania wspólnego albumu, nie zastanawialiśmy się ani chwili. Zaproponował, żebyśmy zrobili zupełnie coś nowego i zarazem przewrotnego – stąd taki, a nie inny tytuł płyty. Co ciekawe, materiał na album stworzyliśmy, grając na instrumentach, z którymi na co dzień nie mamy do czynienia. Z początku trochę się tego obawiałem, ale wyszło to ostatecznie całkiem nieźle. Można powiedzieć, że z pomocą Eugene’a wkroczyliśmy na zupełnie nowe muzyczne terytoria, które nas zafascynowały. Wszyscy moi ulubieni artyści postępowali podobnie – stawiali w swojej twórczości na nieprzewidywalność i ryzyko. A ryzyko jest spore, bo przekraczając swoje własne ograniczenia i uprzedzenia, możesz nieraz wylądować w bardzo dziwnym miejscu.

Czy planujecie w najbliższym czasie współpracę z innymi artystami?

Cóż, nie będę zaprzeczał. Niedługo światło dzienne ujrzy projekt, który współtworzymy z pewnym znanym zespołem, ale nie mogę nic więcej Ci dzisiaj powiedzieć…

Może jednak?

Gdybym Ci powiedział, później musiałbym Cię zabić.

To może rzeczywiście sobie odpuszczę… Powiedz w takim razie, co z innym pobocznym projektem Zu, czyli Black Engine?

Black Engine to, póki co, zamknięta sprawa. Nie chcemy przedobrzyć i skupiamy się wyłącznie na Zu. Co nie oznacza, że jest to definitywnie zamknięta sprawa. Kto wie, może będzie podobnie, jak z Zu i nagle poczujemy, że chcemy znowu działać pod sztandarem BE. Zobaczymy, co czas pokaże.

Czyli doczekamy się nowego long playa Zu?

Nowy album jest już nagrany! Udało nam się wejść do studia w czasie ostatniego lata i zarejestrować oraz zmiksować materiał. Płyta trafi do sklepów w pierwszych miesiącach 2015 roku przy wsparciu wytwórni Ipeac. Jestem strasznie podekscytowany tym faktem!

Co znajdziemy na tej płycie i jak będzie się nazywała?

Przykro mi, mam bana na zdradzanie szczegółów odnośnie nowego krążka…

Czy utrzymujecie jeszcze kontakty z Mike’em Pattonem? W końcu grywaliście razem koncerty i tworzyliście wspólne kawałki.

Oczywiście, że tak. Mike jest przede wszystkim właścicielem wytwórni płytowej Ipeac, która wydaje nasz nowy album i która wydawała nas już wcześniej. Poza tym on naprawdę lubi naszą muzykę i co ważne rozumie ją. Zawsze lubimy z nim obgadywać nasze pomysły. Wiemy, że dobrze nam doradzi. Teraz Mike nagrywa nowy materiał z Faith No More, co jest fantastyczną sprawą. Według mnie jest to jedna z najważniejszych kapel w historii rocka.

Zmieniając temat, nie kusi Was czasami, aby zaprosić do Zu wokalistę?

Szczerze? Nigdy mi to nawet nie przyszło do głowy. Myślę, że nasza muzyka jest tak rozbudowana i kompleksowa, że dokooptowanie wokalisty, zwyczajnie by nam tylko zaszkodziło. Poza tym znamy się kupę lat i doskonale się nawzajem rozumiemy. Czasami wystarczy zwykłe spojrzenie jednego z nas, by reszta skumała, o co chodzi. To rzadka więź, którą bardzo łatwo naruszyć. Dlatego niezbyt chętnie chcemy dobierać kogoś z zewnątrz. No i chodzi jeszcze o sprawy prozaiczne. Dużo łatwiej jest organizować próby czy wymieniać się pomysłami na nowe kompozycje, kiedy jest Was tylko troje, a nie pięcioro.

W Polsce występowaliście już kilka razy, m.in. na OFF Festivalu w Katowicach i na Asymmetry Festivalu we Wrocławiu. Jak wspominacie te występy?

Polska to bardzo, bardzo dobre miejsce do grania koncertów. Jeszcze nie pożarła Was ta amerykańska bezużyteczna hipsterka, która objawia się m.in. tym, że na gigi przychodzi się tylko po to, aby się pokazać w modnych ciuchach, a nie po to, by wziąć udział w istotnym artystycznym wydarzeniu. Jest na świecie kilka krajów, w których naprawdę uwielbiamy grać i Polska jest zdecydowanie jednym z nich. Stojąc na scenie, wiem, że polska publika rozumie to, co staramy się przekazać. Ta świadomość jest dla mnie niesłychanie ważna.

Znasz jakieś polskie zespoły?

Przyznam się, że rzadko kiedy zwracam uwagę na to, z jakiego kraju pochodzi dany zespół. Jest to dla mnie jedynie coś w rodzaju ciekawostki. Muzyka nie zna przecież granic, jest uniwersalnym językiem, który rozumiemy wszyscy, obojętnie w jakiej części świata żyjemy. Ale faktycznie cenię sobie kilku polskich wykonawców z Krzysztofem Pendereckim na czele…

Tego się nie spodziewałem.

A widzisz! Kiedyś puszczaliśmy ścieżkę dźwiękową do jednego z moich ulubionych filmów Dziecko Rosemary przed naszymi koncertami, zanim wyjdziemy na scenę. Chcemy w ten sposób wytworzyć odpowiedni nastrój. Pendereckiego lubię słuchać przede wszystkim wieczorami.

Rozmawiał: Kamil Downarowicz

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera