Warszawa w stanie Krytycznym. Czy miasto nie lubi rowerów?

Pięciu rowerzystów w kaskach jedzie po ulicy

W kasku czy bez – na rowerze jeździ już niemal każdy warszawiak. W asyście przyjaciół, na wypożyczonym Veturilo lub z własnym ostrym kołem przemierzamy szlaki, doprowadzając tym samym kierowców i przechodniów do białej gorączki. Czy charakterystyczny dla stolicy konflikt z kolarzami to problem, za który odpowiedzialne jest źle zorganizowane miasto?

Kłopot ze ścieżkami rowerowymi w Warszawie przeszedł już do historii. Poza nie najlepiej zagospodarowanym centrum miasta, czerwony chodnik dla rowerzystów pojawił się już niemal wszędzie. Prawie każdej budowie nowych dróg towarzyszy specjalnie wyznaczony szlak stworzony z myślą o cyklistach. Nawet ja, bojaźliwa i nadzwyczaj ciapowata rowerzystka, mam którędy pojechać na zakupy i to wolna od obaw, że nadjeżdżająca ciężarówka wjedzie mi prosto w tyły. O ile ścieżka przeznaczona do pedałowania nie budzi kontrowersji  (tylko jeśli uprzejmy rowerzysta trzyma się swojej połowy chodnika, zamiast wjeżdżać ci prosto przed nogi), to już rower na jezdni, świętym asfalcie przeznaczonym dla kierowcy zwiastuje szereg społecznych konfliktów.

Z tapety nie schodzą maratony rowerowe, tak zwane Masy Krytyczne, w których udział biorą wszyscy zatwardziali zwolennicy dwóch kółek. Nie chcę się nad nimi szczególnie znęcać, wystarczy, że całe miasto ich nienawidzi. Choć problem z paraliżującym drogi sznurem rowerów mam również i ja, dostrzegam w nim inną przyczynę, niż osobliwe predyspozycje cyklistów do wkurzania innych. Oskarżając ich o buractwo i chęć bycia pępkiem świata, należy pamiętać, że to nie oni narzucili czas i miejsca swoich spotkań. To tylko uczestnicy wielkiego wydarzenia, jakie organizuje miasto. A robi to dość nieroztropnie.

Grupa rowerzystów ściga się na zawodach, za nimi publiczność

Wpuszczanie w piątek o godz. 17:00 tłumu spoconych, muskularnych łydek do ścisłego centrum, wydaje się pomysłem głupszym niż zabawa z ogniem. W efekcie otrzymujemy: rzeszę spóźnionych pasażerów komunikacji miejskiej, która w tych godzinach w zasadzie nie istnieje oraz przechodniów, którzy nie mogą swobodnie przebrnąć przez ulice. Na szczycie piramidy złości znajduje się rzecz jasna kierowca. A jeśli jest to kobieta, która próbuje zawieźć swoje dzieci na dodatkowe zajęcia, mamy do czynienia z żywym wulkanem. Trudno się dziwić, skoro z założenia musi ustąpić pierwszeństwa rozweselonym rowerzystom, kosztem swoich obowiązków, zdrowia, a często nawet wizyty lekarskiej. O ile np. w Toruniu podobne wydarzenie odbywa się w sobotę w samo południe, małe dzieci mogą założyć swoje kolorowe kaski i ruszyć przez miasto nie przeszkadzając nikomu, tak w wiecznie zakorkowanej Warszawie, trudno dojść do podobnego kompromisu.

Nie mogę jednak zupełnie nie wspomnieć o wizerunku roszczeniowego rowerzysty, który wjeżdżając na sam środek jezdni, na twarzy wypisane ma hasło: NALEŻY MI SIĘ. Należy ci się ścieżka rowerowa, której jeszcze nie ma, jednak miej litość dla pozostałej składowej ruchu miejskiego. Emocje, jakie wyżej wspomniani cwaniacy wzbudzają w kierowcach samochodów osobowych czy autobusów, to nie tylko agresja, ale także obawa i strach, że zaraz wjadą komuś w wyrzeźbione pośladki, pozostawiając tym samym krwawą plamę na asfalcie. Sama miałam znajomego, który w swoim rowerze był niemal zakochany, a Masę Krytyczną uznawał za świetną okazję do bezkarnego wkurzania innych, pokazując przez chwilę swoją wyższość nad wszystkimi innymi środkami transportu. Fair? Nie wydaje mi się. Jak każda inna złośliwość, ta również może brać się z niezaspokojonych potrzeb, jakimi kiedyś była słabo rozwinięta sieć ścieżek rowerowych i parkingów dla dwóch kółek. Obecny stan rzeczy, który jasno pokazuje, że Warszawa polubiła swoich amatorskich kolarzy, zwiastuje lepsze.

Srebrny rower na tle ceglanej ściany

Problem leży w zamiłowaniu stolicy do wszelakich maratonów. A jest ono tak duże, że pozwala zapomnieć o reszcie świata, której nie interesują rowery, rolki, hulajnogi, deskorolki czy jazda bez trzymanki. Czekam tylko, aż zrobimy maraton zwolenników spacerów, którzy chodzą wolno. Nie ma nic gorszego, niż nieudolna próba wyminięcia na swojej drodze miejskiego żółwia. Równie ciekawa może być impreza dla tych, którzy nigdy nie chodzą po chodnikowych liniach, stąpając jedynie na kwadraty. Dlaczego oni nie mogą mieć swojego święta? Przyznam szczerze, że pomysły te ujawniam z niekrytą obawą. Oby żadna decyzyjna osoba ich nie podłapała. Z góry jednak przepraszam.

Tekst: Emilia Pluskota

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera