Mówiło się, że coś złego może się stać, była jednak nadzieja, że wojny nie będzie. Marcin Wilk o lecie 1939 roku [WYWIAD]

Latem 1939 roku podróżowali przede wszystkim artyści, literaci i dziennikarze. Jak poza tym wyglądało ostatnie przedwojenne lato, na chwilę przed wybuchem II wojny światowej?

5 czerwca w księgarniach pojawiła się najowsza książka Marcina Wilka, zatytułowana Pokój z widokiem. Lato 1939. W książce, wydanej nakładem Wydawnictwa W.A.B. autor opisuje ostatnie przedwojenne lato. Przemierzając tereny Polski przedwrześniowej, postanowił dotrzeć do żyjących świadków epoki i wysłuchać ich opowieści o ostatnich tygodniach życia w pokoju.

Dzisiaj rozmawiamy z Marcinem Wilkiem o lecie 1939 roku, jak historia powinna być opowiadana, a także, jak wyglądało ówczesne społeczeństwo, prasa i nie tylko…

Przeczytaj fragment Pokoju z widokiem. Lato 1939

Jakie było to ostatnie przedwojenne lato w 1939 roku?

Trudno powiedzieć jednym zdaniem. Z jednej strony było bardzo upalnie, podobnie jak teraz – chociaż brzmi to makabrycznie, biorąc pod uwagę to, co my już wiemy, czyli fakt, że tamto lato bardzo źle się skończyło. Starałem się tę książkę napisać od środka – wejść w świadomość i emocje ludzi, którzy wtedy żyli. A ta wiedza i emocje były takie, że choć oczywiście mówiło się już w prasie, że coś złego może się stać – obserwowano przecież to, co wyrabiał Hitler – to cały czas była jednak nadzieja, że do wojny nie dojdzie. A jeśli dojdzie – to nie będzie taka straszna. Wyobrażano sobie, że front zatrzyma się gdzieś nad Wisłą, ludzie mieli opracowany plan ucieczki na wschód. Wyobrażano sobie, że będą ataki gazowe, dlatego w ostatnich tygodniach wszyscy zaczynali zaopatrywać się w maski, krążyły nawet specjalne instruktarze. Jak to zwykle bywa – rzeczywistość wszystkich zaskoczyła. Ale poza tym latem ludzie żyli normalnymi sprawami i o ukazanie tej zwyczajności przede wszystkim chodziło.

Właśnie, z jednej strony było niby wiadome, że ta wojna nadejdzie, choć nie wiadomo kiedy, a z drugiej to przekonanie, że nawet jeśli, to nie oddamy ani guzika i zwyciężymy.

Tak, można powiedzieć, że na swój sposób duchowo społeczeństwo było do wojny przygotowywane. Szkoła zresztą wychowywała w etosie patriotycznym. Ale patrząc na to z dzisiejszej perspektywy – już wiemy, że ta gotowość i werwa to jedno, a militarne zaplecze to zupełnie osobny temat.

Można byłoby się zastanowić, czy dzisiaj mielibyśmy taką werwę…

Tego nigdy nie wiadomo. Można sobie gdybać, dopóki nie stanie się nic złego, a potem rzeczywistość wojenna bywa zupełnie inna. Byli oczywiście tacy, którzy nie sądzili, że coś złego nadejdzie. Jedna z moich rozmówczyń, Barbara Kamińska-Samborska z Wilna, gdy słuchała opowieści swoich rodziców, to przeszłość wydawała jej się bardzo ciekawa i fascynująca. Sama też liczyła wówczas, mając 11 lat, że jej życie będzie ciekawe, że czeka ją jakaś przygoda, ale nie będzie to nic strasznego i złego. Podobnie jest z myśleniem o wojnie. Przede wszystkim wierzymy jednak, że wojna nie nadejdzie i nic naprawdę takiego złego się nie stanie.

To jest naprawdę świetna sprawa, że postanowiłeś pokazać to ostatnie przedwojenne lato właśnie z perspektywy ludzi – nie tylko tych znanych, pochodzących z elit, ale także zupełnie zwykłych. Myślę, że to jest ten fragment historii, którego gdzieś tam nam brakuje, bo co prawda uczymy się w szkole o II wojnie światowej – daty, fakty, ale ta wiedza jest często podawana młodemu człowiekowi w taki przytłaczający sposób. Natomiast to, co mamy tutaj w tej książce – wspomnienia ludzi z tamtego czasu, są wartością sama w sobie, a mimo to bywają pomijane, chociaż to tak naprawdę ostatnia szansa, by te wspomnienia od ludzi wyciągnąć, bo to pokolenie po prostu powoli wymiera.

To są ludzie, którzy mają teraz 80-90 lat, a ja sam często miałem wrażenie, że oni właśnie czekali na to, aż ktoś do nich przyjdzie i uważnie i z szacunkiem wysłucha, że będą mogli podzielić się tą opowieścią. Zresztą w tej książce opowiadają nie tylko o tym konkretnym lecie, ale i o swojej historii przed 1939 rokiem.

Pewnie właściwie o każdym można by było stworzyć oddzielną książkę z tymi historiami…

Tak, zresztą część z moich rozmówców spisała już swoje wspomnienia i opublikowała drukiem – na przykład Barbara Kamińska-Samborska czy Feliks Trusiewicz, z którym rozmawiałem w ubiegłym roku we Wrocławiu. Niektórzy z nich mają więc już te historie opowiedziane, ale chciałem pokazać też zwykłych ludzi, zwłaszcza że społeczeństwo polskie bardzo różniło się wtedy od obecnego. Po pierwsze: ponad ⅔ ludności mieszkało na wsi. Panowała bieda, wysoki był poziom analfabetyzmu. Nie wszyscy zdołali zostawić po sobie zapisane wspomnienia, ale tym bardziej zależało mi na tym, aby odtworzyć choć cząstkę tego świata. Bardzo interesowały mnie tematy związane z relacjami z innymi ludźmi, ale także ze zwierzętami. Często moi rozmówcy byli zdziwieni, że pytam ich o rzeczy, które w ich odczuciu były błahe, ale z mojej perspektywy niezwykle istotne. To też była szansa by tę historię opowiedzieć jeszcze raz, żeby ją ożywić i pokazać z drugiej strony.

Takiej bardzo ludzkiej strony. Wydaje mi się, że zdecydowanie za mało miejsca jest na to poświęcone, szczególnie na tym etapie szkolnym, gdzie dominują wspomniane już suche fakty i daty.

Trochę ją odtwarzamy – zarówno reporterzy, jak i przede wszystkim historycy intensywnie pracują nad tym, by przepisać dzieje, opowiedzieć je na nowo. Na przykład relacja zwierzęta-ludzie – badania w tym zakresie prowadzone są od pewnego czasu i przynoszą interesujące efekty, wiele nowego mówiąc o człowieku. To samo dotyczy rozwarstwienia społecznego, potocznie zwanego klasizmem. Z wiadomych względów robotnicy w naszym kraju zostali dobrze opisani, ale nie wszyscy – cieszę się więc z prac o robotnicach, służących czy emancypantkach, odsłaniają one bowiem rozmaite aspekty pomijanej często historii kobiet. To samo dotyczy tak zwanych innych, czyli gejów, lesbijek i innych szeroko pojętych nienormatywnych w tradycyjnym rozumieniu normy – to też bardzo ważny element. Chodzi więc o to, by trochę skomplikować obraz, który jest mocno niepełny, gdy patrzymy na typową pocztówkę z tamtych czasów w podręczniku do historii – na przykład, w przypadku drugiej wojny światowej, żołnierzy Wehrmachtu wyłamujących szlaban na granicy Polski i Rzeszy. Skomplikowanie dotyczyło każdej sfery życia – o wakacjach mówić więc należy, zaczynając od tego, że nie wszyscy mogli sobie na nie pozwolić. Na ogół wiązały się przecież z kosztami.

Warto też zawsze przypominać, że Polska w granicach z roku 1939 była krajem wielokulturowym, obok Polaków – ⅔ ludności – prawie 3 miliony stanowili Ukraińcy, bardzo dużo było Białorusinów, 10% stanowili Żydzi, a w niektórych miastach nawet ⅔ ludności. Relacje akurat pomiędzy Polakami i Żydami były rozmaite. Zwykle kończyły się na progu domów, a jednak Polacy i Żydzi czasem spotykali się na uczelniach czy targach. Były stosunki przyjazne i serdeczne, ale było też mnóstwo incydentów, okazywania wrogości. Chodziło mi też o to, by tę różnorodność chociaż trochę odtworzyć.

A czego jeszcze według Ciebie, bo mówiłeś już o relacjach człowiek-zwierzęta, czy LGBT, brakuje w tej naszej historii, co należałoby jeszcze odkryć na nowo?

To temat rzeka i pytanie chyba bardziej do historyków, zwłaszcza że jest mnóstwo takich tematów. Zainteresowani inną opowieścią o historii – nie tylko widzianej przez pryzmat militariów, wielkich wydarzeń, jedynie wybitnych jednostek – z łatwością jednak dotrą do odpowiednich prac naukowczyń i naukowców. Sporo tekstów bez trudu można dzisiaj przeczytać w sieci.

Dla mnie bardzo ważnym źródłem była prasa, ale nie takie oczywiste strony z polityką, tylko na przykład z ogłoszeniami, reklamami czy doniesienia z miast. Wyobrażasz sobie na przykład, że niemal codziennie ktoś popełniał samobójstwo i gazety o tym donosiły? Jakkolwiek to dziwnie teraz nie zabrzmi, to ogromnie fascynujące zagadnienie. Mężczyźni usiłowali się zabić przeważnie dlatego, że tracili pracę, a kobiety z powodu rozczarowań miłosnych. Historia klas i bogactwa jest także niezwykle istotna: ludzie zamożni w wielopokojowych domach i ludzie, którzy nie mieli bieżącej wody i gnieździli się w jednej izbie. Z czgeo to wynikało? Co to mówi o społeczeństwie? Cała historia prywatności i życia codziennego moim zdaniem powinna być mocniej wprowadzana w szkołach, ponieważ ona unaocznia nam wiele spraw.

Ważne, żeby historia nie była zagarnięta tylko przez jedną opcję, jedną grupę. Pamięć historyczna jest czymś bardzo ważnym dla wspólnoty. Wykluczenie to zawsze niebezpieczny gest, powinniśmy na to uważać.

Jakiś czas temu w sieci pojawił się nietypowy projekt: co by było, gdyby dziewczyna żyjąca w czasach Holokaustu miała Instagram. Na Instagramie Eva Stories pojawiło się łącznie 70 slajdów, opowiadających historię Evy Heyman, zamordowanej w Auschwitz w wieku 13 lat. Co myślisz o tym sposobie przedstawiania i przekazywania wiedzy historycznej?

Sieć służy szybkiemu i wygodnemu dostępowi do informacji. Cenię ciekawe, rzetelnie przygotowane materiały na YouTube, nie mam nic przeciwko efektownej fotografii, która przecież może być inspiracją do dalszych poszukiwań. Ważne, by historia była żywa.

Zobacz: Co by było, gdyby dziewczyna żyjąca w czasach Holokaustu miała Instagram?

Wróćmy jeszcze do tematu ówczesnej prasy. Wtedy nawet pisanie prostych ogłoszeń było tak naprawdę sztuką, bo jeżeli ogłoszenie było krótkie, minimalistyczne – to było uznawane za bezwartościowe i podejrzane. Dobre ogłoszenie było niezwykle opisowe, napisane kwiecistym językiem.

To prawda, reklama miała się dobrze. Zresztą kocham czytać ogłoszenia z prasy międzywojennej, dlatego, że one przywołują świat, którego nie ma w podręcznikach. Przez reklamy poznajemy obyczaje, język, kulturę. Historia wierzeń, przeczuć to także osobny fascynujący świat. W latach 20. i 30. niezwykle popularni byli wróżbici, odczytywano znaki na niebie – temu także poświęciłem fragment mojej książki. Ludzie od zawsze wierzyli w tę magiczną wiedzę, chcieli znać przyszłość. Nie chodziło tylko o przyszłość polityczną, ale też inne, wcale nie takie błahe sprawy – czy ktoś ich pokocha. Ale w gazetach pojawiały się też te zupełnie zwykłe ogłoszenia, znane z dzisiaj – o zwierzętach, o pracy, lekach na każde zło.

Muszę przyznać, że jednym z wynalazków przedwojennej turystyki, który wprawił mnie w największe osłupienie, jest pociąg campingowy i te wagony, które po prostu można wynająć, dopiąć i podróżować przez całą Polskę, trudno to sobie dzisiaj wyobrazić.

To nie była wtedy tania rozrywka, podobnie jak w ogóle wakacje – na nie było stać wyłącznie klasę wyższą lub średnią, trzeba było być dość zamożnym, o czym też piszę w Pokoju z widokiem…, zaczynając od wniosków policjantów, też nieprzypadkowo, bo mundur miał bardzo wysoką pozycję w kulturze międzywojennej. Szanowano policję, pocztę, wojsko, oficerów – mimo że nie zawsze zarabiało się tam kokosy. Szczytem marzeń czy raczej marzeń o stabilizacji była praca etatowa, najlepiej na państwowym, ale to chyba podobnie jak dzisiaj, prawda? Opieka społeczna wtedy była dość nowym wynalazkiem – była też luksusem. Ludzie, którzy byli zasobni mogli sobie pozwolić na takie luksusy i wyjechać do Augustowa, Truskawca, czy Zakopanego i pokazywać się w tych drogich kurortach czy uzdrowiskach. Ale już na wsi – ludzi często nie było stać na ubrania, na dalszą podróż, panowała bieda, więc tam ludzie po prostu pracowali w lecie przy żniwach i mieli inne rozrywki. Jeden z bohaterów na przykład zaprzyjaźnił się z psem i planował z nim długie wycieczki i w zasadzie to był jego główny plan na te ostatnie przedwojenne miesiące. Plan zresztą, jeśli mogę sobie pozwolić na uwagę, nie taki najgorszy.

Może ludzi cieszyły wtedy po prostu mniejsze rzeczy? Teraz świat oferuje nam tyle możliwości, możesz wyjechać właściwie wszędzie…

Teraz turystyka się upowszechniła i faktycznie może nam się tak wydawać – chociaż może znowu to tylko złudzenie. Nie wszyscy mogą sobie pozwolić na wakacje, wyjazdy zagraniczne nie są wcale tak łatwo dostępne, często ludzie łączą pracę z podróżami. Wystarczy się rozejrzeć albo porozmawiać ze znajomymi. Przekonamy się, że świat z folderu reklamowego to jedno a rzeczywistość – to co innego.

A było coś z tej przedwojennej turystyki, co najbardziej Cię zaskoczyło?

To, że nie jeździli, bo gdy myślimy o lecie i wakacjach, to od razu myślimy o wypoczynku. Taki odruch, standardowe pytanie: gdzie jedziesz? Zaskoczyło mnie takie podobieństwo losów, to znaczy, ludzie jeździli do rodziny po prostu, gdy nie mogli pozwolić sobie na bardziej wykwintne wyjazdy. Znamienna jest tu historia Janiny Halperson, Żydówki, która obecnie mieszka w Sztokholmie. W książce opowiadała o tym, jak w 1938 roku skończyła szkołę średnią i chciała zostać aktorką. Nie dostała się jednak do Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej, więc postanowiła zrobić sobie, mówiąc współczesnym językiem, taki gap year – chodziła do teatru, do kina, a przede wszystkim uczyła się szwedzkiego. Ambasada Szwedzka organizowała wtedy darmowe kursy. Po jego zakończeniu Janka otrzymała stypendium, czyli możliwość miesięcznego wyjazdu do rodziny do Szwecji. Mogła wyjechać w lipcu albo sierpniu. W lipcu dorabiała jako opiekunka na koloniach, więc wybrała sierpień. W połowie sierpnia wyruszyła do Szwecji. Tuż przed odpłynięciem, pobiegła na plażę. Gdy wracała z niej, strażniczka tam pracująca, powiedziała: Pani jest odważna. Janka nieco zdziwiona spytała: Dlaczego? Po czym odwróciła się i zobaczyła, że plaża jest tylko dla Niemców. W tym momencie opowieści przeszły mi dreszcze po plecach. Ale to nie był oczywiście koniec tej opowieści. Nie przytoczę tutaj jej całej. Ciąg dalszy jest w książce.

Wszyscy moi rozmówcy pod koniec sierpnia już wiedzieli, co nadchodzi, zaczynali się pakować. O ile czerwiec i lipiec były spokojne, to koniec sierpnia zdecydowanie był tym już najbardziej dramatycznym momentem. Końcowi sierpnia poświęcam oddzielną część książki, bo faktycznie to był już moment dużych napięć, wojna miała wybuchnąć 25 lub 26 sierpnia – tak pierwotnie planował Hitler. W ostatnim tygodniu było już wiadomo: ludzie zaklejali paskami okna, były zaciemnione miasta, kopano rowy przeciwlotnicze, budowano prowizoryczne bunkry. Był strach, ale też i pewien rodzaj podniecenia, ludzie wykupywali produkty ze sklepów na wypadek katastrofy. Na dworcach widziano kobiety opłakujące swoich mężczyzn zabieranych do wojska…

Beztroskie lato już się skończyło…

Tak, to był koniec beztroski, ale też nie wszędzie. Wszystko zależy od tego kto gdzie był, jak bardzo interesował się rzeczywistością i jaki miał dostęp do informacji. Jeden z moich bohaterów opowiada o tym, jak ktoś z jego otoczenia, 6 września 1939 roku poszedł na dworzec, bo chciał jechać do Białegostoku. Zatrzymał go zawiadowca: Panie, gdzie pan chce jechać? Wojna wybuchła! W miastach wiedziano. To wszystko dość jest przygnębiające, ale może warto przypomnieć, że i dzisiaj jest podobnie – niedaleko nas toczy się wojna, ale póki upał leje się z nieba, siedzimy sobie spokojnie i pijemy lemoniadę, to nie czujemy realnego zagrożenia.

Można gdybać?

Można być wrażliwym. Jedna z czytelniczek, nastoletnia, chciała przeczytać Pokój z widokiem…, bo – jak powiedziała – jest przejęta tym, co się obecnie dzieje.

W Muminkach, przypomnę, jedna z bohaterek, Migotka, też przejmowała się tym, co przyniesie przyszłość. Może przesadza trochę, ale warto liczyć się z jej lękiem.

Kto czyta teraz doniesienia ze świata, również pewnie natknął się na wiadomość, że zostało nam raptem 30 lat istnienia.

Tak, chodzi o rok 2050, jeśli nic nie zrobimy ze stanem naszej planety, to krótko mówiąc – będzie po nas. Mówiłeś, że przeprowadzałeś wywiad w czerwcu ubiegłego roku, czyli ile faktycznie zajęło Ci zebranie tych wszystkich opowieści w całość?

Bardzo dużo czasu zajmuje praca reporterska, dotarcie do ludzi, a równolegle praca koncepcyjna. Szukałem świadków epoki, czyli rozmówców około 90 roku życia i starszych, tak żeby w tym 1939 roku mieli już kilkanaście lat. To zajmuje sporo czasu, spotkania trwały często wiele godzin, a najlepiej gdy była możliwość spotkania się więcej niż jeden raz.

Ile miejsc odwiedziłeś?

Nie liczyłem tego, ale zjeździłem całą Polskę. Byłem we Wrocławiu, w Gdyni, jeździłem po wsiach, gdzie nadal mieszkają moi bohaterowie. Zwykle oczywiście było tak, że jak jechałem do Wrocławia, to zbierałem już wszystkie historie z pasa wschodniego. W Warszawie słuchałem opowieści o Wilnie. To wszystko zajmowało kilka miesięcy. Do tego kwerenda w dokumentach – zwłaszcza archiwa na temat Wystawy Światowej w Nowym Jorku, gdzie Polska prezentowała się jako dumny i nowoczesny kraj. Po tej, dość czasochłonnej części, było pisanie. Całość zabrała ponad rok, ale myśleć o lecie roku 1939 zacząłem już wcześniej, gdy kończyłem pracę nad swoją poprzednią książką, biografią Ireny Kwiatkowskiej.

Wiem i właśnie można łatwo wyciągnąć wniosek, że te ludzkie historie to to, co najbardziej leży w Twoim polu zainteresowań…

Zgadza się, bo to jest chyba najciekawsze, dotyczy też takich spraw, które są nam wspólne, ale nie tylko ludzkie. Gdybym miał bardzo osobiście Ci odpowiedzieć, to bym powiedział że fascynuje mnie pies jako bohater. Psie i zwierzęce opowieści są zresztą bardzo pouczające. To, jak ludzie traktują słabsze od siebie gatunki, wiele mówi o tym, jacy jesteśmy.

Te historie opowiadane przez ludzi, dla mnie są niezwykle ważne, bo to jest jednak coś, co przeminie i szkoda, żeby było zapomniane. Co byś chciał, żeby czytelnik, może nie wyniósł z tej książki, ale jaka myśl chciałbyś, żeby się pojawiła w jego głowie, po lekturze?

Chciałbym, żebyśmy znowu rozmawiali ze sobą, z nauczycielami, ludźmi mądrzejszymi od nas, ale też ludźmi, którzy myślą inaczej niż my. Z pokorą i cierpliwością słuchali, co mają do powiedzenia. Tego się często nie docenia. Tymczasem w tym, co mówią starsi tkwi czasem prawdziwa mądrość, bo wynikająca z doświadczenia, dlatego warto z takimi ludźmi siąść i prosić ich o rozmowę.

I pozwolić im mówić, bo czasami jest tak, że coś zaczyna nas nudzić, więc mówimy: dobra, już skończ, nie chce mi się słuchać.

Tak. A my powinnyśmy dopytywać, interesować się, okazać zaangażowanie. To jest dobra lekcja do odzyskania historii, nie tylko takiej ogólnej, bo to zawsze można nadrobić, ale takiej osobistej, o której nie napiszą być może w żadnym podręczniku i która należy często tylko do nas. Często jest przecież tak, że losy naszych przodków uzupełniają wiedzę o tym, kim obecnie jesteśmy. Istnieją rozmaite koncepcje, na przykład dziedziczenia w drugiej generacji – jeśli myślimy o tym, co nas powstrzymuje lub boli, bardzo często, jak twierdzą niektórzy, ma to źródło w tym, co się wydarzyło naszym przodkom. Warto poznać te historie, bo tam może tkwić klucz do tego. I to jest coś bardzo wartościowego. Średnia życia się wydłuża, więc będzie coraz więcej takich ludzi, których opowieści są żywym złotem. Chciałbym też, żeby ten obraz historii trochę się skomplikował, abyśmy nie pozostawali przy prostych odpowiedziach i nie ustawali w zadawaniu pytań, bo historia ma wiele różnych wymiarów w zależności od tego kto i o czym opowiada. Historia powinna być miejscem do dialogu, wymiany poglądów, bez narzucania nikomu niczego.

Czy jakieś plany na kolejną książkę już są? Wiem, że prowadzisz też bloga, Wyliczanka.eu.

Tak, bloga trochę ostatnio zaniedbałem, siłą rzeczy nie miałem czasu, ale już wracam do żywych. Będą nowe wpisy i filmy. Obiecuję. A co do planów książkowych – potrzebuję teraz wakacji, trochę muszę przewietrzyć głowę. A potem? Zobaczymy! Na razie jednak odpoczynek to absolutna konieczność.

Czyli to nie jest tak, jak w tym powiedzeniu: Rób to, co kochasz, a nie będziesz musiał odpoczywać?

To jest praca, która faktycznie jest dość wyczerpująca, samo pisanie jest ciężkim aktem. Siedzisz sam na sam z tekstem przez dobrych kilka tygodni, miesięcy i to po prostu jest wyczerpujące fizycznie. Mam wspaniałego psa, który pilnuje, bym nie zamienił się w posąg przy biurku, chodzimy na spacery, choć i tak na czas pisania się zapuszczam: zaniedbuję relacje towarzyskie, w zasadzie cały czas myślę o książce. Nie jestem zawodowym pisarzem, więc ten czas na pisanie też muszę sobie wyrywać. Najczęściej piszę w nocy, bo wtedy jest spokój, ale to też nie jest dobre, bo przestawia mi dobę.

Skoro powiedziałeś, że będziesz wypoczywać, to zakończmy naszą rozmowę pytaniem: jak Ty lubisz spędzać wakacje?

Lubię być offline, wtedy wypoczywam. (Swoją drogą: bycie offline to problem kompletnie nieznany ludziom z 1939 roku). Lubię też zmienić miejsce, ale to chyba jak wszyscy. Lubię duże miasta, nienawidzę wakacji, gdzie po prostu się leży, albo ma się czas po brzegi wypełniony atrakcjami – wtedy taki wypoczynek staje się pracą turystyczną, podczas której musisz zobaczyć to i tamto. No i lubię, gdy nie muszę pisać, a mogę czytać – cokolwiek chcę! I tak miejmy nadzieję będzie teraz, przez kolejne dwa miesiące.

Rozmawiała: Klarysa Marczak
Zdjęcia: Jakub Celej

Komentarze
Mówiło się, że coś złego może się stać, była jednak nadzieja, że wojny nie będzie. Marcin Wilk o lecie 1939 roku [WYWIAD]
Oceń artykuł