Coś, co łatwo chce być ładne. Kilka słów o kiczu, co na pstrym koniu jeździ

Kobieta siedząca w wannie obitej welurem i monitor obklejony naklejkami

Ustalenie, co to takiego ten kicz, zabrało mi trochę czasu. Nie wiedziałem, czy ma to coś wspólnego z kobietami i seksem, czy może (o zgrozo) tradycyjnymi przyrządami piśmienniczymi. Zacząłem drążyć temat i w końcu mniej więcej pojąłem. Najbardziej spodobała mi się wówczas prosta, intuicyjna definicja mówiąca, że kicz to coś, co łatwo chce być ładne.

Dziś, żeby poznać różne teorie na temat kiczu, wystarczy uruchomić komputer, nie trzeba nawet iść do biblioteki. Ale wtedy, w latach 80., przeciętny nastolatek, który nie żył blisko ludzi sztuki, z pojęciem kiczu w zasadzie się nie spotykał. Po części winna była temu rzeczywistość, w jakiej przyszło nam wtedy żyć.

Telewizja Polska w grudniu przypomina jeden z seriali z lat 80. pt. Tulipan. To świetny zapis pragnień, aspiracji i tęsknot tamtych czasów; gdy w ogólnej degrengoladzie szpan był wart więcej niż kiedykolwiek, a wyczucie estetyczne Polaków było w obliczu nielicznych bodźców mocno upośledzone. Oto przykład: w pierwszym odcinku bohater serialu ląduje w hotelu z przypadkowo poznaną Niemką i ogląda w jej pokoju zachodnią telewizję. Jak urzeczony wpatruje się w ekran, na którym leci akurat reklama słynnej whisky Ballantines. Piękne kobiety, zachodzące słońce, morskie fale, drapacze chmur – najprostsze, najbardziej oczywiste skojarzenia z beztroskim, bogatym życiem. To reklama, którą dziś uznalibyśmy za prostacką, banalną, wręcz – właśnie – kiczowatą. Ale wtedy? W czasach szarzyzny, kartek i kompleksu na punkcie Peweksu odbieraliśmy te sceny dużo bardziej dosłownie. Nie kojarzyły się z marketingową mizerią, ale z lepszym, wolnym światem, w którym szczęśliwych ludzi stać na alkohole kosztujące u nas ćwierć pensji. Nieznajomość mechanizmów reklamy, odcięcie od nachalnej promocji handlowej, której z przyczyn ideologicznych byliśmy pozbawieni, przytępiła nam zmysł krytyczny. To uświadamia, jak bardzo wrażliwość na kicz jest zdeterminowana przez punkt siedzenia; jakże mocno byt określa smak, gust, świadomość estetyczną. Nie bez powodu Indianie nabierali się na błyskotki ofiarowane im przez białych; tak samo trudno dziwić się początkowemu powodzeniu tandetnych, aluminiowych sztućców na XIX-wiecznych dworach. Zwyciężało kryterium nowości.

Coś, co jest nowe i nieznane, nie podlega na dzień dobry wartościowaniu estetycznemu. Dopiero gdy pojawi się więcej dzieł w danej dziedzinie, technice, metodzie, powstaje miejsce dla skali porównawczej. Muzyka komedii romantycznych jest kiczowata, bo znamy inną muzykę; pejzaż z jeleniem na rykowisku jest kiczowaty, bo znamy masę innych obrazów. Nikomu zaś nie przyjdzie do głowy uznać za kiczowate malowideł skalnych, a jaskiniowców za tandeciarzy. Po prostu dlatego, że innej twórczości wtedy nie było.

Analogicznie działa subiektywne wyczucie kiczu. Od dnia narodzin do pewnego wieku kicz jest nieodłączną częścią ludzkiej egzystencji. Te wszystkie misie, kwiatuszki, różowe ubranka bywają kiczowate, ale ich dziecięcy konsumenci nie są tego świadomi. Dopiero z wiekiem w naszych głowach rodzi się skala porównawcza, im więcej słuchamy, oglądamy, poznajemy, tym bardziej jesteśmy zdolni odróżnić rzecz wartościową od tandety, piękno od brzydoty, rodzi się nasz gust. I wtedy pojawia się kolejny problem. Wszak słynne porzekadło mówi, że o gustach się nie dyskutuje. Kto więc ma prawo i moc zadecydować, co jest kiczem, a co nie?

Najgorszy jest moment, gdy człowiek zrozumie (a może raczej poczuje) na jakimś jaskrawym przykładzie, co to jest ten okropny kicz. Wtedy do umysłu coraz częściej zakrada się niepokojąca myśl: czy aby nie mam w domu nic kiczowatego; czy nie słucham kiczowatej muzyki albo nie przyznałem się do fascynacji jakimś kiczowatym filmem? Człowiek popada w swoista paranoję, bo nie wie, czy wypada mu jeszcze marzyć o romantycznej randce nad morzem przy zachodzie słońca (choć to takie ładne). Strach przed hołdowaniem estetyce kiczu to strach przed obciachem i towarzyską katastrofą. I dobrze, bo taka dyscyplina jest skutecznym testem dla twórczego, wrażliwego umysłu.

Gdy modny stał się modernizm i hasło „ornament to zbrodnia”, za kicz mogło uchodzić wszelkie pozbawione funkcji użytkowej zdobnictwo. Później na pomoc szlaczkom i falbankom przyszła eksplozja estetyki kampu, kiczu świadomie przesadzonego, podanego w absurdalnej dawce, przegiętego. Pojęcie kiczu przestało być oczywiste. Ważniejszy stał się kontekst i intencje odbiorcy (czy też użytkownika) kiczowatych zjawisk i przedmiotów. Australijski film „Priscilla, królowa pustyni” w reżyserii Stephana Elliota otrzymał w 1995 roku Oscara za kostiumy. Bo właśnie kostiumy, charakteryzacja i scenografia to jest coś, co z tego filmu zostaje w pamięci: wymyślne suknie, makijaż, fryzury, różowy autobus, na którego dachu stoi gigantyczny but na wysokim obcasie. Nagromadzenie różu i słodkości tak wielkie, że aż piękne; przesada tak oczywista, że kicz przestaje tu być czymkolwiek obciachowym, negatywnym. Widać wyraźnie, że „to tak specjalnie”. Przymrużone oko, żart. Kto nie zrozumiał, ten trąba.

Tego rodzaju oswojenie kiczu to kolejny etap w rozwoju ludzkiej wrażliwości estetycznej. Gdy już człowiek z grubsza wie, co to jest kicz, nauczy się go rozpoznawać i nie daje się na niego nabrać, przychodzi czas na zabawę. Od paru lat w dobrym tonie jest posiadanie czegoś, co jest tak bardzo kiczowate, że aż dizajnerskie.

Znam co najmniej kilka osób, w których dobry gust nie sposób wątpić, a które jednocześnie oddają się pasji kolekcjonowania najbardziej kiczowatych dewocjonaliów. Matki Boskie z odkręcanymi główkami, mrugające krucyfiksy, Madonny – nośniki pamięci – te i podobne przedmioty zajmują całe półki w ich ze smakiem urządzonych mieszkaniach. Wydaje się jednak, że ta fascynacja kiczem i przy tym próba obśmiania odpustowej chały staje się pułapką dla samej siebie. Bo czymże jest wspomniana Matka Boska w formie mrugającego na różowo pendrive’a? To nie jest tandetny towar odpustowy; to trudnodostępny i drogi gadżet, który specjalnie udaje kicz; to przedmiot stworzony dla konkretnego odbiorcy-prześmiewcy. W ten sposób kicz pierwotny, naturalny i spontaniczny, poprzez modę na antykiczową ironię, pośrednio uruchomił coś w rodzaju rynku „kiczu wtórnego”. To trochę tak, jakby kupić rysunek Marka Raczkowskiego wygrawerowany na platynowej tabliczce.

To niezwykłe, jak szybko, niemal w ciągu jednej chwili, dzieło kiczowate może stać się cool. Można by rzec, że obiektywny kicz nie istnieje. Wystarczy wynieść portret końskiego łba z pełnego haftowanych serwetek saloniku u cioci i wstawić u siebie między lodówkę Smeg i plakat Feminoteki. Zamiast zażenowania – kupa śmiechu. Bo wszystko rozbija się o przewrotność w potraktowaniu kiczu: jeśli obiekt jest naturalną częścią kontekstu, mamy do czynienia z kiczem, ale jeśli jest absolutnym wyjątkiem na tle otoczenia urządzonego w zupełnie innym smaku, staje się zabawną karykaturą.

W czasach PRL-u nie było reklam, krasnali ogrodowych, telenowel, disco polo ani nastoletnich gwiazdeczek pop. Zabawek czy ubrań było mało, więc nawet jeśli ktoś miał na sobie coś tandetnego, nigdy nie spotykał się z zarzutem bezguścia, tylko ze współczuciem, że nic innego nie udało mu się kupić. Zarzut tandety dotyczył raczej fatalnych materiałów, a nie estetyki.

Dopiero kapitalizm, gotowy zapełnić każdą rynkowa niszę, nieuchronnie przyniósł ze sobą falę prawdziwego kiczu, i to praktycznie w każdej możliwej dziedzinie. Architektura gargamelowa, paskudne przydrożne reklamy, białe kozaczki i różowe tipsy – to wszystko żenujące i wciąż żywe dowody naszego bezguścia i podatności na kicz. Co najbardziej niepokojące, zupełnie nieodporni na kicz zdają się być urzędnicy odpowiedzialni za wygląd naszych ulic. Ale czy ktoś dziś jeszcze przejmuje się kiczem? Po wpisaniu słowa „kicz” do wyszukiwarki Google wyskoczyły mi dziesiątki haseł. Czego dotyczyły? Otóż warszawskiego pubu o tej nazwie…

Tekst: Max Suski

Komentarze
Coś, co łatwo chce być ładne. Kilka słów o kiczu, co na pstrym koniu jeździ
4 (80%) 1