Super hiper tekst

Czarne słowa na szarym tle

Nie myślimy linearnie. Nie działamy logicznie. Przekładanie na życie sprawdzających się w fizyce związków przyczynowo-skutkowych coraz częściej zdaje się być metodą głupców. Jeśli powieść rzeczywiście jest zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu, jej przyszłością będzie brak klarownej i odgórnie określonej konstrukcji. Witajcie w polifonicznym świecie hipertekstu!

Jedziesz do pracy i czytasz powieść. Masz już serdecznie dość głównej bo­haterki z jej sentymentalnymi rozterkami. Wybierasz przycisk zmiany płci i Oliwia staje się Oliwierem. Dobrze, że jednak zdecydowałaś się na nowy czytnik tekstu pro hyper. Pomijasz wątek kryminalny podlinkowany ikonką siekiery. Niestety, poczynania Oliwiera nie są bardziej frapujące niż jego żeńskiego alter ego, niezależnie od wybieranego toku opowieści. Nie po­maga nawet soundtrack. Przewracasz oczami i zrezygnowana wchodzisz na Amazona. Może czas jednak przekonać się do klasyki? Opis reedycji Cierpień Młodego Wertera wygląda zachęcająco: „zmieniaj adresatów maili, statusy Lotty, Alberta i głównego bohatera, aby poznać jedyne w swoim rodzaju »lovestory«. Napisz arcydzieło światowej literatury ramię w ramię z Goethem!”. Klikasz „dodaj do koszyka”.

Z czym to się je

Hipertekst jest w uproszczeniu systemem organizacji danych, w którym poszczególne całostki (nazywane „leksjami”) łączą się ze sobą za pomocą hiperłączy (linków). Inaczej mówiąc, to nieskończony układ potencjalnych możliwości organizacji danych. Co jednak najważniejsze, poruszanie się między poszczególnymi treściami zależy od użytkownika, a nie osób udo­stępniających informacje. Przykładowo, wchodzicie na Pudelka i otwiera­cie post z nowymi zdjęciami Miley Cyrus, od was zależy, czy po obejrzeniu tego materiału wybierzecie układ chronologiczny newsów, sprawdzając co nowego w wielkim świecie, czy raczej klikniecie w nazwisko Miley i prześle­dzicie jej spektakularną karierę.

Termin hipertekst został po raz pierwszy użyty w 1965 roku przez Teda Nelsona. Absolwent socjologii na Harvardzie i wizjoner zafascynowany in­formatyką, na długo przed erą internetu dostrzedł możliwości, jakie rozwo­jowi nauk humanistycznych da wykorzystanie systemów komputerowych. Od lat 60. Nelson, nazywający system stron www „marnym katalogiem ozdóbek”, wraz z grupą informatyków pracował nad projektem Xanadu, mającym być rzekomo idealną wersją literackiej pamięci. Ten rodzaj wirtu­alnej biblioteki miał skupiać nieskończoną liczbę materiałów, połączonych ze sobą na nieograniczenie wiele sposobów. Stanowczo przewyższało to standardowe korelacje typu encyklopedycznego, gdzie jedno hasło odsy­ła do innych, niezbędnych do jego pełnej definicji. Nelson, zwany niekie­dy hipertekstualnym populistą, zakładał możliwość stworzenia systemu pozwalającego na dowolne rozszerzenia nie tylko tekstów pisanych, ale też map (w formie półprzezroczystych nakładek) czy plików graficznych i materiałów wideo. Znamienna wydaje się być nazwa projektu, zaczerp­nięta z poematu Kubla Khan Samuela Taylora Coleridgea. Xanadu to kraina, jaką brytyjski poeta ujrzał w jednej ze swoich opiumowych wizji, a której opisu nie był w stanie przenieść na papier po zakończeniu działania nar­kotyku. Praca nad projektem Xanadu miała się podobnie, jak zapis przeżyć Coleridge’a. Koniec końców główne idee zrealizowała grupa badaczy pra­cujących nad systemem World Wide Web. Magazyn Wired określił wizję Nelsona jako najdłużej niezrealizowany projekt w historii branży.

Od Homera do hipertekstu

Czy wraz z przestępowaniem przez próg dorosłości kolejnych digital-native roczników literatura ma jakąkolwiek przyszłość? W końcu wskaźnik czy­telnictwa spada z roku na rok. Jakie są możliwości rozwoju literatury w społeczeństwie ponowoczesnym, żyjącym w świecie wirtualnym? Czy nieuchronna lapidaryzacja, widoczna już choćby w mediach interneto­wych, w połączeniu z generacjami coraz gorzej odczytującymi nie tylko intertekstualne nawiązania, ale nawet metafory, ma szanse przyczynić się do wytworzenia nowej jakości w literaturze?
Formatem, który ma potencjał w internetowym społeczeństwie, jest wła­śnie hipertekst literacki, inaczej hiperfikcja. Wbrew pozorom taki układ powieści nie stanowi niczego nowego. Bystrym czytelnikom z pewnością stanie przed oczami Gra w klasy Cortazara. Każda szanująca się licealistka musi przeżyć fascynację tą powieścią (podobnie jak odrę czy świnkę parę lat wcześniej). Kultowa książka wydana w 1963 roku jest zresztą zaledwie namiastką możliwości niesionych przez hiperfikcję online. Czytelnik do­konuje wyboru między dwiema wersjami powieści bądź swobodnie się między nimi przemieszcza. Na utwór składają się wersja linearna złożona z 56 rozdziałów i fragmenty uzupełniające, odsyłacze, znajdujące się po rozdziałach właściwych. Odczytanie utworu jest więc uzależnione nie tyl­ko od jednostkowego, subiektywnego odbioru, ale zależy też od kolejności czytanych rozdziałów.

Mniej dosłownym protohipertekstem jest Jeśli zimową nocą podróżny Italo Calvino. W tym postmodernistycznym eksperymencie z 1979 roku, autor mówi o sobie w trzeciej osobie, zaczynając już od incipitu: „Zabierasz się do czytania nowej powieści Italo Calvina »Jeśli zimową nocą podróżny«. Rozluźnij się. Wytęż uwagę. (…)”, a do odbiorcy zwraca się na „ty”. Fabuła opiera się na perypetiach Czytelnika, który w wyniku szeregu omyłek wciąż otrzymuje powieść inną niż ta, którą zamierzał przeczytać. Pisarz rozpoczyna (pozornie) właściwą opowieść dziesięciokrotnie w formie pastiszy różnych konwencji literackich. W momencie, w którym wciąga­my się w kolejny fragment, akcja zostaje przerwana, a Calvino powraca przewrotnie do postaci Czytelnika poszukującego „prawdziwej” wersji Jeśli zimową nocą podróżny. Hipertekst jest też w pewnym sensie realizacją tezy Rolanda Barthesa o „śmierci autora”, podług której tradycyjne interpretowanie tekstów kul­tury przez pryzmat intencji nadawcy nie ma sensu. Istnieje bowiem tyle od­czytań, ilu czytelników danego tekstu. Literacka przyszłość hipertekstów może ukrócić odwieczny problem uczniów. Bo któż będzie molestował ich podstępnym pytaniem o to, co autor miał na myśli, w świecie, w którym na­czelną zasadą jest punkt widzenia, a nie autorska intencja. W tym sensie czytelnik staje się poniekąd współtwórcą dzieła.

Potrzeba pozornej indywidualizacji społeczeństwa prawdopodobnie bę­dzie postępowała. Dzisiaj w niektórych sklepach z butami czy torebkami online możemy wybrać opcję „zaprojektowania” poszczególnych dodat­ków przy pomocy dostępnych szablonów – wybieramy materiały, wysokość obcasów i kolory. Za jakiś czas podobnie może wyglądać literatura. Złudne jest jednak przeświadczenie o własnej wyjątkowości, selekcja nie jest bo­wiem twórczością. Czcze przekonanie, że jest inaczej, prowadzi do zakła­mania obrazu świata, możliwego dzięki umieszczeniu „niepowtarzalnej” jednostki w pantofelkach i z powieścią „na miarę” w jego centrum.

Nie wybiegajmy jednak aż tak bardzo w hipotetyczną przyszłość. W obec­nym kształcie hiperpowieści zarówno te w formie książkowej, jak przyto­czona wcześniej Gra w klasy czy dostępne online, są literaturą eksperymen­talną dla wybranych. Nie stanowią popopowiastek, gdzie wedle życzenia zmieniamy płeć bohaterów, a do czytania przygrywa nam specjalnie do tego dobrana muzyka. Dostępne hiperpowieści to, parafrazując amery­kańską socjolog Sherry Turkle, postmodernizm sprowadzony na ziemię. Czytelnik musi wykazywać się dużą dozą samodzielności i świadomości lekturowej. Mniej wyrobionym odbiorcom łatwo popaść w rodzaj czytel­niczego ADHD, polegającego na sprawdzaniu dostępnych wątków, zamiast skupieniu się na niepowtarzalnej i połowicznie intuicyjnej ścieżce splotu fabuły i jej interpretacji. W tym sensie klasyczna powieść jest pociągiem, który przemierza trasę z punktu A do B. Z kolei hiperfikcja przypomina raczej łapanie stopa – mniej bezpieczne i bardziej skomplikowane, ale po­tencjalnie obfitujące w więcej przygód. To też teoretyczne przywrócenie tekstom literackim ich często zapominanej funkcji, jaką w czasach poprze­dzających upowszechnienie się telewizji była rozrywka. Czytając hiperfik­cję nie musimy się zastanawiać, czy trafnie rozumiemy tekst. Nie trzeba czytać recenzji. Możemy skupić się na jedynym w swoim rodzaju rozwoju wypadków i przywrócić lekturze walor intymności z ery sprzed internetu, kiedy czytano prywatnie i samotnie.

A jak do tego wszystkiego ma się Homer? Według badaczy, takich jak choćby Jay David Bolter (twórca platformy Storyspace – uniwersalnego narzędzia do tworzenia hipertekstów literackich), Iliada przypomina hiperfikcję bar­dziej niż większość dzieł epoki guttenbergowskiej. Starożytny epos w pew­nym sensie pozostaje w ciągłym ruchu. Widoczny jest w nim żywioł kultu­ry oralnej, pełnej powracających motywów i spontanicznych wystąpień. Jakże to różne od zastanej w zapisie rzeczywistości literatury klasycznej.

DIO – do it online

Odsuńmy na bok klasyki klasyków i rzućmy okiem na rodzime podwórko. Jedną z pierwszych polskich hiperfikcji jest (dostępna online, dzięki uprzej­mości krakowskiego wydawnictwa Ha!art) Matrioszka Marty Dzido. Pisarka ewidentnie ma skłonności do literackiego eksperymentowania. Jej powieść Małż została wydana w dwóch wersjach – z zakończeniem optymistycznym i pesymistycznym. Natomiast obecna publikacja to powieść rozszczepiona w czasie, a na domiar złego hipermedialna – leksje są w niej nie tylko frag­mentami tekstu, ale też ilustracjami i animacjami. Matrioszka to opowieść o trzech pokoleniach kobiet, które łączą więzy krwi. Ich losy to powtarza­jący się scenariusz, daleki od „żyli długo i szczęśliwie”, co dodatkowo pod­kreśla stylistyka nawiązująca do bajek, gdzie protagonistkami są kobiety. Mimo marazmu i patologii otoczenia postacie Dzido nadal mają nadzieję na szczęśliwe zakończenie w ramionach księcia. W wykonaniu pisarki treść nie ginie przytłoczona formą, jak w lwiej części prób okiełznania nowego gatunku. Dzido sprawnie unika hipertekstualnych pułapek, z których naj­poważniejszą jest nadmiar przypadkowych leksji. Matrioszka to znacznie więcej niż literacka ciekawostka.

Na uwagę zasługuje też powieść Michaela Joyce’a, pierwsza w historii hiperfikcja online, opublikowana na wspomnianej wcześniej platformie Storyspace w 1989 roku. Popołudnie, pewna historia to proza psychologicz­na, nosząca znamiona powieści detektywistycznej. Główny bohater jest świadkiem wypadku samochodowego. Podejrzewa, że ofiarami są jego żona i syn, spędza jednak cały dzień w zawieszeniu pomiędzy chęcią pozna­nia prawdy a lękiem przed jej konsekwencjami. Już pierwszy fragment po­wieści rozgałęzia się na osiemnaście leksji, czyniąc wybór znacznie bardziej skomplikowanym niż w innych hiperfikcjach. Łącznie między całostkami powieści Joyce’a istnieje bagatela 951 hiperłączy. Historia Petera dzieje się jednocześnie na wielu (choć niedostępnych jednemu czytelnikowi) płasz­czyznach, a jego bliscy, podobnie jak kot w eksperymencie myślowym Schrodingera, są jednocześnie żywi i martwi. Powolne składanie okruchów wydarzeń przez bohatera jest na poziomie metatekstualnym odbiciem po­tyczek czytelniczych z dziełem hiperfikcyjnym.

Przygody człowieka myślącego

Przyszłość literatury jest analogiczna do przyszłości innych dziedzin sztuki. Dotacje dotacjami, subwencje subwencjami, ale rzeczywisty rozwój może zapewnić tylko zainteresowanie odbiorców, którzy poza intelektualnym fermentem niosą ze sobą pieniądze. Literatura, tworzona pół wieku temu często w celach okołodydaktycznych, będzie stopniowo stawała się niewol­nicą kapitalizmu. Rynkowi, funkcjonującemu wciąż jeszcze podług zasady „czytamy to, co napisano”, niebawem może przyświecać hasło „piszemy to, co jest czytane”. Zamiast wieszać przysłowiowe psy na pisarzach i czytelnikach, lepiej skupić się na wykształceniu warstwy odbiorców, którzy w przyszłości będą napędzać rynek wydawniczy swoimi konsumenckimi wyborami. Serie o miłości nad akwenami i porady natchnionego Brazylijczyka mogą bulwer­sować osoby o wyrobionym guście literackim, ale nie od razu Rzym zbudo­wano. Być może pani Grażynka, wypłakująca oczy nad losami bohaterek Danielle Steel, po przebrnięciu przez kilkanaście powieści pisanych według jednego wzoru poczuje znużenie i postanowi rozszerzyć literackie horyzon­ty, sięgając po lepszego autora. Czy może się to zadziać w świecie hipertek­stu? Nie sądzę. Literaturę hipertekstualną na usługach kapitalizmu czeka bowiem walka o odbiorcę z innymi rozrywkami. Tak zwani „kreatywni” będą przewidywali oczekiwania odbiorców, zanim ci pierwsi zdążą o czymkol­wiek pomyśleć. W rezultacie pani Grażynka zamiast wchodzić po stopniach literackiego Panteonu zakreśli sobie sama widnokrąg, korzystając z zasta­nych możliwości poznawczych. Wysiłek intelektualny zostanie wyjęty z rąk czytelnika przez zapobiegliwych speców od marketingu.

Laser skanuje twoją tęczówkę, drzwi się otwierają – wreszcie jesteś w domu. Bierzesz prysznic, a na drzwiach kabiny z pleksi wyświetlasz panel logo­wania na Linkbooka. W 2050 roku operacje plastyczne staniały na tyle, że nawet mieszkanki „krajów trzeciego świata” mogą pozwolić sobie na zabieg. Pełen identycznych twarzy Facebook chyli się ku upadkowi. Śledzisz, co dziś robili twoi znajomi – „pff, nigdy nie uwierzę, że ta kretynka naprawdę wysłuchała w całości steamingu 3D z Opery Wiedeńskiej”. Nowy układ ta­blicy myśli naprawdę ci się podoba. „Od razu widać, że Aśka pasuje jednak do tego Irlandczyka. W 80% otwierają te same linki”. Wchodzisz w arkusz kalkulacyjny online, zaznaczasz „widoczne dla wszystkich”, żeby szef łatwiej wybaczył ci dzisiejsze spóźnienie. Równolegle odpalasz komedię roman­tyczną, aktywując uprzednio swojego awatara, który zagra główną rolę. To będzie hipermiły wieczór.

tekst | Helena Łygas

Komentarze
Super hiper tekst
Oceń artykuł