Naszą filozofią jest uwielbienie dla mądrości. Nie cierpimy głupoty. Rozmawiamy z Wojtkiem Mazolewskim i Johnem Porterem

Dwóch mężczyzn z gitarami podających sobie ręke

Dwie osobowości, dwaj wspaniali muzycy, dwie muzyczne historie, jedna Philosophia. 24 maja 2019 światło dzienne ujrzała wspólna płyta Wojtka Mazolewskiego i Johna Portera.

Z jednej strony John Porter, Anglik, który w latach 70. wybrał Polskę na swój dom, znalazł się w pierwszym składzie Maanamu, grał ballady Cohena z Maciejem Zembatym, nagrywał płyty solowe i w duecie z Anitą Lipnicką, a przede wszystkim założyciel i frontman legendarnego zespołu Porter Band. Z drugiej strony Wojtek Mazolewski człowiek, którego muzyka stanowi jeden z najlepszych polskich produktów eksportowych, niestrudzony propagator jazzu, grywający na całym świecie ze składami Pink Freud czy Wojtek Mazolewski Quintet.

Ich wspólny album to połączenie klasyki z nowoczesnością, rockowego pazura z jazzową wirtuozerią i bluesowym duchem, zamkniętych w formie świetnie skrojonych piosenek. Z okazji premiery albumu mieliśmy przyjemność porozmawiać z obydwoma Panami.

Wasze drogi skrzyżowały się po raz pierwszy podczas nagrywania albumu Wojtka – Chaos Pełen Idei. Pamiętacie swoje ówczesne pierwsze wrażenia, co pomyśleliście jeden o drugim?

John: Miłość od pierwszego wejrzenia!

Wojtek: Od pierwszego usłyszenia!

John: Wiesz, tak czasami bywa, że spotykamy ludzi i czujemy to coś – potem możesz to nazwać chemią, czy jakkolwiek inaczej, ale było to coś, zdecydowanie.

John, Ty towarzyszyłeś Wojtkowi także podczas jego trasy koncertowej i czy to tam właśnie zaczął się już krystalizować pomysł na wspólną płytę?

John: Tak, im więcej graliśmy razem – mimo że to było inne otoczenie, im bardziej się zbliżyliśmy muzycznie i umysłowo, tym gdzieś zaczęliśmy myśleć o tym, jak się spotkać poza koncertami, by coś stworzyć. To brzmi trochę, jakbym mówił o jakiejś zakazanej miłości (śmiech). I tak zaczęliśmy się spotykać, początkowo just for fun, żeby po prostu razem pograć. Dawało nam to wiele frajdy, ale po jakiejś godzinie grania tego samego kawałka w kółko, zaczęliśmy zadawać sobie pytanie, jaką formę ma ta nasza współpraca przybrać. I tak zaczęły rodzić się piosenki.

Wojtek: Improwizowaliśmy sobie na luzie i to było bardzo owocne. Z tych spontanicznych jamów rodziły się pomysły na piosenki, które następnie dopracowywaliśmy na kolejnych spotkaniach. Muzyka płynęła strumieniami. To było ekscytujące.

Czyli wszystko bardzo spontanicznie się potoczyło…

Wojtek: Spotkania w studio przy nagraniu piosenki POLISH GIRL z płyty Chaos Pełen Idei dały nam twórczego kopa. Potem była trasa Chaosu. Na każdym koncercie był wybuch twórczych mocy… Po koncertach dzwoniliśmy do siebie: Stary, jak to super wyszło, niesamowite itd. Wtedy postanowiliśmy, że zobaczymy, jak to będzie, jak spotkamy się tylko we dwoje i pogramy sobie w domu. Okazało się, że w takich warunkach też dobrze nam robi się muzykę. Oboje jesteśmy mocno zapracowani, więc te spotkania nie były regularne. Minął rok, może półtora i zdaliśmy sobie sprawę, że mamy kilkadziesiąt piosenek, z którymi moglibyśmy wejść do studia.

To w takim razie trudno było Wam zrobić selekcję do tych 14, które znalazły się na płycie?

Wojtek: Myśmy jej nie zrobili do dzisiaj – to znaczy, zrobiliśmy o tyle, że jest płyta, ale to było tak samo spontaniczne, jak cała reszta.

No dobra, to wszystko jest super, miłość od pierwszego wejrzenia – ale czy był w ogóle jakiś moment tak zwanego docierania się, że jednak coś musieliście wspólnie wypracować?

John: Absolutnie niczego nie musieliśmy wypracowywać. To jest dziwny przypadek, faktycznie, że wszystko wychodzi nam tak naturalnie – wiem, że to może brzmieć banalnie, ale naprawdę tak jest, czasami myślę, że jest aż za dobrze!

Wojtek: Nie no, to jest właśnie sensacją, bo w życiu jest zwykle inaczej. A najlepszym dowodem na to wszystko, jest właśnie nasza wspólna płyta.

Płyta ujrzała światło dzienne 24 maja, a jako singiel wybraliście Don’t Ask Me Question. Dlaczego Wasz wybór padł na właśnie ten utwór?

John: Stwierdziliśmy, że ta piosenka ma największego kopa i przywodzi ona na myśl muzykę z lat 60. z dobrą linią basową. Na płycie są co prawda utwory, na których znajdziemy więcej melodii, ale tu też jest bardzo ładny, melodyjny fragment. Don’t Ask Me Question pokazuje po prostu wszystkie możliwości, jakie słuchacz znajdzie na płycie. W tym utworze masz zarówno moment uderzenia, jak i motyw liryczny. Według mnie to był słuszny wybór, a przynajmniej mi się podoba (śmiech).

Wojtek: Zmiany tempa, chórki i kawał historii rock’n’rolla, wszystko zawarte 3-minutowym utworze. To dobry początek. Kawałek powstał w tak zwanym pierwszym rzucie i roboczo nazwaliśmy go HIT. To pokazuje, jaką energię mieliśmy od początku pracy nad tą płytą. Na albumie są utwory mocniejsze oraz spokojne, z dużym ładunkiem emocjonalnym, ale ten ma najwięcej dominujących przypraw, jakie są na całym krążku.

John, Ty jesteś autorem wszystkich tekstów piosenek…

John: Jestem, zostałem zmuszony (śmiech). Prawda jest taka, że ja potrafię tylko śpiewać, to, co sam napiszę. Największy problem mam ze śpiewaniem coverów, po prostu nie jestem w stanie zapamiętać tekstu i nie czuję tego.

Wojtek: To tak, jak hip-hopowcy. To jest zrozumiałe i wynika z autentyczności przekazu.

John: Prawie każdy tekst był pisany na już, bo nigdy nie wiedzieliśmy co będziemy nagrywać danego dnia, ani co robić. Przychodziłem, Wojtek zaczynał grać i mówił: Śpiewaj! A ja nie miałem tekstu, więc cóż, musiałem go stworzyć. Całkowicie spontaniczne pisanie.

Właśnie słuchając płyty, zastanawiałam się nad tym, czy one się układają w jedną historię, czy to jest 14 zupełnie różnych, choć w podobnej tematyce, historii?

John: No i widzisz, to jest właśnie to. Jak musisz zrobić coś na już, masz bardzo spontaniczny sposób pracy, zmuszony przez Wojtka przede wszystkim (śmiech), to łapiesz jakąś myśl i lecisz z nią. To jest bardzo fajne.

Ale te teksty do wesołych nie należą, można powiedzieć, że są wręcz dekadenckie, ale w połączeniu z muzyką, zyskują zupełnie nowy wyraz.

John: Ja bym nawet nie powiedział, że są smutne, tylko refleksyjne. Odzwierciedlają to, co się dzieje, nawet teraz. A taki kontrapunkt między tekstem a muzyką, o którym wspomniałaś, bardzo dobrze działa. To na przykład słychać w One, Two, Three. Słuchasz i myślisz: ale miło. A potem przychodzi brigde i stwierdzasz, że wcale nie jest już tak sielsko.

Wojtek: Myślę, że takie jest po prostu życie. Płyta mówi o nas, co widzimy, czujemy i przezywamy. Gdy robię muzykę, wkładam w nią całego siebie, bez taryfy ulgowej. Często, jak robię coś instrumentalnego dla Pink Freud, czy WMQ albo do filmu, ludzie mówią, że ta muzyka jest taka romantyczna, trochę smutna, ale niesie jakąś nadzieję i ukojenie. Trudne momenty w życiu, rozstania, są największymi trampolinami do rozwoju, bo ten proces odbywa się poza strefą komfortu, czujesz ból istnienia i szukasz dobrego rozwiązania. Muzyka jest energią, która może w tym pomoc.

Wspomniałeś, że oboje z Johnem jesteście bardzo zajętymi ludźmi, praktycznie cały czas koncertujecie, robicie wiele rzeczy, no i teraz jeszcze wspólna płyta…

Wojtek: Tak, jesteśmy bardzo zajęci, także solowymi projektami, ale ten projekt jest wyjątkowy i wart był pełnego poświęcenia. Zdawałem sobie sprawę, że na moich barkach jest utrzymać tempo pracy, produkcji itd. Dwoiłem się i troiłem. Na szczęście nie narzuciliśmy sobie żadnych sztywnych terminów, byliśmy elastyczni, obydwoje dostosowaliśmy swoje kalendarze pod ten zespół, pozwoliliśmy sobie na odczytanie tego, co przestrzeń chce nam powiedzieć. Dzięki temu wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak miało się wydarzyć.

Skąd Wy czerpiecie na to wszystko energię?! Wiecie, żyjemy trochę w takich czasach, że niektórzy są już zmęczeni najmniejszym wysiłkiem i są też tacy, jak Wy, którzy wydaje się, że mają nieskończone pokłady mocy.

Wojtek: Życie to sztuka wyborów, a to nie zawsze jest łatwe. Patrząc na młodych, wchodzących w dorosłe życie ludzi, myślę sobie, że pomimo tego, iż świat oferuje im o wiele więcej możliwości niż za moich czasów – możesz dużo więcej dostać, nauczyć się, nawet nie wychodząc z domu, to ciężko jest znaleźć dobre rzeczy. W takim bałaganie traci się dużo energii i uwagi. My mieliśmy kilka płyt i książek i z nich potrafiliśmy się nauczyć w zasadzie wszystkiego. Teraz masz tysiące i nie wiadomo, która jest dobra. Trzeba się nauczyć mądrze wybierać.

John: To tak, jak z telewizją, masz miliony kanałów, co oglądać? Tak wygląda współczesne życie.

Wojtek: Dlatego nie mam telewizora. Wracając do pytania, myślę, że ja i John po prostu w stu procentach poświęciliśmy nasze życie muzyce i to tak naprawdę, w pełni, podporządkowując pod to całą resztę. W momencie, gdy się spotkaliśmy, zrozumieliśmy, że właśnie to nas łączy i w ten sposób się wyrażamy. To jest najlepsze, czym możemy się z wami podzielić. Na innych polach ponieśliśmy wiele porażek, ale robimy muzykę cały czas szczerze i z pasją. Bez względu na to, czy to nam dawało uznanie lub kasę, czy nie, robimy to, do czego jesteśmy stworzeni. Może to trochę staroświeckie, ale na takich przykładach się wychowałem.

Wracając jeszcze do tego wątku społecznego: czy to jest tak, że kiedyś było po prostu mniej egoizmu?

Wojtek: Egoizm, materializm, konsumpcjonizm do niczego dobrego nie prowadzi. To jest krótkotrwały substytut szczęścia. Niestety żyjemy w kulcie kasy i myślenia, że to jest miernikiem sukcesu. Wolę coś, co ma dłuższy termin ważności, jak przykładowo sztuka. Mamy rozkwit polskiej kultury, wielu utalentowanych twórców. Dajmy im głos. Może zróbmy eksperyment i piszmy przez jakiś czas na pierwszych stronach tylko o kulturze, zobaczymy, co się wydarzy. Nie wolno karmić ludzi, tylko newsami dla kasy i medialną papką – polska publiczność jest wspaniała – zasługuje na coś więcej.

Zrobiliśmy mały odskok od tematu, ale bardzo wartościowy, wróćmy teraz do tematu płyty: czym dla Was jest ta tytułowa Philoshopia?

John: Ona jest na pewno wspólna, bo głupio, gdyby każdy z nas miał swoją własną (śmiech). To był naturalny wybór. Nasza filozofia rodzi się już w naszym graniu, w wolności bez ograniczeń, w znalezieniu samego siebie. Jesteśmy muzykami i to jest nasz sposób na wyrażanie siebie. Przekazujemy to, w co wierzymy. Dla nas muzyka to odkrywanie samego siebie. Jak piszę teksty, to tak naprawdę tłumaczę sobie samego siebie, co czuję, dlaczego – no, może nie zawsze dlaczego, czasami to paru latach dopiero przychodzi.

Wojtek: Naszą filozofią jest uwielbienie dla mądrości samej w sobie. Nie cierpimy głupoty i tyle. Są dwie, najważniejsze rzeczy w życiu i one są też na tej płycie. Jedną z nich jest muzyka, czyli jedyne uczucie, które można usłyszeć, a drugą jest miłość.

Zaciekawił mnie też Wasz booklet, gdzie znajdziemy zdjęcia zza kulis nagrywania płyty, ale nie ma, jak w standardowym booklecie pełnego tekstu, tylko wybraliście po jednym zdaniu, które jest napisane odręcznie po angielsku przez Johna i po polsku przez Ciebie. Skąd taki pomysł, by zawrzeć tylko taką, powiedzmy esencję?

Wojtek: Wiesz co, nawet nie wiem, czy to jest esencja, bardziej sentencja, coś jak mantra, co ma pobudzić umysł. Hasła, które wyświetlają w Twojej głowie skojarzenia. Ta forma jest trochę zaproszeniem do interpretacji. A Ty John, jak myślisz?

John: Witaj w moim mrocznym świecie, welcome to my dark world (śmiech).

Porozmawiajmy jeszcze o oprawie graficznej, czyli zdjęciach, które znajdziemy w booklecie. To całkowicie spontanicznie uchwycone momenty z Waszego wspólnego grania, racja?

Wojtek: Tak, po prostu zaprosiliśmy na naszą próbę Jacka Porembę, tych zdjęć jest bardzo dużo, będziemy się nimi na pewno dzielić. Jacek bardzo autentycznie to pokazał… W booklecie to jest pokazane w taki fanzinowski sposób, jakby to było powycinane, wydrapane, rock’n’rollowy rozgardiasz.

29 maja gracie w warszawskiej Stodole, a potem… wyruszacie dalej w trasę?

Wojtek: Po to zrobiliśmy płytę, by was wyciągnąć z domów i zaprosić na koncert (śmiech). Nie możemy się już doczekać grania za żywo. Zapraszamy – będzie ogień. Będzie także sporo koncertów w ramach różnych festiwali, ale z ogłoszeniem tego musimy jeszcze poczekać chwilę. Zapraszamy na nasze social media, tam będziemy informować na bieżąco.

To tak już na koniec: gdy Wasza trasa się skończy i emocje opadną – czy Wasze drogi jeszcze raz się skrzyżują w jakimś wspólnym projekcie?

John: Najpierw musimy przeżyć to wszystko, zobaczymy, czy przetrwamy (śmiech). A jak przetrwamy, to zobaczymy, co dalej. Ale emocje nigdy nie opadną!

Wojtek: To już jest super zespół. Długo na to pracowaliśmy, więc chcemy się tym cieszyć razem z wami jak najdłużej. A jesteśmy też już na takim etapie życia, że wiemy, że nie ma co sobie za wiele wymyślać na przyszłość – życie i tak pokaże, jak będzie.

Rozmawiała: Klarysa Marczak
Zdjęcia: Jacek Poremba

Komentarze
Naszą filozofią jest uwielbienie dla mądrości. Nie cierpimy głupoty. Rozmawiamy z Wojtkiem Mazolewskim i Johnem Porterem
Oceń artykuł