
Zacznijmy od tego, że Polska to bieda i nędza. W związku z czym eventy trendowego światka mody to dla większości wyłącznie pole do autopromocji, bo na pewno nie zakupów.
Jeszcze kilka edycji temu wielu uczestników łódzkiego tygodnia mody wbijało nań w szmatach od Versaczka, opierając swoją stylówkę na wynajdowanych z mozołem elementach z second handu. Dzisiaj to już nie wypada — trzeba się trochę bardziej postarać i paradować, na przykład cały dzień, w poplamionym czerwoną farbą prześcieradle.
Skończyło się też to, co było spoko na początkowych edycjach FashionWeeka — tolerancja wobec wszelkich niedogodności, palenie petów na deskach i dobre aftery HIRO, Vice i K MAGA. Przede wszystkim skończył się Pikuś — nadający ton nocnemu życiu polskiej stolicy mody, którą Łódź niezaprzeczalnie wtedy była. Minęły czasy blichtru za 5 zeta, ale też błota na recepcji technicznej, kapiącej z dachu wody i innych rozluźniających atmosferę tematów.
Przeniesienie z Tymienieckiego do hal EXPO było jak przeprowadzka Balcerka ze Szmulek na Ursynów. Na szczęście czasy Expo mamy już za sobą. Dwunasta edycja odbyła się w hotelu Hilton, co nadało całemu przedsięwzięciu elegancji — choć nie trafiliśmy nagle do nowobogackich wnętrz (jak pisze znany bloger). Może dlatego, że kilkugwiazdkowe hotele goszczą raczej biznesmenów w delegacjach.
Nowe miejsce bardziej zobowiązuje, bo to w końcu amerykańska sieć i prestiżowa marka. Do tego w Hiltonie są sprawne toalety — coś, czego brakowało podczas poprzedniej edycji. Damn, szkoda, bo chętnie bym pojechał po sanitariatach. Nie było też dziwnych obrazów i rękodzieła w Showroomie.
Najgorzej jednak, że pokazy były na dobrym poziomie i nie było ani jednej kolekcji w klimacie sieci Carry, co zdarzało się wcześniej. No nic — w takim razie wypada chyba kogoś wyróżnić. Dobre kolekcje pokazali: Kopi, Nanko, Jarosław Ewert, Dawid Tomaszewski, Klaudia Markiewicz i Maciek Sieradzky. Jak zawsze mocnym akcentem był pokaz Łukasza Jemioła, który nagrała nasza kamera GoPro. Wydaje mi się, że nie było wcześniej tak dobrego filmu z żadnego polskiego pokazu, ale ocenicie to sami. Oczywiście liczę na hejty — hejtowanie jest w tym przypadku najlepszą rozrywką. A pamiętajmy, że najlepsze jest to, co dobre i tanie jak ruski szampan.
Liczba hejtów wylewanych na FW wzrasta z każdą kolejną edycją. Na początku wszyscy garnęli się do Łodzi i zasiadali w pierwszych rzędach, organizowali imprezy i stawali na rzęsach w Pikusiu. OK, raz czy nawet kilka razy to może bawić, ale wszystko się w końcu nudzi. Znane szafiarki też uznały obecność w Łodzi za odhaczoną i wystawiły skromną, jednoosobową reprezentację (nie licząc kilku dziewczyn, które przeszły po wybiegu w swoich bazarowych stylizacjach).
Mimo coraz większego zainteresowania polskimi projektantami nadal brakuje nam biznesowego podejścia do tematu. Jak mawia najmocniejsza zawodniczka w tej branży, Eva Minge — świetnie robimy kolekcje z papieru, chleba i mięsa, ale za mało w tym ekonomii (wypowiedź na Instagramie @hiro_magazine). Zapewne miała na myśli programy telewizyjne, które z poważnym biznesem mają tyle wspólnego, co „Gwiazdy tańczą na lodzie” z olimpiadą zimową.
W sumie doradzam, że lepiej zostać w Warszawie, bo Łódź jest brzydka i trzeba do niej jechać samochodem całą godzinę (albo, co gorsza, dwie godziny pociągiem). Cieszę się, że nie spotkałem tam osób, które narzekały, jak jest słabo — bo jak słyszę, że ktoś, kto jedzie tam za free, mieszka w dobrym hotelu, chodzi nastukany przez kilka dni i jeszcze narzeka, to mam ochotę wymienić go z nazwiska.
Bawią mnie komentarze w stylu: „Weźmy się wspólnie i zróbmy”. Ha ha. W biznesie nie ma żadnej demokracji. To nie szkółka, tylko ciężki hajs.
Tekst: Znany hejter Kris