Łukasz Orbitowski: Niefantastyczne lata 90.

Łukasz Orbitowski napisał swoją pierwszą powieść obyczajową. I ponoć najlepszą. Z autorem rozmawiamy o „Innej duszy”, bydgoskich ulicach i latach minionych.

Zapytam wprost: czy fantastyka już z Ciebie wyparowała?

Inaczej, ja się czuję przez fantastykę porzucony. Bo nie jest tak, że dokonałem świadomego exodusu ku literaturze obyczajowej, ale jakoś się złożyło, że pomysły fantastyczne przestały przychodzić mi do głowy. Jeśli takowy się pojawi, podejmę wyzwanie. I może nie z przyjemnością, ale męcząc się straszliwie i narzekając na swój los, bo jestem najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie, będę ten tekst rzeźbił. Żeby jednak posłużyć się przykładem. Redakcja Nowej Fantastyki zwróciła się do mnie z prośbą o napisanie opowiadania z okazji jakiejś okrągłej rocznicy. Uchylić się nie mogłem, bo tak po prawdzie gazecie tej zawdzięczam niemal wszystko. I znalazłem się w kłopocie. Od dwóch lat nie napisałem nic fantastycznego.

A jako że w czasie tych dziesięciu czy iluś tam lat pracy twórczej nie miałem okazji zaprezentować się jako wesołek, wymyśliłem sobie, że napiszę humoreskę fantastyczną. Dłubię ją sobie w zeszyciku, potem przepisuję i, mówiąc szczerze, kiedy tak spojrzałem na to, co mam, pomyślałem, że fantastyczność tego tekstu jest mocno dyskusyjna. A już z całą pewnością nie jest on śmieszny. Czyli poniosłem klęskę na dwóch polach. Mówię o tym dlatego, aby podkreślić, że nie wszystkie wybory twórcy są wyborami zaplanowanymi i świadomymi. Czyli fantastyka jako artystę mnie opuściła, choć nie opuściła mnie jako odbiorcy i nie zamierzam z niej rezygnować. Nadal oglądam filmy, gram. Może nie czytam, ale nigdy nie byłem miłośnikiem literatury fantastycznej.

_MG_1286

Od recenzji Innej duszy w tygodnikach opinii i wysokonakładowych dziennikach bije przekonanie, że zerwanie z fantastyką jest niejako dowodem dojrzałości twórczej.

Ośmielę się z tym nie zgodzić, bo Szczęśliwa ziemia, która była książką z elementami fantastycznymi, to jednak, jak myślę, powieść dojrzała. Tłumaczyłbym to raczej osobistymi preferencjami i gustami samych recenzentów, którzy, słusznie lub nie, uznali element obyczajowy mojej prozy za bardziej wartościowy i ucieszyli się, że to on dominuje. Sam jestem w ocenie swojej twórczości surowy i tak naprawdę większość moich pomysłów fantastycznych miała charakter obiegowy. I tak Święty Wrocław jest opowieścią o nawiedzonym miejscu, Tracę ciepło o dwóch gościach, którzy widują duchy, a Szczęśliwa ziemia o zamku, w którym mieszka zło. Nie jest to, powiedzmy sobie szczerze, odkrywanie Ameryki.

Z tym że zawsze mi zależało, aby oryginalność tkwiła nie tyle w samej idei, co w jej wykonaniu. Bo jak się te książki streści, to chyba nie ma bardziej obiegowych rzeczy niż te, po które sięgałem. A teraz mimowolnie ucieszyłem krytyków i może rozczarowałem tych, którzy u mnie tej fantastyki szukali. Dopuszczam taką możliwość, ale nic z tym nie zrobię, bo bycie pisarzem, bycie artystą przewiduje niekłanianie się konwencjom. Piszę to, na co mam ochotę, co przyjdzie mi do głowy. Akurat ten element swojego życia mogę kreować zupełnie nieskrępowanie, dlatego stało się tak, jak się stało. I w dającej się przewidzieć przyszłości nie będę pisał fantastyki; to najgorsze, co mógłbym dzisiaj zrobić czytelnikom moich książek fantastycznych. Byłoby to sztuczne, wydumane i nieszczere.

Całkiem niedawno dementowałeś na Facebooku doniesienia, że napisałeś kryminał.

Mam to szczęście, że po paru latach walki i uporu udało mi się pozbyć łatki polskiego Stephena Kinga. Najgorsza rzecz, jaka mogłaby mi się przydarzyć, to kolejna etykietka. Następna konwencja, w której objawiałbym się publiczności. Dlatego się temu żywiołowo sprzeciwiłem. Jest jeszcze inny tego powód: faktycznie nie napisałem kryminału. Nie jestem tak do końca pewien, czym jest Inna dusza. Moim zdaniem to powieść obyczajowa o Polsce lat 90., ale nie jest to kryminał z całą pewnością. Owszem, są dwa morderstwa, ale nie ma śledztwa, praktycznie nie ma policji, nie ma motywu, personalia mordercy są znane od pierwszej strony, a odgadnięcie tożsamości ofiar nie powinno stanowić kłopotu dla czytelnika. Chyba każdy to przewidzi. Uznanie tej powieści za kryminał byłoby szaleństwem. Mało tego. Jeśli ktoś poszedłby do księgarni i kupił kryminał Orbitowskiego Inna dusza, byłby wściekły, bo nie dostałby tego, czego by oczekiwał. Chciałem temu czytelniczemu rozczarowaniu zapobiec, a poza tym wolę, żeby mówiono o mojej twórczości w adekwatny sposób.

Metka true crime też do Innej duszy niezupełnie pasuje, bo nie trzymasz się kurczowo prawdy o tym, co wydarzyło się przed laty w Bydgoszczy.

Nie umiałbym tego zrobić. Tym bardziej podkreślam fikcyjność Innej duszy. Rodziny ofiar ciągle żyją, rodzice mojego mordercy być może również, przecież to młody chłopak, młodszy ode mnie. A to trudna sprawa. Poza tym nie piszę literatury faktu, reportaży. Jak sobie włączysz Teksańską masakrę piłą łańcuchową, też na początku powita cię informacja, że to historia oparta na prawdziwych zdarzeniach. Chociaż ja pisałem z zamysłem nieco poważniejszym, z pewnością mniej rozrywkowym. Oparłem się na reportażach, artykułach, a przede wszystkim aktach sądowych, których było szesnaście tomów. Wałkowałem je, będąc w Bydgoszczy. Dały mi całkiem kompletny obraz sytuacji, choć były tam pewne wyrwy. Pierwowzór mojego bohatera był w Legii Cudzoziemskiej i wszystko, co na ten temat znalazłem, ograniczało się właśnie do tej informacji. Po prostu pojechał, wrócił i tyle. Polskich śledczych z oczywistych przyczyn jego pobyt nie interesował, a on sam, z uwagi na ograniczoną komunikatywność, nie rozmawiał na ten temat, bo i nie był on przedmiotem śledztwa.

_MG_1240

Rozdział ten został więc przeze mnie całkowicie wymyślony i wydarzenia te nie mają nic wspólnego z autentycznymi. Podobnie jak fragmenty, kiedy po pierwszym morderstwie Jędrek ucieka z Bydgoszczy. Również nie wiem, co robił, gdzie był, tylko tyle, że zwiał. Tak więc mamy już dwa rozdziały, które są kompletną fikcją. Cała reszta również jest luźno budowana na faktach. Wiem na przykład, że był cukiernikiem, lecz wymyśliłem jego relacje z kolegami z pracy czy szefową. Jedyne, co zostało przeniesione faktycznie jeden do jednego, to sceny morderstw, gdyż są one w swojej prostocie tak wstrząsające, że nie bardzo potrafiłem się od nich uwolnić. Byłem pod przemożnym wpływem tego, co zobaczyłem. Oglądałem zdjęcia zwłok, fotografie z wizji lokalnej i odcisnęło się to we mnie tak mocno, że nie mogłem zapisać tych scen inaczej. Lecz jest to taka wewnętrzna wiedza, bo kto nie widział tych akt, nie będzie tego świadomy. Zmieniłem scenerię, ofiary żyją gdzie indziej, mają inne rodziny. Jestem powieściopisarzem i jeśli fakty mi przeszkadzają, to tym gorzej dla nich.

Przed momentem podsumowałeś dosłownie kilkoma słowami tematykę paru swoich poprzednich powieści. A o czym traktuje Inna dusza?

Zastrzeliłeś mnie tym pytaniem. Na początku lubiłem o niej myśleć jako książce o zabijaniu. Jednak bardziej opowiada ona o świecie, który minął i odszedł w przeszłość. Jest to historia o młodych ludziach, którzy próbują sobie radzić z życiem w specyficznej scenerii późnej fazy wczesnego kapitalizmu, czyli latach 1995-1999. Można również nazwać ją powieścią o ojcach i synach, bo mamy tam dwie różne, ale jednak dysfunkcyjne rodziny.

Jak mówiłeś, Ty i Jędrek jesteście prawie rówieśnikami, więc można domniemywać, że doświadczaliście podobnych rzeczy. Ciekawi mnie, na ile oparłeś się, pisząc o latach 90., na własnej, naocznej obserwacji.

Zdaje mi się, że nawet pochodziliśmy z podobnych domów, czyli z takiej, powiedzmy, warstwy inteligenckiej. W ogromnym stopniu bazowałem na własnej obserwacji, choć nie było to doświadczenie kompletne, wiele tematów musiałem zgłębić. Żeby nie szukać daleko – znałem automaty do gier, byłem zaznajomiony z muzyką, ale z markami ubrań już trochę gorzej. Wygląd ulic i klimat współodczuwałem z bohaterami tej książki, bo, jak sądzę, Kazimierz nie różnił się zbytnio od tych starych dzielnic bydgoskich. Z tym że Kazimierz odnowiono, a Bydgoszcz dalej wygląda jak wyglądała. Pamiętam, że kiedy chodziłem po tym mieście, moim oczom ukazała się ulica Jasna: odrapane kamieniczki, pranie rozwieszone na sznurkach, półnagie chłopy w oknach, samochód podparty na cegłach. Rozejrzałem się i pomyślałem „to tutaj”. Jednak były rzeczy, których musiałem się nauczyć. Pewne wątki okazały się tak trudne i kłopotliwe, że z radością uciekałem w rekonstrukcję. Czasem musiałem przystopować, bo książka przestała przypominać fabularyzację akt sądowych, a zbliżać się do sklepowego katalogu. A przecież nie o to chodziło. Musiałem się douczyć mody damskiej, marek samochodów. I tak to wyglądało. Fajna przygoda. Chyba nadaję się do wygrzebywania różnych rzeczy i przywracania tego, co było.

 

rozmawiał | Bartosz Czartoryski

zdjęcie | Natalia Baranowska | Manuka Studio

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera