Jesteśmy za skromni na groupies – kilka pytań do V / A Team

Dwóch chłopaków w białych koszulkach

Najbardziej stylowy kolektyw warszawskich klubów. Kilka lat temu promowali gitarowe trendy na parkiecie nieistniejącej już Jadłodajni Filozoficznej.

Naturalna ewolucja repertuaru nie odebrała im publiczności – przeciwnie. Można sprawdzać w każdy pierwszy piątek miesiąca w warszawskich Kamieniołomach imprezom V/A team patronuje hiro free.

Jest coś takiego jak styl V/A Teamu? Można to jakoś precyzyjnie zdefiniować?

Oskar Boy Division Stelągowski: Na początku naszym głównym celem było granie muzyki, która nam się podoba. I to się nie zmieniło. Drugim naszym celem było wyszukiwanie ciekawych nowości. Chcieliśmy osadzać je w kontekście historycznym, pokazać skąd się wzięły. Jak jedne trendy się wyczerpały, stały się nudne i nieciekawe, to szukaliśmy czegoś nowego. Kuba, chcesz coś dodać?
Kuba Hoax Kiewicz: Nie.
Oskar: Ostatnio nawet zastanawialiśmy się, co gramy i stwierdziliśmy, że tym wspólnym mianownikiem jest house, chociaż ten termin się niesłusznie zdewaluował w ostatnich latach. Nadal mamy szerokie zainteresowania i nie ograniczamy się. Jeśli coś spełnia nasze jakościowe wymagania, to na pewno znajdzie się na to miejsce w naszych setach.

Nie jesteście już indie?

Kuba: Jesteśmy indie house. Możemy mówić, że gramy house, bo takie są gatunkowe korzenie numerów, które puszczamy. Ale to nie jest radio i MTV. To dalej jest muzyka alternatywna.
Oskar: Indie to nie tylko gatunek. To też pewien sposób myślenia, organizowania imprez. To nieuleganie naciskom, robienie rzeczy po swojemu. Miej kontrolę nad tym, co robisz i bierz za wszystko odpowiedzialność. Od przygotowania muzyki, przez napisanie notki prasowej, do rozwieszenia plakatów.

Wasze pierwsze imprezy w Jadłodajni wyglądały tak, że Kuba grał Blur, a ty wyciągałeś rzeczy, których nikt nie zna i do których nie da się tańczyć.

Oskar: Wiadomo, dobry i zły policjant. Umówiliśmy się kiedyś, że ja biorę na siebie wszystkie nieprzyjemności, zarówno muzyczne jak interpersonalne.

Czyli potwierdza się moja teoria, że ty w tym duecie jesteś Brudnym Harrym, a Kuba to uprzejmość i człowiek spokój?

Oskar: Teraz to już nie jest tak skrajne. W pewnym momencie to się wyśrodkowało.
Kuba: W relacjach zakulisowych dalej tak jest, że Oskar jest bardziej nerwowy, a ja jestem spokojny.
Oskar: Ja jestem nerwowy, bo na mnie ciążą obowiązki organizacyjne i szeroko pojęty menedżment, a Kuba jest odpowiedzialny za dobrą atmosferę pracy. A wracając do grania rzeczy, których nikt nie zna – uważam, że warto przemycić czasem coś trudniejszego, mniej popularnego.

Bo wychowujesz sobie publiczność?

Oskar: Oczywiście, że tak. Ale nikogo nie chcemy pouczać, raczej wychowujemy się razem.

A wy się ścigacie z innymi kolektywami?

Oskar: Brakuje płaszczyzny, żeby się ścigać. Mamy swoją publikę, od dwóch lat na naszych imprezach nie było mniej niż 500 osób, a zazwyczaj jest dużo więcej. Różnimy się na tyle od innych kolektywów, że ciężko, żebyśmy kogoś gonili. Myślę, że to bardziej z nami chce się konkurować.
Kuba: To się też zmieniło, kiedy imprezy alternatywne zostały wyparte przez imprezy elektroniczne. Wcześniej wszyscy grali podobnie, niby można to było jakoś urozmaicać, ale to zawsze był ten sam wycinek gitarowej muzyki. W takiej sytuacji można mówić o konkurencji. Przejście do elektroniki poszerzyło pole działania, każdy może uprawiać własne poletko.

Macie cały czas taką szczerą potrzebę szukania nowych rzeczy?

Oskar: No pewnie! Dig through all of shit to get quality stuff (lubimy dowolność tłumaczeń, a więc: Przez szambo do raju – przyp. red.) – to nasze hasło, nic się nie zmieniło. Może słuchamy mniej albumów, z 10-20 długogrająych płyt w ciągu roku. Raczej interesują nas dobre single i EP-ki. Ale szukanie to podstawa. My jesteśmy tak wychowani. Jesteśmy z pokolenia, które nie dostało wszystkiego na tacy.

Bez przesady, też jesteś z pokolenia, które miało łatwiej. Generacja empetrójki i downloadu oznacza nieograniczony dostęp do muzyki. I to całej muzyki, bez podziału na gatunki.

Oskar: No i dlatego wcale nie mamy łatwiej, mamy gorzej. Ściągasz płytę, a potem na forach i blogach znajdujesz odnośniki do stu innych artystów, którzy grają podobnie. Internet to piekło wyborów.
Kuba: Internet zmienił rynek. Możemy się zastanawiać, czy niektóre super krótkie mody – jak new rave, który trwał niecały rok – bez internetu trwałyby dłużej. Bo miałyby trudniej z dotarciem do ludzi. Internet to pstryknięcie palcami. Każdy może znaleźć tam wszystko, wystarczy odrobina uporu.
Oskar: Internet spowodował też wyścig nowości – jak coś ma dwa miesiące, to już jest stare. My się też złapaliśmy w tę pułapkę jakiś czas temu – praktycznie co miesiąc wymienialiśmy całą selekcję. Teraz staramy się już tego nie robić. Gramy dany kawałek tak długo, aż nam się nie znudzi i nie zacznie żenować. To, że niektórzy mogą w kółko słuchać We Are Your Friends czy innego gówna, uważam za normalne, ludzkie. Ale jeśli didżeje eksploatują takie hity przez kilka lat, to, to nie są didżeje, to są dyskotekowi puszczacze muzyki.

A didżej to kto?

Oskar: Osoba świadoma kultury i tradycji związanej z muzyką, którą gra. To też szczerość w stosunku do ludzi. Jeśli mówisz, że jesteś didżejem – klubowym, alternatywnym – a robisz dyskotekę, to jest ściema. Jeśli robisz dyskotekę i mówisz, że robisz dyskotekę, to ściemy nie ma. Didżej to osoba, której najważniejszym zadaniem jest promocja
muzyki. Przynajmniej ja tak uważam.

Kuba: Ostatnio nawet rozmawialiśmy o tożsamości didżeja. O tym, czy didżej musi grać dla ludzi, czy może powinien to robić dla siebie. My mamy ten komfort, że możemy grać, co chcemy i naszej publice się to podoba. Nie muszę puszczać kawałka, którego nienawidzę tylko po to, żeby ktoś zatańczył.
Oskar: A-Trak ostatnio powiedział w wywiadzie: Znajdź to, co jest w tobie wyjątkowe i pojedź na tym. Obserwuj innych, inspiruj się, ale nie naśladuj. Jak będziesz naśladował, zawsze będziesz drugi. Trzeba znaleźć własny patent. Bądź sobą to wyświechtane hasło, ale prawda jest taka, że w byciu sobą jest się zawsze najlepszym.

A co z autorskością tego, co robi didżej?

Oskar: A czy kolaż to sztuka? Dobry didżej potrafi z dwóch utworów stworzyć coś zupełnie nowego. Didżejing to narracja, umiejętność opowiadania historii przy pomocy nagrań innych artystów. To autorskie łączenie harmonii, melodii, wokali, niekoniecznie tylko samo zgrywanie bitów. Chcemy dawać czyimś utworom drugie życie.
Kuba: Każdy robi to po swojemu. To jest zaskakujące, kiedy na przykład jesteś na imprezie i słyszysz, że numer, który ty grasz o 12 jako superhit, który rozkręca imprezę, niektórzy grają na początku, bo uważają, że jest na przykład za wolny.

Ale wy nie chodzicie na imprezy.

Oskar: Jak to nie? Tylko jak już chodzę na imprezy, to nie te grane przez ludzi, którzy teoretycznie prezentują ten sam poziom, co ja. Jak chcę sprawdzić trendy, to idę na imprezę w Londynie albo Berlinie, a nie w Warszawie.

Skupiacie się teraz na God Save the Queen, waszej flagowej imprezie, czy myślicie o jakimś tematycznym cyklu?

Oskar: Jak okazuje się, że zebrało się ileś tam materiału, który nie mieści się na GSTQ, to wtedy gramy imprezę tematyczną. Nie rzucamy się z łapskami na pieniądze, gdy nie mamy nic naprawdę ciekawego do zaprezentowania.

A jest coś, co się nie mieści w GSTQ?

Kuba: W zasadzie z każdego gatunku, który pojawia się na GSTQ, moglibyśmy ułożyć osobną imprezę, tyle że wtedy upadłaby nasza idea mieszania.
Oskar: Nie chcemy się rozdrabniać na 60 mniejszych imprez, bo to szkodzi marce.

V/A Team to marka?

Oskar: Chyba bardziej GSTQ niż V/A Team. God Save the Queen to już instytucja. Nie tylko my ją tworzymy, ale wszyscy, którzy przychodzą w pierwsze piątki miesiąca do Kamieniołomów, a wcześniej do Jadłodajni.
Kuba: Co ciekawe, nawet nie jesteśmy kojarzeni jako V/A Team, tylko jako GSTQ.

I macie groupies.

Oskar: To nie są groupies, a dziewczęta – i chłopcy – którzy doceniają ciężką didżejską pracę. To fajne, że niektórzy emocjonalnie reagują na naszą muzykę. I chcę wierzyć, że na muzykę. No dobra, nie będę też kłamał, że nie sprzyja nam pewna doza charyzmy.

Ładnie się ubieracie i macie fajne fryzury.

Oskar: Ja się ładnie ubieram nie tylko na imprezy.

Powiedział, zaczesując grzywkę.

Oskar: A grzywkę noszę od zawsze, bo mój tata uważa, że tak jest elegancko. Jesteśmy za skromni na groupies. Chociaż fakty są takie, że mamy chyba najwięcej wiernych fanek ze wszystkich warszawskich kolektywów.
Kuba: A ja bym powiedział, że to nie są nasze groupies, to są groupies GSTQ.

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera