Jak wyglądać gorzej? Protest ubiorem, antymoda i oszpetniki. „Nienaganny. Biografia męskiego wizerunku”

Mężczyzna z fajką w ustach

Nienaganny mężczyzna XXI wieku ma już ponad 200 lat. Kiedy się rodził, Wielka Rewolucja Francuska skracała jego poprzedników o głowę razem z peruką.

On sam zamiast peruki wybrał naturalne uczesanie i garderobę skompletowaną w duchu minimalizmu. I chociaż od tego czasu przez świat przetoczyło się jeszcze kilka rewolucji, Nienaganny przetrwał je wszystkie: jako dandys, biznesmen, dżentelmen z towarzystwa, hollywoodzki amant, wojenny bohater czy punkowy anarchista.

Przemysław Bociąga w swojej książce Nienaganny. Biografia męskiego wizerunku pokazuje nie tylko, jak stosować się do zasad klasycznej męskiej elegancji, ale przede wszystkim – jak ją rozumieć. Pogoń za trendami w dzisiejszych czasach jest zjawiskiem wręcz naturalnym, które wpisało się w cały system naszego funkcjonowania. Ale co to znaczy być modnym? Ubranie zaczęliśmy postrzegać jako naszą wizytówkę, która stanowi o naszym charakterze i przynależności do danej społeczności. Nauczyliśmy się manipulować swoim wizerunkiem oraz wykorzystywać tę wiedzę, manifestując w ten sposób swoją własną osobowość. Moda, zdominowana w dużej mierze przez kobiety, nigdy nie pozostawała bierna w stosunku do mężczyzn – przez lata obserwowaliśmy fascynujące przemiany w męskiej garderobie.

Książka została wydana nakładem wydawnictwa Agora i jest już dostępna do kupienia tutaj. A my, w ramach zachęty, dzielimy się z Wami fragmentem jednego z rodziałów!

Jak wyglądać gorzej
Protest ubiorem, antymoda i oszpetniki

Najciekawszym aspektem przenikania się mainstreamowego stylu i mód subkulturowych jest współczesne odwrócenie. Pierwsze subkultury przejmowały klasyczny strój opresywnego więziennego strażnika, z którym trzeba walczyć, albo tyrana, którego karykatury trzeba. malować na murze. Dziś – być może za sprawą punkowego bricolage’u – to nasz styl głównego nurtu przejmuje subkulturowe elementy.

Przyjęły się casualowe rozwiązania: połączenie „dobrze skrojonych” (cokolwiek to znaczy w ich wypadku) dżinsów z marynarką z leisure suit (ale niepochodzącą od garnituru), a także swetry i ich pochodne – bluzy, czyli adaptacja najprostszych, najstarszych form odzieży do najnowszych technologicznych rozwiązań. Wciąż jednak obowiązują zasady: sprezzatura, która każe nam nosić ubrania w sposób modny, wystudiowany i niedbały zarazem; a także zasada, że stare jest piękne, a zużycie ciuchów świadczy o ich bogatej historii. Nic więc dziwnego, że ikoną stylu może stać się każdy. Na przykład Cheng Guorong.

W 2010 roku pewien mieszkaniec chińskiego Ningbo wyszedł na ulicę, by „przestrzelać” nowy obiektyw do aparatu. Wypróbował go na przechodniu – bezdomnym ubranym tak, jak ubierają się bezdomni. To właśnie Cheng. Kiedy jego zdjęcia pojawiły się w sieci, kloszard zrobił gwałtowną karierę. Przystojny trzydziestoczterolatek miał na sobie wszystko, co mogło zmylić automaty do rozpoznawania hipsterów w tłumie: szerokie dżinsy przepasane improwizowaną szarfą, buty wzorowane na kochanych przez kobiety, kożuchowych emu czy ugg, a na górze pięć warstw – koszulę, sweter, skórę, polar, płaszcz. Na dodatek dopalał peta. Jego wyszperane w śmieciach kreacje nie tylko doskonale przypominały styl ulic Nowego Jorku, lecz także łamały zasady, jak choćby podział na kobiece i męskie. Dopiero później ujawniono, że za bezdomnością stoi historia wykluczenia i choroba psychiczna.

Nie pierwszy raz czyjaś tragedia wydała się branży modowej atrakcyjna. Weźmy Johna Galliano. To syn angielskiego robotnika z Gibraltaru, który został dyrektorem kreatywnym domu mody Christiana Diora. Galliano leczył problemy osobiste (piętrowe uzależnienie od wódy i leków) tak zwanym wzięciem się za siebie – jogą i, między innymi, joggingiem po ulicach Paryża. Wypuścił więc kolekcję inspirowaną ubiorem bezdomnych, których oglądał podczas swoich przebieżek. Jej pokaz okazał się jednym z najbardziej kontrowersyjnych w historii Diora. Artystę ewidentnie fascynowały dziury, przetarcia i wszystko, co się kojarzy z ulicznym życiem. Ale jest i druga strona medalu: stylistyczny synkretyzm, do którego bezdomnych popycha konieczność, a który w naszej kulturze słusznie się ceni. A przede wszystkim – niezwykła praktyczność ich ubiorów. Ludzie z tej grupy zawsze noszą ze sobą cały swój dobytek. Uciekają się do najrozmaitszych praktycznych rozwiązań, żeby mieć przy sobie tyle rzeczy, ile w każdej chwili potrzebują. I niezależnie od „zawłaszczania” trudnej sytuacji bezdomnych – choć przyznać trzeba, że jest to etyczny problem – warto spojrzeć na ich sposób życia z tym rodzajem zrozumienia. Co ciekawe, pokaz Diora odbył się na dziesięć lat, zanim świat poznał Chenga Guoronga. Bo styl na kloszarda wraca w modzie regularnie co jakiś czas, sprzedawany w ten albo w dowolny inny sposób – na przykład dużo mniej rażącym słowem „bohema” (stąd dzisiaj popularny styl boho) albo pojemnym hasłem street style’u. Filarem tego ostatniego jest na przykład amerykański fotograf Scott Schuman, znany jako TheSartorialist.

Uliczny fotograf z okiem do mody, który już we wczesnych latach nowego tysiąclecia genialnie portretował dobrze ubranych mieszkańców Nowego Jorku, a z czasem także innych miast. Wiele wypatrzonych na ulicy stylizacji obejmowało ciuchy robocze, kombinezony lotnicze i inspiracje ze wszystkich epok i kultur. Schuman zrobił tak zawrotną karierę, że – jak przyznał w jednym z wywiadów – reklamodawcy przenieśli jego budżet z rubryki „bloger” do czasopiśmiennej, żeby móc płacić mu tyle, ile oczekiwał.

Oko Schumana wyławia ekscentryków – ubranych poza modą, ale zgodnie ze stylem, który jest ekspresją własnej osoby. Ubranych właśnie na zasadzie bricolage’u, zestawiania znalezionych obiektów w nowe treści. Kiedy w 2017 roku dom mody Balenciaga wypuścił skórzaną torebkę, będącą kopią sławnej niebieskiej brezentowej torby na zakupy, Ikea odpowiedziała rewelacyjną kampanią, pouczającą jak odróżnić oryginał za złoty dziewięćdziesiąt dziewięć od francuskiej podróbki. Chyba nic lepiej nie oddaje skomplikowanej relacji, jaką mamy z utowarowionymi marzeniami z jednej strony, a potrzebą wyrażania siebie z drugiej. Ale tylko jedna składowa tej alternatywy jest względnie nowa – bo potrzeba luzu i manifestacji ubiorem swoich poglądów oraz statusu społecznego to śpiewki stare jak świat.

Potężny paradoks tkwi również w wyrażaniu ubraniami tożsamości płciowej. Kiedy kobiety sto lat po mężczyznach przeszły ten sam proces aktualizacji ubioru, sięgnęły po prostu do mody męskiej i zaadaptowały jej rozwiązania. Podział na ubranie damskie i męskie został wtedy zachwiany, ale ruszał się tylko w jedną stronę. Kobiety mogą ubierać się jak mężczyźni, jednak strój, który pozwalał mężczyznom ubierać się na wzór kobiet, pojawił się dopiero z ruchem hippisów, ci zaś zanegować próbowali cały kulturowy aspekt ubrań, a nawet ich potrzebę. Mężczyźni z powrotem zaczęli nosić kwieciste wzory i jaskrawe kolory, wróciły też długie włosy – jako symbol związku z naturą i zatarcia granic między tym, co męskie, a tym, co kobiece.

Androgyniczny styl – ale w szykownej, a nie pierwotnej formie – przyjął też glam rock. Była to kolejna, kto wie, czy nie najbardziej kontrkulturowa w dosłownym znaczeniu, gałąź stylu subkultur. Ciekawe jednak, że ikona glamu na jednym ze swoich najsłynniejszych zdjęć – Freddie Mercury podczas koncertu Queen na Wembley – prezentuje… bluzę mundurową w osiemnastowiecznym kroju: ze stójką, klamrami nawiązującymi do szamerunku, pagonami i haftowanymi mankietami. Jest to, co więcej, strój w kolorze bardzo lubianym przez Beau Brummela – żółcieni. Do tego Mercury dobrał białe spodnie, z fałdkami jak garniturowe, mankietem o nieekstrawaganckiej szerokości i doskonale dopasowanym do bluzy, żółto-czerwonym lampasem. Echa postedwardiańskiego stylu Teddy Boys są widoczne, choć nieco mniej wyraźne, również w naszywanych cekinami, wydekoltowanych overalls z wcześniejszego okresu działalności Queen.

W głównym nurcie stosunkowo niewiele przetrwało z epoki glamu. Mężczyźni łagodnie wrócili do normcore’owej mody: swetrów, bluz i wąskich spodni, a także marynarek czy nawet garniturów. Nikt też się dzisiaj nie upiera, że spodnie dzwony czy kołnierz z brokatu są równie dobrym, jak każdy inny wyborem na ważne spotkanie, czy rozmowę kwalifikacyjną.

To, co zostaje z rozmaitych subkultur, realizuje postulaty od dawna stawiane choćby przez Mens Dress Reform Party: dzięki odzieżowym protestom ubieramy się coraz wygodniej, coraz bardziej demokratycznie, sportowo, w mniejszym stopniu różnimy się od siebie nie tylko w obrębie klas (skoro Dior projektuje styl kloszardów), lecz także płci czy zawodów. Częściej doceniamy też nową kategorię ciuchów: DGAF (don’t-give-a-fuck-wear, czyli strój z gatunku mam-to-w-dupie), co może mieć znaczenie dla naszego zdrowia psychicznego. Kto wie, czy nowym wcieleniem punku po kryzysie 2008 roku nie jest „modern gentleman”. Pierwotny punk podsumował pewną ekonomiczną rzeczywistości hasłem NO FUTURE, a jego ostentacyjna antymoda wyrażała ówczesny brak perspektyw. Dzisiejszym wyrazem podobnych uczuć byłby przede wszystkim akt głębokiej nieufności wobec marek oraz imperatywu wyrzucania, żeby szybko kupić nowe. Jak lepiej przeciwstawić się tym pomysłom, niż zamawiając u krawca garnitur, którzy przetrwa lata? Krawiectwo męskie jako punkowa rewolucja – to bardzo kusząca teza.

Komentarze
Jak wyglądać gorzej? Protest ubiorem, antymoda i oszpetniki. „Nienaganny. Biografia męskiego wizerunku”
Oceń artykuł