Historie miłosne nie do ogarnięcia

Mężczyzna w swetrze siedzi na kanapie obok kobiety z plastiku

Miłość to totalny odlot, wielka wyprawa gdzieś absolutnie beyond i zagranico. Bo przecie granic nie zna i zmiata wszelkie podziały z tego świata, a jeśli okazja się nadarzy – również te międzygalaktyczne. W tekście „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” śmiało wykreśla „dopóki” i dodaje wykrzyknik. Strzała Amora bez pardonu przebija granice między tym co istnieje, a tym co już tylko w świecie fantazji albo na ekranie komputera. Tylko spokojnie, porządek rozumu odwiecznie ma problemy, żeby nadążyć za porządkiem serca. A jeśli prawdziwa miłość – to tylko w kinie, wiadomo. Oto zbiór kilku filmowych romansów nie do ogarnięcia.

Starman i Jenny Hayden – „Starman”, reż. John Carpenter

Historia jak ta o Supermanie i Lois Lane, tylko bardziej, bo przecie to Carpenter wyreżyserował ten romans. On to błękitna kula z kosmosu, która nasłuchała się zaproszeń z sondy kosmicznej od panów z NASA. Ale to chyba puszczane w przerywnikach „I Can’t Get No Satisfaction” Stonesów uświadomiło Gwiezdniakowi, co traci siedząc u siebie i skłoniło do wyprawy na Ziemię. Na Ziemię, czyli do domku na prerii, w którym mieszka Ona – jak to się niegdyś mówiło „niczego sobie” wdowa Jenny (Karen Allen).

Foteczki i pukiel włosów w albumie w jej salonie zachęcają Obcego do przybrania swojskiej postaci młodego Jeffa Bridgesa we flaneli, skórze i czerwonej baseballówce. W efekcie jest nie tylko swojsko, ale również całkiem hot, a aktorsko tak nieźle, że Bridges dostał nominację do Oscara. Czyli mamy tu bardzo, bardzo bliskie spotkania trzeciego stopnia z „tylko nie myśl o Coś, nie myśl o Coś” – jako mantrą w tle tego romansu. Ale jakby było mało transgresji, to, gdyby przyjrzeć się sprawie, jest to również romans z klonem nieżyjącego męża, który wyrósł na oczach Jenny… To kim będzie dziecko-owoc tego pierwszego międzygalaktycznego kontaktu? Czyżby to było to… Coś?

Lars i Bianka – „Miłość Larsa”, reż. Craig Gillespie

Nikt tak nie docenia geometrycznych wzorów (dziś znów w modzie) na swetrach grubawego Ryana Goslinga, jak Bianka. Nikt tak nie podziwia jego biegłości w rąbaniu drewna na opał, jak Bianka. Nikomu tak bardzo nie podobają się jego wąsy, jak Biance. Bianka to dziewczyna marzenie. Śliczna jak obrazek, kocha dzieci, ma dobre serce i skończyła kurs dla pielęgniarek. Do tego nie mówi za dużo. Ona i Lars poznali się w internecie. Pokazała mu swoje zdjęcie, a on zaprosił ją do siebie i opłacił bilet.

Przywieźli ją w kartonie, z zapasem fatałaszków na różne okazje, jak na ludzkich rozmiarów lalkę, wiadomym celom służącą, przystało. Lars ubrał ją porządnie i przedstawił rodzinie i znajomym, a oni za radą psychologa, poszli za rozkminą (fachowo zwaną urojeniem) pacjenta. Pojawiła się jednak „ta druga”, już całkiem z krwi i kości dziewczyna, która zagięła parol na Ryana/Larsa i rozbiła w proch tę, ekhm, niecodzienną więź. Pewnie przeczuwała już jego przemianę w najgorętszego chłopaka w Hollywood, przez którego miało jeszcze pęknąć nie jedno, nie tylko plastikowe serce.

R i Julie – „Wiecznie żywy”, reż. Jonathan Levine

Tony w serialu „Skins” zawsze czuł się „cool and dandy” (rześko i spoko). R (jak Romeo, być może?), w którego wciela się tu ten sam Nicolas Hoult, czuje się raczej zgniłkowato i nieświeżo. Ma prawo, w końcu jest zombiakiem. To znaczy, dla podkreślenia wagi sytuacji osobą nieumarłą, czyli martwym, który powstał z grobu, doświadcza żądzy krwi i ludzkich mózgów. Ale wtem! Widok Julie (Teresa Palmer) przyspiesza (czy raczej uruchamia na nowo) bicie jego zombiaczego serca, a pamięć rozkładających się komórek wraca, mózg się budzi i znikają demony. Czysta magia.

Może to dlatego, że wcześniej R uraczył się ciałem zakochanego w Julii chłopaka? Któż to wie, serce nie sługa, a amor omnia vincit, łącznie ze śmiercią, cbdo. To co pewne, to fakt, że kolejny bastion na rubieżach właśnie pada, mimo że „Zmierzch” w temacie miłości nie do ogarnięcia rozumem naprawdę daleko przesunął granicę. Ale wampiry-wegetarianie zakochujący się w pięknych łabędziach, które pragną nieśmiertelnej miłości (Bella to piękna, Swan to łabędź, tak na wszelki wypadek), żyją już na długo i szczęśliwie gdzieś niedaleko Seattle. Tylko ich znajomy wilk jeszcze czeka, aż młodociana wybranka jego wiernego serca… wejdzie w wiek ustawowy. Proste! Ok… Może lepiej jednak nie próbować tego ogarnąć.

Joe Black i Claire – „Joe Black”, reż. Martin Brest

Jasność (w sensie Claire Forlani) i Mrok (jak w nazwisku Black), czyli opozycja stara jak świat. Symbolika imion czytelna, ale proweniencja Joe’go już raczej zza tej ostatecznej granicy, zza najcięższej kurtyny – bo z samych Zaświatów. Joe Black to w rzeczy samej kostucha, choć na pierwszy rzut oka trudno to rozpoznać, skoro wygląda dokładnie jak Brad Pitt. Zabójczo przystojny, w szarym garniturze (przejętym „razem z ciałem”, jak wyjaśnia jego pochodzenie) przybywa na pierw-szą stronę, by dowiedzieć się trochę o życiu i przy okazji skosztować masła orze-chowego.

Anthony Hopkins, czyli ten, kogo w ostatni dzień tego przyjemnego urlopu zabierze ze sobą, jak na wytrawnego biznesmena przystało, podejmuje negocjacje o jeszcze chwilę na tym łez padole i gra na zwłokę (sic!). Dzięki temu jest czas na dokonanie rzeczy, o których nie śniło się filozofom. Ona, czyli piękna córka milionera, uczy Śmierć zwykłego śmiertelniczego Życia, i miłości w pełnej krasie, i w ogóle porusza w nim odpowiednie neurony i rozstraja serce. Tego Śmierć się zupełnie nie spodziewa, choć podobno dwie absolutnie pewne rzeczy to właśnie śmierć i podatki. I hiszpańska Inkwizycja, ale to już zupełnie inna historia.

Quorra i Sam Flynn – „Tron: Dziedzictwo”, reż. Joseph Kosinski

Quorra jest dzielną wojowniczką urodzoną w mrocznym świecie The Grid, co sprawia… że jest programem komputerowym. Owszem, wygląda jak Olivia Wilde, walczy ramię w ramię z Flynnami (z których ten starszy był dla niej jak ojciec, co z kolei sprawia, że… nie, zostawmy to) i chwała jej za to. Nie zmienia to faktu, że na poziomie epistemologicznym jest zbiorem kodów, większą lub mniejszą ilością linijek przepięknie zapisanych w języku programowania. Słabo zapowiadają się perspektywy randki poza The Grid.

Może w finale coś w tej kwestii uda się zdziałać? Przecież znamy takie przykłady z historii. Przypomina się od razu „Dziewczyna z komputera” Johna Hughesa – Lisa to przecież wspaniały i idealny projekt, który dwóm pryszczatym nastolatkom, przy lekkim wsparciu gromu z jasnego nieba (och, szalone lata 80.!), udaje się sprowadzić do tego świata. Wszystko to w imię nauki – jasne, jasne. Ciekawe, jak daleko zawędruje w podobnym układzie Joaquin Phoenix w najnowszym projekcie Spike’a Jonze’a pod roboczym tytułem „Her”. Tu On będzie programistą, a Ona – systemem komputerowym. Pomysł na tagline: „Czy interfejs stanie na drodze ich miłości?”.

Tekst: Kaja Klimek

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera