Hejt na sprzedaż

Hejt na Warszawę
Również varsavianofilski boom, którego wybuch możemy datować na początek lat 90., nieuchronnie poprowadził do narodzin jego negacji. W praktyce przejawia się to społecznym przyzwoleniem na kontestację tego, co kojarzy się z Warszawą. W skrajnych przypadkach przekroczeniem „nowej normy” staje się brak krytyki „oczywistych” warszawskich wad. W tym rozumieniu stolica jawi się jako dowód ślepej westernizacji naszej kultury.

Ciekawsza wydaje się jednak forma pośrednia. Mianowicie cyniczne zdystansowanie się wobec warszawskiego lifestyle’u i całego jego „zepsucia”, połączone z uczestniczeniem w chocholim tańcu. Wszak nie da się inaczej. Owszem, rzeczywistość jest obrzydliwa, ale nic na to nie poradzimy. Jednostkowy opór może być wyłącznie świadectwem głupoty. Przyjęcie takiej postawy przynosi podwójną korzyść. Modny sprzeciw wobec warszawskiego stylu życia sytuuje w dominującym nurcie dyskursu. Jednocześnie dalej można bez przeszkód korzystać w pełni z wszelkich uciech. Ostatecznie prowadzi to do utowarowienia samego sprzeciwu. Na fanpage’u „Warsaw, what youve done to me”, który współprowadzę, ciągle pojawiają się pytania o możliwość zakupu toreb ekologicznych, opatrzonych takim hasłem.

Refleksyjne spojrzenia na nudną schematyzację warszawskiego życia? Nic z tych rzeczy! Refleksja traci swą wartość poznawczą. Staje się atrakcyjnym towarem, będącym pozornym sprzeciwem wobec tego, dzięki czemu tak naprawdę miała szansę zaistnieć. Jednak nie każdy ma prawo krytykować stolicę. Hejt na Warszawę z zasady musi być hejtem kontrolowanym, a krytyka wyłącznie pozorna, konserwująca status quo. Sytuacja zmienia się radykalnie, kiedy w rolę malkontenta wciela się ktoś do krytyki nieuprawniony, czyli słoik, imigrant, słowem – OBCY. Wszyscy pamiętamy ogólne poruszenie, związane z wyborem słoików na nowy symbol stolicy, uchwycony w neonowej formie.

W ten sposób peryferyjna tożsamość została de facto przeniesiona do centrum. To w centrum budowane są znaczenia, musiało to, jak widać, wzbudzić spory opór. Tak sztywny sposób wyznaczania granic doprowadził do powstania wśród słoików mentalności partyzanckiej, czyli traktowania hegemonicznych form jako podejrzanych źródeł opresji. I tak w koło Macieju, każdy sobie rzepkę skrobie, a skonfliktowane strony tworzą w swych głowach fantazmat obrzydliwości i bezwartościowości swych oponentów.

Czarnoskóra kobieta siedząca na kanapie

Hejt na hejt
Nowe strategie komunikowania niezadowolenia widoczne są najjaskrawiej w rzeczywistości wirtualnej. Stwierdzenie, że nienawistne komentarze są wynikiem anonimowości ich autora, trąci banałem. Nie dostrzega się w ten sposób dość oczywistego faktu. Zjadliwa krytyka stała się autonomiczną strategią autokreacji i świetnym sposobem na zaistnienie. Facebookowa rewolucja wymusiła dostosowanie się twórców wirtualnych przekazów do kryteriów osławionego już algorytmu Edge Rank, promującego aktywność odbiorców względem kontentu. A jak taką aktywność najprościej zapewnić? Poprzez prowokację. To właśnie dyktatowi lajków zawdzięczamy wejście na scenę trolli. Mylą się ci, którzy upatrują w ich odważnych tezach szansy na subwersję społecznych oczywistości.

Intencjonalna efektywność mierzona jest w liczbie naiwnych, którzy potraktowali ich serio. Odpowiednio zdyskontowane spojrzenie spoza centrum może być również wyjątkową intratną formą kapitału. Świetnie ilustruje to przykład Karela Goldbauma, stylizującego się na Żyda warszawskiego vlogera. Jego taktyka, opierająca się wulgarnym odsądzaniu od czci i wiary wszystkiego, co w Polsce uchodzi za świętość, zapewniła mu niebywałą popularność, zwłaszcza wśród gimnazjalnej część odbiorców.

Dość bezpośrednie sugerowanie pedofilskich skłonności Jana Pawła II czy określenie „Polaki robaki cebulaki” spotkało się z ostrą reakcją środowisk prawicowych, ku uciesze Karela i jego fanów. Największe poruszenie w cyberprzestrzeni wywołał jednak stworzony przez niego fanpage „Beka z Powstania Warszawskiego”. Przelało to czarę goryczy, vloger zaczął otrzymywać listy z pogróżkami, a sprawa trafiła do prokuratury. Paradoksalnie, właśnie nienawistny szum jest miarą sukcesu jego autoprezentacyjnego projektu tożsamościowego.

Czy więc nadchodzą czasy, w których wszystko będzie się kręcić wokół hejtu? Sinusoidalny charakter zmian kulturowych karze przypuszczać, że nie. Wszechobecna nienawiść, spuszczona z normatywnego łańcucha musi się wyszaleć. W końcu jednak wszystkim się znudzi. Paradoksalnie tak wysokie natężenie nienawiści i łatwość jej artykulacji to dowód na coraz większą demokratyzację przestrzeni publicznej. Akurat na to narzekać nie sposób.

Tekst: Piotr Łaziuk

Komentarze

Zapisz się do Newslettera