Hejt na sprzedaż

mężczyzna z brodą i tatuażem

Lifestyle nad Wisłą ma różne oblicza. Od wytatuowanego dresa po hipstera kursującego między Berlinem a Warszawą. Jedyne co łączy te odmienne sposoby na życie to krótki termin ich przydatności do spożycia. Siłą rzeczy muszą się zatem wykształcić mechanizmy komunikowania zmierzchu ich wartości.

Hejt. Hejterka. Hejtować. Hejterski. Hejted. W polskiej rzeczywistości to słowo było skazane na sukces. Jesteśmy niezwykłym społeczeństwem. Bo w jakiej innej przestrzeni najróżniejsze sposoby komunikowania niezadowolenia mogą zostać uznane za świadectwo posiadania wysokiego kapitału kulturowego? Autostereotyp nacji wiecznych malkontentów zobowiązuje. Obcokrajowcy przecierają oczy ze zdumienia, nic dziwnego. Dopiero po dłuższym czasie są w stanie względnie prawidłowo odczytać najbardziej wyrafinowane techniki.

Czy każdy sposób wyrażania niezadowolenia można uznać za hejt? Otóż niekoniecznie. Według Miejskiego słownika slangu i mowy potocznej hejt to: „nienawiść, oznacza na płaszczyźnie internetowej wrzucać komuś coś, jeździć po kimś, wyzywać”. Przyjęcie takiego rozumienia zjawiska spłyca jednak problem. W rzeczywistości Web 2.0 rozróżnienie na to, co wirtualne i na to, co realne traci sens. Oba światy zaczęły się przenikać, a treści wirtualne wywołują przecież realne skutki. Rozsądniejsze wydaje się uznanie za hejt wszystkiego, co rozumiemy przez niekonstruktywną krytykę argumentum ad personam, czyli zjawisko stare jak świat. Wszystkie opracowania traktują hejt jako zło konieczne. Stricte pejoratywny wydźwięk tego słowa można, a nawet trzeba odczarować. Szczególnie że po znaczeniowym liftingu może stać się towarem, na którym można zarobić!

Hejt na zarost
Polacy mogą pochwalić się oryginalnym wkładem do puli światowego dziedzictwa zachowań zbiorowych. Spójrzmy choćby na syndrom tucznika (termin ukuty na potrzeby tego tekstu). Określenie to trafnie ukazuje pewne społeczne schematy. Bez opamiętania „pasiemy” dominujące formy kulturowe, tylko po to, by w ostateczności zrzucić je z wielkim hukiem z piedestału. Tym głośniejszym, im więcej wysiłku włożono wcześniej w ich mityzację. Towarzyszy temu kolektywne samobiczowanie, rozpoczynające nowy cykl wynoszenia na ołtarze negacji tego, co strącono w nicość. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność.

Wystarczy wspomnieć choćby o smutnej historii „Solidarności”. Nie inaczej jest w przypadku kategorii lifestyle’owych. Znakomicie widać to na przykładzie męskiej brody. Zarost, stanowiący obowiązkową część stylu każdego szanującego się hipstera był legitymizowany na wszystkie możliwe sposoby. Nie może on teraz odejść w naturalny sposób. Musi zostać strącony z piedestału. Skazany na zapomnienie. Machina ruszyła. Zewsząd docierają niepokojące informacje, wedle których ów modny zarost stanowi bezpieczną przystań dla wszelkich bakterii. Ciąg dalszy tej narracji z pewnością doprowadzi do konkluzji, że broda i seks oralny nie idą ze sobą w parze – to niehigieniczne. Poziom nienawiści do zarostu będzie rósł w ciągu geometrycznym, aż do momentu, kiedy ostatni włos na męskiej twarzy zniknie z Placu Zbawiciela. No, chyba że zawita tam Conchita Wurst.

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera