Była sobie dziewczynka – recenzja

Pytania graniczne serwowane z odpowiedziami w lekkostrawnej  formie. „Była sobie dziewczynka” to nie nastoletnia jazda bez trzymanki, a raczej skok na bungee z porządną asekuracją.

Charleen ma 15 lat, bałagan w życiu i mało oryginalny pomysł na to, jak sobie pomóc. Próby samobójcze to raczej niespecjalnie odkrywcze rozwiązanie fabularne, szczególnie te spowodowane  fascynacją „klubem 27”. U Monheina ta koncepcja nie razi jednak w oczy. Może dlatego, że nie jest przedstawiana – nomen omen – śmiertelnie poważnie. Jak zresztą wszystkie dość klasycznie zaczerpnięte z podobnych filmów motywy, czyli rozwód rodziców, nowy związek matki, konflikty szkolne, znacznie atrakcyjniejsza przyjaciółka, kontrola kuratorki, czy wreszcie clou całego filmu: psychoterapia i pierwsza miłość. Te dwa ostatnie rzecz jasna wyprostują krętą drogę i dadzą nadzieję  na zmianę dotychczasowego życia młodej buntowniczki.

Choć suchy scenariusz niebezpiecznie zbliżałby nas do schematycznej katastrofy, reżyserowi udało się przed nią uratować. Wszystko w tym filmie potraktowane jest bowiem z dozą pobłażliwości i humoru oraz stanowi raczej telegraficzny skrót tego, co sądzi się o tzw. dylematach małolaty. Nikt nie ma  tu ambicji wgryzania się w psychikę bohaterki bardziej niż to konieczne czy rozkładania na czynniki pierwsze wszystkiego, co jej się przydarza. Dostajemy po prostu całkiem przyjemny obraz, w którym wszystkie elementy zostają odhaczone i prowadzą do szczęśliwego finału. A to wszystko bez taniego melodramatyzmu, za to z kilkoma całkiem zabawnymi dialogami.

Czarny humor, żarty sytuacyjne i nienachalnie intrygująca Jasna Fritzi Bauer w roli głównej to trzy powody, dla których zdecydowanie warto poświęcić niemieckiej produkcji nieco ponad 1,5h ze swojego życia.

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera