Tatuaże okiem fotografa, czyli INKED/wydziarani/: rozmawiamy z Marcinem Watemborskim

Trzy portrety osób z tatuażami na czarnym tle

Entuzjaści tatuażu na pewno kojarzą tegoroczne akcje w ramach Tattoo Konwent, czyli Zrób portret u Watemborskiego. Z trzech konwentów powstało ponad 300 portretów wykonanych przez Marcina, z którym dzisiaj rozmawiamy o tym projekcie, ale także o samych tatuażach.

Od maja intensywnie współpracowałeś z Tattoo Konwent przy projekcie INKED/wydziarani/, a wydarzenie Zrób portret u Watemborskiego na… towarzyszyło imprezom we Wrocławiu, Gdańsku oraz Katowicach. Jak zrodził się pomysł na tę współpracę i jak myślisz, ilu ludzi przewinęło się przez Twój obiektyw w trakcie tych wydarzeń?

Z częścią organizatorów Tattoo Konwentów znam się od kilku lat. Co roku odwiedzam te imprezy – jako fotograf albo prywatnie. Mam wielu znajomych z tego środowiska i czasem jest to jedyną okazją w roku, by spotkać się ze znajomymi z drugiego końca Polski.

Pomysł na portretowanie osób odwiedzających konwencje zrobił się kilka lat temu, ale nie byłem wtedy jeszcze gotowy na realizację tego przedsięwzięcia – koncepcja wymagała doszlifowania, tak samo, jak kwestie techniczne. W tym roku postanowiłem podjąć próbę realizacji sesji, bo początkowo faktycznie chodziło o jedną sesję – tylko we Wrocławiu.

Podczas Wrocław Tattoo Konwent 2018, Marcin Jellinek z agencji Highlite PR, która obstawia wydarzenie, podszedł i zapytał, czy nie chciałbym z nimi (Tattoo Konwentem) podjąć współpracy na pozostałych imprezach. Od razu się zgodziłem, bo wiedziałem, że może być to świetny projekt, fajna przygoda i kilka dni odpoczynku psychicznego od tego, co dzieje się we Wrocławiu. Tak rozpoczął się projekt INKED/wydziarani/.

Jeśli chodzi o ludzi, którzy pojawili się na planie zdjęciowym – trudno mi określić, musiałbym policzyć wszystkie zgody na wykorzystanie wizerunku. Były tam nie tylko pojedyncze osoby, ale również pary, rodziny z dziećmi… Łącznie opublikowałem na Facebooku 326 zdjęć różnych osób. Jestem mega wdzięczny ludziom z Tattoo Konwentu oraz całej ekipie Zajawy za możliwość realizacji największego projektu w moim życiu. Przynajmniej póki co. Tattoo Konwent zrzesza wszystkich miłośników tatuaży z całej Polski, jeśli nie Europy.

Jaki najbardziej odjechany tatuaż widziałeś?

Trudno mi powiedzieć, jaki tatuaż zrobił na mnie największe wrażenie. Tu bardziej trzeba mówić o ludziach, bo każdy z bohaterów mojego projektu to osobna historia i mocna osobowość. Patrząc na zdjęcia, na pewno znajdziesz niezłych freaków, którzy naprawdę są wspaniałymi osobami, jak na przykład Dominik – prowadzący konwencje. Jest muzykiem i przykładnym ojcem, a zawodowo managerem studia Junior Ink w Warszawie. Wspaniały człowiek.

Musimy podkreślić, że nie jesteś tylko fotografem, który robił zdjęcia wydziaranym ludziom, ale sam też jesteś fanem tatuaży. Jak liczna jest aktualnie Twoja kolekcja? Czy za każdym kryje się jakaś historia? I skąd pomysł na Twoje jedno z najnowszych dzieł, czyli Pepe Pana Dziobaka? (śmiech)

Trudno mówić o byciu fanem tatuaży w przypadku kogoś, kto się ich panicznie boi, a na dodatek zawsze podkreśla, że cholernie bolą. Ale mimo to dziara się dalej. Chyba też moja niska tolerancja bólu każe mi przystopować z kolejnymi naklejkami. Mam obecnie 12 tatuaży, a pierwszy zrobiłem przed 17 urodzinami. Pamiętam, że mama musiała mi pisać zgodę do studia. Praktycznie każda z moich dziarek to jakaś historia, upamiętnienie jakiegoś okresu w życiu. Niektóre są poskładane z ważnych dla mnie motywów, inne to kwestia gustu. Jednym z tatuaży, który najbardziej cenię, jest koniczynka na lewym przedramieniu – zrobiłem ją w 2017 roku z moją ponad 65-letnią mamą. Jej marzeniem było mieć koniczynkę na ręce, więc wziąłem ją do studia i zrobiliśmy sobie wspólny wzór.

A co do Pepe Pana Dziobaka to przede wszystkim – lubię bajkę Fineasz i Ferb. Dwójka braci, którzy wymyślają dziwne rzeczy oraz ich zwierzak – bardzo wyjątkowy dziobak – poprawiają mi humor. Właściwie rzadko muszą to robić, bo jestem na jednym z lepszych etapów w moim życiu. W końcu czuję się szczęśliwy i spokojny. Zdecydowanie sprzyja to kreatywności.

5 mitów, które chciałbyś obalić krążących dookoła tematyki tatuażu, to…?

Nie wiem, czy znam aż tyle mitów. Z obalaniem to nie najlepiej mi idzie, ale coś tam mogę
powiedzieć.

  • Tatuaże są dla kryminalistów – No nie, nie są. Są wyrazem indywidualizmu.
  • Tatuaże bolą – TO NIE MIT! BOLĄ JAK CHOLERA!
  • Tatuaże są wymysłem szatana – Nie wiem, nie znam szatana i jego kolegów, ale nie zauważyłem, by rosły mi rogi, a za mną ciągnął się ogon. Kopyta też mi nie stukają.
  • Robiąc dziarę, na pewno wyjdziesz z jakąś chorobą – być może kilkadziesiąt lat temu tak było, ale obecnie każde szanujące się studio przykłada się do kwestii higieny. W końcu dziaranie to chirurgiczny zabieg kosmetyczny. Na ten temat fajnie wypowiada się Bartek Panas z warszawskiego studia Caffeine.

Nie znam chyba więcej mitów. Niespecjalnie przykładam wagę do tego, co ludzie mówią.

I na koniec: 5 salonów tatuażu (lub tatuatorów), które/których byś zdecydowanie polecił?

Trudno mi kogokolwiek polecać, ale mogę Ci zdradzić, do kogo chcę się umówić na dziarkę. Na tej liście znajdują się: Łukasz Sokołowski, Sumer Joy Joy, Slava Holdstein (sadkidtattoo), Asia Zielińska (Akvarko), Marta Kozińska (ohmarly), Vitaliy Petrykevich (blue_train69) i Jaromir Mucowski. Z niecierpliwością też czekam, aż moja dziewczyna Kamila (navyths) w końcu zagospodaruje kwestię całej nogi, która jej oddaję. Już wiem, że bez płaczu się nie obejdzie. Mojego oczywiście… (śmiech przez łzy).

Zdjęcia: Marcin Watemborski (Facebook / watemborski.com)
Rozmawiała: Klarysa Marczak

Komentarze
Tatuaże okiem fotografa, czyli INKED/wydziarani/: rozmawiamy z Marcinem Watemborskim
3 (60%) 1