Novika: lubię sobie krzyknąć

Blondynka z przyrządem przypominającym broń w dłoni

Dziewczyna skrajnie zajęta. Wokalistka, dziennikarka, mama. Eksdidżejka. Celine Dion z niej nie będzie, choć na drugiej solowej płycie Noviki coraz mniej śpiewania nieśpiewaniem.

Odważyłaś się wreszcie zaśpiewać?
W klubach dużo śpiewam normalnym głosem. Ale fakt jest taki, że do tej pory byłam namawiana przez producentów, żeby śpiewać, praktycznie nie śpiewając, bo najfajniej mój głos brzmi w delikatnym wydaniu, prawie na granicy szeptu. I ja się tak nauczyłam, i tak śpiewałam. Wybitnie to słychać u Smolika, chociaż Andrzej miał zawsze świetny pomysł na aranżację: nakładał głosy, budował harmonię. Akurat u niego nawet sobie nie wyobrażam śpiewania mocniejszym głosem. Na „Tricks of Life” (pierwsza solowa płyta Noviki – przyp. red.) było już trochę mocniej, bo tu już sama o wszystkim decydowałam. Chociaż wciąż byłam namawiana przez wiele osób, żeby śpiewać delikatnie. Do nowej płyty by to po prostu nie pasowało.

To już ci nie zarzucą, że śpiewasz, nie śpiewając, bo nie umiesz.
W Polsce to jest właśnie dziwne. Na świecie mnóstwo wokalistek śpiewa w taki sposób, co nie znaczy, że nie potrafią śpiewać. One po prostu wokalem budują klimat – ale to nie znaczy, że fałszują, a potem w studiu producent to czyści. Charlotte Gainsbourg śpiewa klimatem. Ja też nigdy nie miałam ciśnienia, żeby udowadniać komuś, że umiem śpiewać. Na pewno nigdy nie wzięłabym się za muzykę soul, bo nie mam takich predyspozycji. Nie wyszłyby mi też utwory w stylu Celine Dion. Wszystkie utwory, gdzie trzeba ryknąć i długo trzymać dźwięk, w moim wykonaniu by się nie sprawdziły. Ale lubię sobie krzyknąć i to wychodzi fajnie.

Na twojej stronie www przeczytałam, że na kształt nowej płyty wpłynęło to, że zostałaś mamą. Ale to jest wciąż płyta do tańczenia. Jak się zostaje mamą, to się nie zaczyna śpiewać kołysanek?
Nie, w ogóle takie mówienie, że urodzenie dziecka sprawiło, że stałam się inną osobą, to nieprawda. Nie stałam się. Ale fakt zostania mamą miał duży wpływ. Moje życie się bardzo zmieniło, ale nie na takie mamusine, że siedzę z dzieckim, oglądam bajki, a wieczorem szydełkuję i robię jej sweterek. Przeciwnie. Moje życie jest teraz bardziej szalone. Nie zrezygnowałam z tego, co robiłam do tej pory, i stałam się mamą wariatką, co na pewno może potwierdzić pani opiekunka. Ona tak patrzy na mnie i raczej sobie nie myśli, że to jest normalna rodzina. Zwłaszcza że oboje zajmujemy się muzyką, weekendy spędzamy w radiu, w sobotę Lexus ma audycję, w niedzielę mam ja. Doszło dziecko – doszło obowiązków i musimy kombinować, jak to wszystko pogodzić, żeby dziecko było szczęśliwe. Poza tym kiedy zostaje się mamą, następuje lekkie przewartościowanie. To, co kiedyś wydawało się istotnym problemem, przestaje być ważne. Siła dziecka promieniuje na wszystko,co robimy. Dziecko zmienia cię wewnętrznie. Ja już na przykład nie mam ochoty śpiewać takich nostalgicznych piosenek o tym, jak wszyscy cierpimy w miłości, jak nie możemy się dogadać. Tym razem potrzebowałam energii.

To o czym teraz piszesz?
Trochę o moim życiu – pędzącym i chaotycznym. Trochę o tym, że u innych widzę to samo. O naszych czasach…

Kobieta z bronią przy twarzy

Mama w wielkim mieście.
Przesadziłam z tymi naszymi czasami. To wszystko jest podane w formie skojarzeń, zbitki emocji. Nie jest konkretne. Na przykład „Miss Mood” nie jest o jakiejś dziewczynie, która coś tam. To są emocje kogoś, kto mieszka w stolicy względnie dużego państwa. Nie jest ani stara, ani młoda… Ja też jestem w takim momencie, że coraz więcej się wspomina, i człowiek łapie się na tym, że coraz częściej używa zwrotów, które wcześniej słyszał tylko u rodziców. W trakcie mojego życia wiele się zmieniło. Tempo i rozmiar tych zmian czasem mnie przerażają, tak z drugiej strony. O tym trochę też jest ta płyta. O miłości jest najmniej, tytuł jest przewrotny.

Dlaczego zostawiłaś didżejing?
Cieszę się, że chociaż ty zauważyłaś. Zastanawiam, czy jak kiedyś przyjdę na wywiad w czarnej sukienusi, perłach i z siwym kokiem, to jakiś pan z telewizji zapyta mnie, co teraz gram. Nie no, oczywiście nie jestem już didżejką nie ze względu na wiek, a dlatego, że mi to nie wychodziło. Nie wiem, jak można uznać za najlepszą didżejkę w Polsce kogoś, kto robi to źle. Fascynujące.

A nie jest tak, że kiedy zaczynałaś grać w klubach, cokolwiek trzeba było umieć, bo wtedy się zwracało na to uwagę, a dzisiaj każdy może być didżejem, niezależnie od techniki?
W sumie tak. Teraz mogłoby to inaczej wyglądać. A wtedy oczekiwano, że będę robić cuda. Bo ten wizerunek się tak poza mną wykreował, że kiedy jechałam na imprezę do innego miasta, to ci ludzie faktycznie stali i czekali, co ja wykonam niesamowitego, a ja po prostu chciałam grać fajną muzykę.

Spodziewali się, bo to ty byłaś tą dziewczyną z klubów, która jednocześnie zafunkcjonowała tak masowo, szeroko.
Ale zafunkcjonowałam tak dlatego, że dużo rzeczy działo się równolegle – śpiewanie, radio, telewizja. Do masowej świadomości przeniknęło niewielu didżejów i mało wokalistek klubowych, ale nie dlatego, że są słabi w tym, co robią, a dlatego, że nie mieli zaplecza, jakiegoś dodatkowego pola działania. Sama działalność klubowa jest niszowa. I zawsze taka pozostanie.

A ty chodzisz na imprezy?
Pewnie, i jeszcze teraz się lepiej na nich bawię. Nie spędzam godzin na parkiecie, ale jestem spragniona kontaktów towarzyskich. Tym bardziej że często, kiedy wszyscy gdzieś idą, to ja albo jestem w ogóle w innym mieście, albo muszę zostać w domu z dzieckiem. I jak już pójdę na warszawkową imprezę, gdzie co dwa kroki spotykam znajomego, to się tym cieszę. Mam to rzadko, więc nie jestem znudzona.

A skąd pomysł, żeby funkcjonować na dwóch płaszczyznach – robić muzykę i jednocześnie mówić o niej w radiu albo pisać?
Od tej dziennikarskiej strony wszystko się zaczęło, bo ja nie miałam kompletnie wiary w swoje śpiewanie. Uczyłam się śpiewu w klasyczny sposób, wystąpiłam na jakimś festiwalu ekologicznym, gdzie musiałam wyryczeć te nuty, posłuchałam potem tego – tragedia. Ale musiałam zajmować się muzyką, więc najpierw poszłam do Sony. Zaczęłam pisać do legendarnego „Plastica”. Zrobiłam wywiad z Jeanem Michaelem Jarrem. Naprawdę miałam fajną sytuację, oczywiście wtedy tego nie doceniałam. Dzięki temu, że pracowałam w wytwórni i dużo podróżowałam służbowo, mogłam spotykać artystów. Miałam też lepszy dostęp do muzyki. Przychodziło pudełko samplerów i wszyscy się rzucali. Potem pojawiła się Radiostacja. I tak naprawdę dopiero wtedy zaczęłam śpiewać. Trochę w klubach, trochę zachęcona przez chłopaków z Myslovitz, którzy namówili mnie do nagrania dema. Dopiero potem zaczęłam grać chilloutowe sety, które były przedłużeniem moich audycji. A potem pojawił się wspaniały program w telewizji, który przyćmił wszystko, co zrobiłam wcześniej i nagle stałam się didżejką z TVN-u.

I środowisko się obraziło?
Ja się fajnie czułam w telewizji, nie mam do siebie zastrzeżeń, to była po prostu taka konwencja, kolorowa i krzykliwa, i wow. Nie dałam rady w pierwszym odcinku, gdzie miałam napisany tekst. Więc potem powiedzieli mi: rób, co chcesz, mów, co chcesz, wydurniaj się, i poszło. Ale cała otoczka związana z programem – to, że nieważne jest już, że śpiewam, że ludzie zaczepiali mnie na ulicy w niefajny sposób, to wszystko sprawiło, że nie zdecydowałam się na kontynuację. Ale w życiorysie telewizję nadal mam. Czarna plama dla niektórych.

Ale ty nie jesteś osobą, która dzieli.
Niestety, w środowisku klubowym jestem za taką osobę uważana. Underground mnie zupełnie nie akceptuje, musiałabym chyba zmienić pseudonim i nagrać piosenkę z Jackiem Sienkiewiczem. Właściwie to nagrałam utwór z Jackiem Sienkiewiczem, ale to nie pomogło
najwidoczniej.

A to, że funkcjonujesz jednocześnie jako muzyk i dziennikarka, bardziej ci szkodzi czy pomaga?
Moim znajomi się śmieją, że jeszcze dzięki pracy w Sony znam wszystkich dziennikarzy. Wiesz, o tobie to nikt złego słowa nie napisze. A jeszcze kumpluję się z dziennikarzami. Tyle że przez to nie jestem już dla nich żadną sensacją, nowa płyta Noviki nie jest dla nich wydarzeniem. Już się na mnie nie nakręcą. A to, że działam w radiu, mobilizuje mnie do słuchania nowej muzyki. Ale też mam taką wiarę, że jeśli słucham jej dużo, to nie nasiąkam nią tak, żeby produkować kalki. Chociaż i tak mówią: Novika jest polską Roisin Murphy. Lubię Roisin, ale kopiowanie kogoś tak charakterystycznego to skrajny idiotyzm. Zachodni dziennikarze uwielbiają porównywać, ale to nie jest pejoratywne, oni bardziej wskazują punkty odniesienia. U nas oczywiście jest odwrotnie. A jeszcze jak polski wokalista śpiewa po angielsku, to już siłą rzeczy trudniej jest mu uciec od porównań.

No to na nowej płycie masz polski moment.
Zawsze chciałam nagrać coś po polsku, ale nie wychodziło, a po co mam wrzucać na płytę coś, co jest słabe. Po co? Ten z nowej płyty to taki szalony utwór, z którym nie wiedziałam, co zrobić. A czułam, że brakuje mi na tej płycie jakiegoś odpału. Byłam już zmęczona strukturą zwrotka – refren. Z polskim tekstem odpał jest jeszcze większy. A na koniec włączyła się dodatkowo moja córka. No i jest polski akcent.

Tekst: Angelika Kucińska

Komentarze
Novika: lubię sobie krzyknąć
Oceń artykuł