Jacek Dehnel: Żyjemy w kulturze dziennikopisarstwa

SONY DSC

Jacek Dehnel to jeden z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych pisarzy ciągle jeszcze młodego pokolenia oraz laureat wielu nagród. W rozmowie z „HIRO” tłumaczy, dlaczego Biblia to lektura, po którą sięgają niekoniecznie katolicy, opowiada o swoim „Dzienniku roku chrystusowego” oraz zdradza, czym jest Projekt Tajny Detektyw.

Dlaczego pisarz ateista decyduje się napisać swój dziennik akurat, gdy wchodzi w wiek chrystusowy?

Bo wiek chrystusowy nie jest pojęciem religijnym, tylko społecznym – i jeśli nawet wierzymy w podwójną, boską i ludzką, naturę Jezusa, to wiek chrystusowy odnosi się właśnie do tego aspektu ludzkiego – że do trzydziestego trzeciego roku życia mężczyzna osiągnął to a to: założył religię, zgromadził uczniów, ustanowił sakrament, przeprowadził błyskotliwą acz nieudaną obronę w procesie i umarł za swoje przekonania. Przecież dla natury boskiej, która jest wszechmocna, to żaden problem, to jedno pstryknięcie metafizycznymi palcami. A dla człowieka to osiągnięcie. A poza tym Jezus to nie tylko postać uznawana za bóstwo lub proroka w kilku religiach, ale i bardzo konkretny reformator religijny i etyk, którego dziedzictwo jest u nas, że to tak prowokacyjnie stwierdzę, właściwie kompletnie pomijane. Wszyscy niby znają, a prawie nikt nie bierze poważnie.

Dla jednych punktem zwrotnym jest magiczna trzydziestka, dla innych „życie zaczyna się po czterdziestce”. Czy takie (mniej lub bardziej) okrągłe urodziny mogą mieć większe znaczenie?

To już zapraszam czytelników do lektury Dziennika…, gdzie zerkam sobie w życie różnych ludzi i sprawdzam, czy faktycznie ten wiek chrystusowy był przełomowy, czy rzeczywiście miał jakieś znaczenie. Moim zdaniem to tylko symboliczny punkt, oznaczający dłuższy okres w życiu: przejście między młodością a dojrzałością.

Zastanawia się Pan na kartach Dziennika…, czemu Pańskie życie mogłoby kogokolwiek interesować. Znalazł Pan odpowiedź na to pytanie?

To się okaże dopiero po wydaniu książki, kiedy trafi do czytelników i albo znajdzie ich zainteresowanie i uznanie, albo nie znajdzie. Dopóki nie ma informacji zwrotnej, można tylko zgadywać. Pocieszam się, że Dziennik… jest w dużej części książką wcale nie o mnie i o moich bliskich, tylko o polskim społeczeństwie, o podróżach, o różnorakich postaciach, które napotkałem, jest zbiorem anegdot, zasłyszanych rozmów, powiedzonek, i tak dalej. A to wydaje mi się ciekawsze.

Czy dzienniki mają jeszcze sens w czasach statusów na Facebooku, Instagrama i Snapchata?

A czym innym są statusy na Facebooku czy obrazki na Instagramie, jeśli nie tekstowymi i wizualnymi zapisami dziennikowymi? Żyjemy w wielkiej kulturze dziennikopisarstwa, po prostu jej formy się zmieniają. Czy może raczej: namnażają.

Inna sprawa, że nie bardzo wiemy, jak nasze cyfrowe dziedzictwo będzie się przechowywało; być może stopniowe odchodzenie od papieru sprawi, że za pięćset lat będziemy mieli wyrwę w archiwach – podobnie jak teraz mamy wyrwę spowodowaną tym, że na początku XIX wieku zaczęto produkować inny papier, który teraz się rozpada z powodu swojej kwasowości. Proces ten można zatrzymać, ale nie odwrócić, a zatem wiele dzieł z ostatnich dwóch stuleci przepadnie. Z cyfrą może być podobnie.

Pisze Pan, że w Polsce Biblię czytają tylko protestanci i ateiści. Dlaczego tak się dzieje?

Bo katolicka tradycja była zawsze niechętna czytaniu Pisma i wyciąganiu własnych wniosków. Własne wnioski pachną herezją, tym niebezpieczniejszą, że katolicyzm nad literą Pisma nadpisał całe góry egzegez, opartych a to na naginaniu tłumaczenia (proponuję poczytać o „malakoi” i „arsenokoitai”), a to na scholastycznych sztuczkach, więc wierni mogliby zacząć protestować: „Ale, zaraz zaraz, tego wcale nie ma w Biblii! To jakieś wasze mambodżambo!”. Na to przyszedł protestantyzm i powiedział: możecie się schować ze swoimi średniowiecznymi rozważaniami o aniołach na czubku szpilki, mamy renesans, wracamy do źródeł. Po pierwsze: uczymy się hebrajskiego i greki i tłumaczymy Biblię na języki narodowe, żeby każdy mógł sam obcować ze Słowem Boga, a nie że wszystko po łacinie, a ksiądz z ambony powie, co mu się żywnie podoba. Po drugie: liczy się to, co w Biblii, co każdy wierny ma obowiązek zgłębiać, a nie to, co narosło przez stulecia. Polska jest jednak krajem katolickim, więc nadal wolimy wysłuchać pogadanki na temat „co jest w tekście i co on oznacza” niż samemu tekst przeczytać i się nad nim zastanowić.

Skąd w człowieku niezwiązanym blisko z Kościołem katolickim chęć poświęcania energii na tematykę, ujmijmy to w ten sposób, okołoreligijną? Przekora czy intelektualna potrzeba znajomości kanonu?

W Polsce z kościołem jest jak w tym porzekadle o polityce: nawet jeśli nie interesujesz się polityką, to polityka prędzej czy później zainteresuje się tobą. Można się nie interesować kościołem, ale jego apetyty na sterowanie społeczeństwem i sprawowanie władzy są nieograniczone. Nie zajmuję się w Dzienniku… tematyką religijną, jeśli piszę o Jezusie to, o czym wyraźnie napomykam, wyłącznie jako o bohaterze literackim czterech książeczek pod wspólnym tytułem Ewangelie. Natomiast jest w tej książce trochę o polskim kościele, ale kościół ma niewiele wspólnego z religią i jeszcze mniej z Jezusem, piszę o słowach biskupów, o ich leksyce, o ich żądaniach politycznych. To jest publicystyka, zabieranie głosu w sprawie społeczeństwa, w którym żyję, a nie literatura okołoreligijna.

Chodziło mi raczej o Pańską dogłębną znajomość Ewangelii niż o klasyfikowanie Dziennika… jako literatury okołoreligijnej. Niemniej pojawia się w nim podział na kościelnych i chrystusowych. Co to za grupy?

Nie wiem, czy moja znajomość Ewangelii jest dogłębna; to, że ją czytałem parę razy i znajduję jej bohatera ciekawym, nie oznacza, że znam ją na wyrywki. Z pewnością są setki większych znawców. A podział wynika właściwie bezpośrednio ze słów i działań Jezusa, z dwóch sposobów postrzegania religii: faryzejskiego i Jezusowego. Albo na pierwszym miejscu stawia się przepisy, albo człowieka; albo srogie prawo, albo miłość i przebaczenie; albo się wymaga od innych, albo od siebie.

Jakie jest więc według Pana polskie społeczeństwo? Opisuje Pan zmagania z remontem kamienicy, wrogie napisy na murach o wynajmowaniu mieszkania „u Pedauf”. Z drugiej strony pojawia się postać babci Pańskiego partnera, która nosi w siatce cheesburgerki i nie ma żadnego problemu z posiadaniem kolejnego wnuka, a nie wnuczki.

Babcia Piotra to nie społeczeństwo, tylko jednostka. To zasadnicza różnica. Społeczeństwo mamy zamknięte, agresywne, ksenofobiczne – przy czym właściwie każdy „obcy” jest zły, tylko w różnych okresach gorszy jest ten czy inny, może to być „pedał”, może być „szmatogłowy muslim”. A im bardziej jest nietolerancyjne, tym bardziej dostaje piany na zbiorowych ustach, że ktoś o tej nietolerancji mówi – warto sobie prześledzić hejt na Olgę Tokarczuk, gdzie masy „polskich patriotów” bluzgają najgorszymi obelgami, starając się dowieść, że jesteśmy społeczeństwem tolerancyjnym. Wspaniałość babci Piotra wynikała również z tego, że była ona osobą wyjątkową, a nie statystyczną.

Nie da się ukryć, że debata polityczna w Polsce jest mocno zdominowana przez retorykę kościelną, która (w polskim wydaniu) mocno ogranicza różnorodność. Upatruje Pan w tym języku przyczyn pojawienia się neokonserwatyzmu wśród młodych ludzi? Aktywnie udziela się Pan na Facebooku, z całą pewnością docierają do Pana dyskusje na temat uchodźców…

Nie, neokonserwatyzm to nie tylko kwestia języka, to przede wszystkim kwestia kompletnego zawalenia edukacji w Polsce. Różne rzeczy nam się po 1989 roku udały, edukacja, zarówno niższa, jak i wyższa, jest w fatalnym stanie. Szkoła wychowuje społeczeństwo nieczytające, indoktrynowane przez całą armię katechetów, którzy szerzą najrozmaitsze szkodliwe mity, uczy „przedsiębiorczości”, krzewiąc neolibową wersję ekonomii, choć kryzys 2008 roku i jego następstwa znakomicie pokazuje, że jest to ślepa uliczka. W dodatku reforma szkolnictwa, która ustanowiła gimnazja, doprowadziła do ogromnej brutalizacji życia uczniowskiego, bo dzieciaki teraz nie dwa, a trzy razy muszą walczyć o pozycję w grupie, właściwie przechodzą od walki do walki. A za oręż mają tę nienawiść, którą wsącza w nich społeczeństwo: rodzice, politycy z trybuny sejmowej, księża z ambon, dziennikarze w pismach.

Czy da się odwrócić neokonserwatywne tendencje?

Nie ma nic swoiście złego w konserwatyzmie ani w katolicyzmie, problem polega na tym, jakie oblicze mają te nurty w polskim społeczeństwie. Co ciekawe, często zwracają się one przeciwko swoim zasadom – proszę spojrzeć choćby na sprawę uchodźców, gdzie biskupi zabrali wyjątkowo przyzwoicie głos, nakazując przyjąć uchodźców, natomiast ten katolicki lud polski zignorował sobie z góry na dół ich zdanie i roi coś o krucjatach w obronie Chrystusa, polskości i Matki Boskiej Częstochowskiej przed wrażymi hordami muzułmanów. To samo jest z kwestią związków partnerskich i małżeństw jednopłciowych; w wielu krajach konserwatyści zrozumieli, że jeśli odcedzić zaszłości religijne, to pragnienie legalizacji związków jest par excellence pragnieniem konserwatywnym. Jest jakąś paranoją, że w Polsce o prawo do zawierania związków walczą rzekomi burzyciele porządku i tradycji, czyli geje i lesbijki, a coraz więcej par hetero i oficjalnie wierzących żyje na kocią łapę.

À propos angażowania się w różne inicjatywy społeczne. Nie stroni Pan od nich. Można się w tym doszukiwać etosu pisarza zaangażowanego w sprawy społeczne, czy to postawa zupełnie od profesji niezależna?

Bywam zaangażowany w sprawy społeczne, bo to jest, jak sądzę, obowiązek inteligenta. Natomiast bycie pisarzem do tego obowiązku nie należy, jest tylko pewną możliwością zawodową.

Który rodzaj Pana literackiej twórczości jest najtrudniejszy? Pisanie felietonów na zamówienie, poezja, która ostatecznie trafia do wąskiego grona odbiorców, proza wymagająca od Pana przedarcia się przez wiele źródeł?

Wszelkie pisanie, jeśli chce się to robić z szacunkiem dla czytelnika, jest trudne. Tyle, że trudne w nieco inny sposób: w felietonach należy być błyskotliwym, i to na czas, bo tekst trzeba oddać do konkretnego numeru i często na pomysł wpada się w ostatnim momencie. Poezja wymaga niesłychanego napięcia i skondensowania. Proza – wysiedzenia, bo kilkaset stron pisze się bardzo długo i przez cały ten czas trzeba panować nad konstrukcją całości i rozwojem poszczególnych wątków i osobowości bohaterów.

Od jakiegoś czasu działa Projekt Tajny Detektyw, nawiązujący do przedwojennego sensacyjno-kryminalnego tabloidu. W jakich okolicznościach pomyślał Pan, że warto pokazać szerzej prywatne archiwum czasopisma?

Chronologicznie wygląda to odwrotnie: najpierw pokazywałem, a dopiero później powstało jakiekolwiek „archiwum”. Tajnym Detektywem zainteresowałem się parę lat temu, kupiwszy dwa tomy międzywojennych operacyjnych albumów policyjnych, w których wklejano zdjęcia oskarżonych, przestępców, ofiar, narzędzi zbrodni, i tak dalej. Niestety, fotografie są na ogół niepodpisane – ale dowiedziałem się, że przez cztery lata, od początku 1931 roku do początku 1935, wychodził tygodnik sądowo-kryminalny i zacząłem kupować kolejne numery, w nadziei, że zidentyfikuję moich przestępców. Bardzo szybko okazało się, że wprawdzie z identyfikacjami jest krucho, ale za to Tajny Detektyw jest wspaniałym pismem – założyłem więc bloga, gdzie zacząłem publikować wycinki z oryginału, opatrzone autorskim komentarzem. W tej chwili, po pięciu latach, blog ma ponad trzysta wpisów, a zbiór pism urósł do blisko stu siedemdziesięciu sztuk, z ogólnej liczby dwustukilkunastu. To zupełnie niezwykły dokument, pokazujący Drugą Rzeczpospolitą w odczarowanej, znacznie smutniejszej wersji, niż chciałaby to widzieć dzisiejsza opinia publiczna, upatrująca w Polsce miedzywojennej kraju mlekiem, miodem i szczęśliwością społeczną płynącego. Tymczasem kraj borykał się z potworną biedą, wzmocnioną jeszcze przez wielki kryzys, z zacofaniem, konfliktami politycznymi i etnicznymi, naszą własną dyktaturą, i tak dalej. W Polsce lat trzydziestych, i nie jest to żadna przesada, zdarzały się przypadki popełniania samobójstw z głodu – warto o tym pamiętać, kiedy po raz kolejny łyknie się idylliczną wersję o marszałku na Kasztance, dansingu w Adrii i herbacie pitej z filiżanek w majątku na Wołyniu.

rozmawiała | Karolina Rudnik

zdjęcie | Cezary Rucki

Komentarze
Jacek Dehnel: Żyjemy w kulturze dziennikopisarstwa
Oceń artykuł