Czy warszawski singiel to cichy poligamista?

Kobieta z różowymi włosami i mężczyzna z długą czarną brodą ubrani na biało

Mieszkańcy Warszawy coraz częściej wybierają życie w pojedynkę, bez tak zwanych zobowiązań. Czy są jednak samotni? W miejskich aglomeracjach, gdzie liczba możliwości jest nieskończona, dzielenie życia z drugą połówką to za mało. Współcześni single to coraz częściej poligamiści, którzy nie potrafią nazwać swoich miłosnych preferencji po imieniu.  

Przeglądając aktualną prasę czy serfując po sieci, na pewno natkniecie się na szereg artykułów dotyczących związków poligamicznych, które w rzeczywistości stanowią kolebkę całej ludzkości. Człowiek pierwotny nie gustował w dozgonnych małżeństwach, które stanowią raczej obietnicę niż dowód głębokiego uczucia. Wyznanie sobie miłości przed sądem czy księdzem to forma uspokojenia partnera. W końcu ewentualne odejście od teraz będzie stanowić duży kłopot. To zobowiązanie, które obedrze was ze spontaniczności na rzecz wspólnego kredytu i bankowego konta, o które i tak będziecie się kłócić aż do śmierci. Co do istnienia szczęśliwych małżeństw nikt jednak wątpliwości nie ma.  Podobnie rzecz ma się ze związkami, które nigdy nie zostały zalegalizowane na papierze. Najwięcej zależy od praw, które sami sobie narzucimy. Dotychczas baliśmy się zdrady i świadomości, że nasza miłość może odejść do kogoś innego. Obecnie coraz częściej sami lubimy zmieniać partnerów, żałując skrycie, że nie możemy mieć ich wszystkich jednocześnie. Bo przecież Kaśka ma podobne zainteresowania, Alicja uczy mnie nowych rzeczy, a z Luizą mogę rozmawiać do samego rana. No, i każda jest tak samo świetna w łóżku.

Brunet w granatowej koszulce siedzi na łóżku, obok niego blondynka i brunetka w piżamach

Model współczesnego związku to istna karuzela, której nie da się jednoznacznie opisać, ani nazwać. To dobrze, że nowoczesność i awangarda dotarła nie tylko do naszych szaf, ale także i łóżka. Zasypywani gazetami, sztuką i coraz odważniejszym kinem, odchodzimy od tradycyjnych wzorców. Podszepty babci o dobrym mężu puszczamy mimo uszu, zwracając się ku nowinkom i psychologicznym poradnikom, z których jasno wynika, że nie ma wartości wyższej niż nasze szczęście. A skoro ma być nasze to i recepta na nie będzie nadzwyczaj osobista. Obserwując wielkomiejskie życie Warszawy, widzimy coraz więcej niejednoznacznych relacji. Nie mówię tutaj o podrywaczach, którzy mają w zwyczaju co noc zmieniać pościel po poprzedniej wybrance. W swoich rozważaniach nie uwzględniam też 19-letnich lasek, które ledwo odkryły swoją buchającą seksualność i pragną się nią podzielić z całym światem, płacząc na końcu w poduszkę. Moje spostrzeżenia nie służą obronie naiwnych, płytkich i niezaangażowanych warszawskich imprezowiczów, a przyjrzeniu się miłosnym perypetiom, które coraz częściej towarzyszą dojrzałym ludziom.

Mężczyzna z długimi włosami i w okularach, napis na obrazku "Love is usually between two people but could be more"

Umiejętność życia w zgodzie ze swoimi potrzebami to wartość, do której dojrzewamy najdłużej. Bez oglądania się na stereotypy i zasady narzucone nam przez innych, w tym kochanych przez nas rodziców. Co jeśli nagle się okazuje, że związek z jednym partnerem pozostawia niedosyt? Trudno unieść na własnych barkach tę niewygodną świadomość. Odważnych, którzy decydują się na miłosne trójkąty, jest coraz więcej. Tych, którzy otwarcie o tej swoistej geometrii mówią, znacznie mniej. Wolimy występować pod nazwą „singla”, „wolnego strzelca”, niż otwarcie przyznać, że potrafimy kochać więcej niż jedną osobę naraz. Bo przecież i tak nikt nam nie uwierzy. Zostaniemy ochrzczeni mianem puszczalskich albo niezdecydowanych. I być może, jak się czasem później okazuje, nasi oszczercy będą mieć rację, a my po długich przemyśleniach, skończymy u boku jednego partnera. Nie możemy jednak zupełnie porzucić myśli, że niektórzy potrzebują wolnych relacji, które mają szansę na inny, ale tak samo wielowymiarowy rozwój. Otwarte przyznanie się do bycia poligamistą wydaje się być znacznie uczciwsze, niż pokątne zdradzanie i wciskanie kitu na temat swojej wierności. Świadomość i akceptacja swoich niestandardowych preferencji potrafi uchronić przed falą rozczarowań i niedomówień.

Gif z Taylor Swift, napis na obrazku "I like writing songs abut douchebags who cheat on me"

Kontakty poligamiczne na pewno rodzą więcej trudności niż te tradycyjne, bowiem w ich przypadku zasady nie są jasno określone, a musimy ustalić je sami. To większa odpowiedzialność. Strach przed wieloosobowym związkiem jest w pełni uzasadniony. Musimy się bowiem wyzbyć zazdrości i egocentryzmu, tak charakterytstycznych dla współczesności. Przyjęcie, że nie będziemy pępkiem świata dla drugiej osoby to sytuacja, w której niejeden musi zacisnąć zęby i odłożyć ego na bok. Bo właśnie o nasze Ego przez duże „E”, tutaj chodzi. Uwielbiamy być najważniejsi, najukochańsi, jedyni w swoim rodzaju, niezastąpieni. Miłość do drugiego człowieka to zazwyczaj próba zaspokojenia naszych egocentrycznych potrzeb. W twarzy zakochanej osoby widzimy odbicie swoich narcystycznych zapędów, o które ciężko jest się zatroszczyć w pojedynkę. „Jesteś piękniejsza niż jakakolwiek inna kobieta na tej ziemi” to kłamstwo, które z największą przyjemnością przyjmują nasze uszy. Pogodzenie się z faktem, że dla naszego partnera ktoś inny jest równie piękny, choć w może trochę odmienny sposób, to wyzwanie, któremu podoła niewielu. Bo jak wiadomo, trudniej jest być jedną z wielu kobiet, niż mieć kilku mężczyzn jednocześnie. Tutaj zaczynają się schody. Gdzie zatem szukać osób, które z godnością sobie z taką sytuacją poradzą? Okazuje się, że związki wieloosobowe to nie zabawa, a duże wyzwanie, które wymaga pełnego zaangażowania i przełamania dotychczasowych lęków.

Para zakochanych na ławce

Wciąż kojarzona z arabskimi żonami poligamia ma w naszej kulturze złą sławę. Zaczynamy jednak dojrzewać do myśli, że relacja z więcej niż jedną osobą nie wiąże się z przymusowym, religijnym zamążpójściem. Taki układ może być satysfakcjonujący, o ile odbywa się na prawach akceptowanych przez wszystkie strony. Na nowo, choć nieśmiało, zaczynamy wychodzić z inicjatywą związków poligamicznych. Z zawstydzeniem i niedowierzaniem, nie mówimy o tym otwarcie i często oszukujemy samych siebie, myląc swoje potrzeby z niezdecydowaniem i podporządkowując je polskiej, niekoniecznie naturalnej tradycji. Poligamia nie jest zła, jednak na pewno nie jest też dla każdego. Nowicjusze się zniechęcają, zwolennicy chwalą. Przepisu na udany związek nie ma, każdy dochodzi do niego sam. W końcu kogo powinno obchodzić, z kim uprawiasz seks i kogo kochasz? Ciebie i twojego partnera, jednego lub wielu. A jeśli marzy ci się biała suknia z welonem, załóż ją i bądź szczęśliwa. Pozostawmy sobie wolny wybór.

Tekst: Emilia Pluskota

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera