Upadek rynku muzycznego? Muzyka na lata chude.

Upadek rynku muzycznego Muzyka na lata chude.
https://kultura.onet.pl/muzyka/wiadomosci/muzyka-na-lata-chude/0pnggkf

Upadek rynku muzycznego to już temat równie mało sensacyjny, co kolejne doniesienia o dacie końca świata. Pomimo kreślonej przez media katastroficznej wizji, jakimś cudem wciąż możemy słuchać nowych, dobrych płyt. Tak się składa, iż żaden z dotychczasowych kryzysów nie zabił jeszcze muzyki.

Upadek rynku muzycznego?

Muzycy lubią myśleć o sobie, że istnieją poza systemem gospodarczym.

– napisał na swoim blogu Damien Abraham z grupy Fucked Up. –

Ale jeśli wydałeś płytę w jakiejkolwiek wytwórni, jeśli koncertujesz w klubach, to jesteś częścią ekonomii tak samo jak pracownik sieciowego sklepu i przynajmniej część twojej energii powinieneś przeznaczyć na zdobycie większej siły ekonomicznej.

– jeśli takie słowa piszą członkowie hardocore’owych zespołów, to znaczy, że sytuacja jest poważna.

Rzeczywiście, pierwszy raz od wielu lat muzycy muszą się w tak dużym stopniu troszczyć nie tylko o swoją twórczość, ale też o własne interesy. Wraz z doniesieniami o problemach rynkowych wyjadaczy (zapowiadana sprzedaż EMI w ręce Universalu i Sony, upadek sieci sklepów Zavvi, czyli dawnych Virgin Megastores) pękają złudne nadzieje, że znajdzie się jakiś gigant, który wrażliwego artystę otoczy opieką. Teraz nie ma zmiłuj, trzeba zacząć sobie radzić we własnym zakresie.

Dzisiejszą recesję z różnych powodów przyrównuje się często do Wielkiego Kryzysu z przełomu lat 20. i 30. Oprócz wielu innych podobieństw, był to także pierwszy kryzys, który odcisnął poważne piętno na historii muzyki. Oczywiście i wcześniej artyści również zdani byli na łaskę i niełaskę sytuacji gospodarczej. Kiedy muzycy narzekają dziś na kryzys i materialne niepowodzenia, należy pamiętać, że to nic nowego.

– pisał w grudniu 1934 roku na łamach „The Musical Times” rosyjski muzykolog i krytyk Leonid Sabaniejew.

Nawet najgenialniejsi kompozytorzy przymierali niekiedy głodem: Mozart i Schubert to dwa klasyczne przykłady. W amerykańskich gazetach z czasów Długiej Depresji (1873-79) znajdziemy liczne ogłoszenia muzyków poszukujących pracy za wikt i opierunek.

O doniosłości Wielkiego Kryzysu dla muzyki zdecydował jednak fakt, że towarzyszyła mu rewolucja technologiczna, co dodatkowo upodabnia go do dzisiejszej sytuacji. Odkrycie fonografu i radia pod koniec XIX w. sprawiło, że koszmarne wizje z „powieści naukowych” (jak określano wówczas prekursorskie przykłady literatury science-fiction) stały się faktem – żywego muzyka mogła zastąpić w jego pracy maszyna.

Na każdego muzyka mamy kilka setek tysięcy mechanicznych odtwórców, którzy stali się plagą rynku, szczególnie od czasu, gdy ich jakość stała się wyższa i artystycznie akceptowalna.

– pisał Sabaniejew w swym eseju. To cios dla muzyków, wydawców i wytwórców instrumentów.

Co w takim razie miała zrobić rzesza muzyków, których liczba przez cały XIX wiek stopniowo wzrastała dzięki rozwojowi sieci konserwatoriów, gdy nie mogli już znaleźć zatrudnienia ani w knajpie (bo zastąpił ich gramofon), ani jako prywatni nauczyciele (bo mało kto chciał się uczyć gry na instrumencie, skoro muzyki mógł posłuchać w radiu)? Przykład luddystów – ruchu rzemieślników sabotujących maszyny tkackie na początku rewolucji przemysłowej – uczył, że poświęcanie życia w walce z nowym wynalazkiem nie zatrzyma postępu technologicznego. Należało więc zacząć sobie radzić.

Jest tylko jedno wyjście z tej sytuacji: masa muzyków, która znalazła się za burtą, musi stopniowo zostać wchłonięta przez inne profesje.

– twierdził Sabaniejew.

Do tych rozbitków należał kompozytor Harry Partch, wynalazca rewolucyjnej, 43-tonowej skali muzycznej, opartej na systemach starożytnych i orientalnych. Pomysłem interesowali się dziennikarze i mecenasi, ale zainteresowanie trwało zazwyczaj do momentu, kiedy mieli oni okazję kompozycji Partcha posłuchać. Awangardowe i zaskakujące nawet na dzisiejsze standardy dźwięki nie miały szans zdobyć popularności w społeczeństwie, które ucieczkę od pełnej nędzy i bezrobocia rzeczywistości wolało znaleźć w prostej rozrywce hollywoodzkiego musicalu.

Partch porzucił zawód muzyka i dołączył do rzeszy sezonowych pracowników, przemierzających Stany w poszukiwaniu zarobku – hobosów. Wbrew popularnemu rozumieniu, hobosa nie należy utożsamiać z pospolitym żulem (choć akurat Partch od butelki nie stronił). Jak tłumaczy bluesman Seasick Steve: Hobo podróżuje i szuka pracy – tramp podróżuje, ale pracować nie chce, natomiast bum ani nie pracuje, ani nie podróżuje . Kompozytor włóczył się tak przez dziesięć lat, cały czas komponując i życiowe doświadczenia przekuwając w melodie. Dopiero pod koniec II Wojny Światowej grant z Fundacji Guggenheima pozwolił mu oddać się bez reszty muzyce i budowaniu instrumentów własnego projektu, czym zapewnił sobie miejsce wśród najbardziej wpływowych postaci muzyki współczesnej (do swoich mentorów zalicza go m.in. Steve Reich).

W tym samym czasie podróżował i pracował inny legendarny twórca, często wymieniany właśnie w kontekście kryzysu, mimo że dom opuścił w zasadzie pod sam koniec depresji. Woody Guthrie nie miał pretensji do awangardy – jego muzyka w prostej linii czerpała z bluesowej tradycji czarnych niewolników, choć sam Guthrie był biały i wychował się w dobrze sytuowanej rodzinie. To jednak nie biografia, a przejmujące teksty jego piosenek, pełne odniesień do robotniczej niedoli, ludowych historii i niesprawiedliwości kapitalizmu (ale też np. do wciągania kokainy) inspirowały następne pokolenia folkowych wieszczów z gitarami: Boba Dylana, Johnny’ego Casha czy Bruce’a Springsteena.

Historia Wielkiego Kryzysu Muzyki

Sprzątanie po kryzysie jeszcze się nie skończyło, a wybuchła wojna. Po kapitulacji Niemiec nastroje na zachód od żelaznej kurtyny były optymistyczne pomimo zniszczeń, a plan Marshalla zapewniał jako taki dobrobyt. Natomiast w powojennej Polsce za narzekanie groziło w najlepszym wypadku więzienie. Tekst pierwszego polskiego protest songu (to klasycznie „kryzysowy” gatunek) wymierzony był nie w marionetkowe rządy partii robotniczej, lecz w amerykańskich imperialistów. Bigbitowy „Płacz wietnamskich dzieci” szczecińskiej grupy Kawalerowie nie miałby szans na nagranie, gdyby chłopcy mieli odwagę potępić np. rodzimy system gospodarczy (co w tym samym czasie zrobili Beatlesi utworem „Taxman”, krytykując niemal 90-procentową stawkę podatku dochodowego, obowiązującą najlepiej zarabiających w powojennej Anglii).

Protest songi nie pojawiły się jednak – jak niektórzy podejrzewają – w latach 60. za sprawą Boba Dylana i hipisów. Ich tradycja sięga przynajmniej połowy XIX wieku (choć marksiści twierdzą, że już w XIV w. powstawały utwory wychwalające chłopskie powstania), kiedy z piosenką na ustach rodziły się zorganizowane ruchy sufrażystek i abolicjonistów. Ich hymny o tak dosadnych tytułach jak „No More Auction Block For Me”, zachowane w śpiewnikach i XX-wiecznych nagraniach, po raz pierwszy zamieniły hasła „jest źle, musimy się z tym pogodzić” na „jest źle i coś trzeba z tym zrobić”. Formułę protest songu chętnie wykorzystali też bardowie powstającego ruchu robotniczego, tacy jak Joe Hill, autor wychwalającej związki zawodowe pieśni „There Is Power In The Union”.

Niestety stwierdzenie, że w trudnych czasach publiczność z uwielbieniem słucha muzycznych protestów, a natchnieni wieszcze czekają na każdym rogu, jest dalekie od prawdy. Bob Dylan, którego utworem „The Times Are A-Changin’” stacja CNN zilustrowała swój pierwszy dżingiel o teraźniejszym kryzysie, swoją popularność budował jeszcze w czasie dobrobytu napędzanego tanią ropą naftową.

Natomiast w roku 1971, kiedy gospodarka Stanów nie wytrzymała w końcu olbrzymich nakładów na wojnę w Wietnamie, gust publiki znów skłaniał się w kierunku eskapizmu – choć jak zauważa Mark Sichel, publicysta „Psychology Today”, nawet przepowiadający nadejście disco utwór „Somebody’s Watching you” grupy Sly & The Family Stone zawierał aluzje do zmieniającej się sytuacji ekonomicznej (choćby wers: The nicer the nice, the higher the price). Protest song rozminął się z gospodarką, ale dalej służył wszelkim uciśnionym grupom, od czarnych po gejów.

Po drugiej stronie Atlantyku, w Wielkiej Brytanii, czarę ekonomicznej goryczy przelało embargo na dostawy ropy naftowej, związane z zaangażowaniem Korony w wojnę yom Kippur po stronie Izraela. Rosnąca cena ropy spowodowała inflację, która spowodowała wprowadzenie przez rząd płac maksymalnych, co spowodowało protesty związków zawodowych, a wszystko razem (oraz kilka innych sprzyjających okoliczności) doprowadziło do powstania punka, przynajmniej jeśli chodzi o jego brytyjską odmianę. Jak przyznają w filmie „Wściekłość i brud” członkowie Sex Pistols, walające się po ulicach, niezbierane przez nikogo worki ze śmieciami stanowiły dobrą scenerię do tworzenia prymitywnej i brutalnej muzyki, przy której można się wyżyć.

Punk z niewielkim opóźnieniem dotarł nad Wisłę (przez Trójmiasto i Warszawę), gdzie od końca lat 70. panował kryzys permanentny – i na tym gruncie przyjął się znakomicie. Nim zaczęła się cała punkowa fala, hymny o walce z biedą (jednocześnie, a nawet przede wszystkim wymierzone w ustrój) pisali smutni intelektualiści w typie Jacka Kaczmarskiego, którego „Mury” towarzyszyły narodzinom Solidarności. Jednak dzieciaki potrzebowały czegoś mocniejszego niż student z gitarą akustyczną. I dostały: Brygada Kryzys, Tilt, Fornit czy Poland (pierwszy zespół Kazika) przecierały szlaki, za nimi szły kolejne załogi. Atmosfera udzielała się też bardziej przystępnym zespołom, takim jak Republika czy Perfect. A jak dla kogoś to wszystko było za trudne, zbyt wywrotowe, to zawsze mógł zostać popersem.

W okresie przemian ustrojowych panczurskie pazury straciły na ostrości. Czołowi załoganci przeniknęli do głównego nurtu, czasem nawet z bardzo pozytywnymi skutkami (program „Lalamido” w TVP) – podobnie działo się zresztą na Zachodzie, gdzie dawni wyrzutkowie powoli stawali się nowym establishmentem. W trudnych czasach reform polskiej publiczności zapomnienie dały proste melodie disco polo. Punk do tej pory nie odzyskał dawnego buntowniczego statusu, przynajmniej w Europie i Stanach – niedawne doniesienia z Indonezji mówiły o 65 aresztowanych uczestnikach punkowego koncertu, którym islamskie władze kazały ściąć włosy i przystąpić do rytualnego oczyszczenia w nurcie rzeki. Dobrze, że my mamy to już za sobą.

Pomimo widocznej poprawy, od czasu przemian ustrojowych Polska wciąż znajdowała w umiarkowanej zapaści. Po niewielkiej stabilizacji połowy lat 90., na przełomie mileniów bezrobocie sięgnęło rekordowych 20% – w tych okolicznościach ukazała się pierwsza (obecnie wznowiona) płyta Cool Kids Of Death. Sztandary „Generacji nic” i „Butelek z benzyną i kamieni” nie pociągnęły za sobą żadnej rewolty, ale dobrze odzwierciedlały stan ducha wielu młodych Polaków.

W tym samym czasie polskim hip-hopowcom udało się to, o czym marzyli wszyscy niezadowoleni muzycy z Zachodu – gniewnymi tekstami o ubóstwie i nierównościach społecznych zdobywali szczyty list przebojów („W wyjątkowych okolicznościach” WWO czy podwójna płyta „Najlepszą obroną jest atak” Slums Attack). Tym różnili się od swoich kolegów grime’owców z Wielkiej Brytanii, którzy owszem, reprezentowali biedę, ale po odniesieniu medialnego sukcesu, szybko przechodzili do obozu dyskotekowego (patrz: „Bonkers” Dizzee’ego Rascala).

Czy można zdefiniować muzykę obecnego kryzysu?

W popularność Rihanny, Beyoncé i Lady Gagi można znaleźć ślady eskapistycznych tendencji, ale dziś zmienia się przede wszystkim podejście muzyków do własnej twórczości. Warszawski duet Teenagers debiutancki materiał wydał własnym sumptem na kasecie – nie dlatego, że tak jest modnie, tylko dlatego, że kasetę można tanio wyprodukować, a fani i tak traktują zakup materialnego nośnika tylko jako dowód sympatii dla zespołu (wszystkie utwory Teenagersów można pobrać za darmo z ich internetowej strony).

Artyści o bardziej ugruntowanej pozycji nie zostają w tyle – Natalia Fiedorczuk, która ma na koncie kilka płyt (m.in. z Nathalie & The Loners), wcale nie ucieszyła się z faktu, że w całym zamieszaniu dotyczącym ACTA z polskich serwisów wymiany plików (np. popularnego „Chomika”) poznikały linki do ściągnięcia jej nagrań. Kryzys i coraz większa rola Internetu sprawiły, że muzykom bardziej niż na sprzedaży płyt zależy na tym, żeby ich muzyka była słuchana. A jeśli chcecie im pokazać, że mają rację, to ruszajcie na koncerty!

Tekst: Maciek Piasecki

Zobacz też: Siedem grzechów Katy Perry

Siedem grzechów Katy Perry

5/5 - (1 vote)

Lubisz nas? Obserwuj HIRO na Google News