Bieda i bogactwo w zgodnym patchworku. Dlaczego warto odwiedzić Lwów?

Widok kolorowych dachów z lotu ptaka

Hej Polaku, kochany rodaku, dławiony przez kurs euro, coroczne podwyżki czynszu, brak empatii w urzędach podatkowych, wysokie ceny paliwa, Polaku męczony przez nalane twarze biskupów w telewizji, obiecanki polityków, urywające się z nagła w szczerym polu autostrady, wszystkie rodzime zmory widzialne i niewidzialne.

Poczuj się ponownie mężczyzną, z kasą, klasą i poważaniem, wokół którego biegają nie tylko kelnerzy, ale i piękne kobiety. Chcesz to wszystko? Nic trudnego, wybierz się na parę dni do Lwowa! Take it! – jak mawiał jeden z bohaterów piątej serii Dextera. Wpierw przejdziesz przez kilka utrudnień, później otrzymasz za to odpowiednią nagrodę. Dawaj, dawaj, do Lwowa!

Tak, znamy tę starą śpiewkę, Lwów był polski. Ale już nie jest. I lepiej się zamknij, bo takie gadanie niczego nie zmienia. Warszawa też jest nasza. I co z tego masz, gdy tam przyjedziesz? Tu cię okradną, tam wykorzystają, przejadą autem na zebrze, skopią pod Krzyżem – a jest ich wiele, a każdy chce być pisany i wymieniany z wielkiej litery.

Dwóch mężczyzn stojących na ulicy

Lwów jest po prostu lwowski. Potem ukraiński. Wreszcie – wschodni. Widać to natychmiast przy przekraczaniu granicy. Długim przekraczaniu granicy. Pociągom zmieniają koła – wiadomo, odtąd tory szersze. Autobusy przeszukują. Czasem bagaże. Stare ukraińskie babuszki stoją bezradnie, próbując przemycić do strefy Schengen o dwie paczki papierosów więcej. Zabierają paszporty, lustrują każdą duszyczkę, skąd ona, dokąd, po co i dlaczego. Nas traktują bardziej pobłażliwie, my z Unii, bogacze, bogowie, panowie. Być Polakiem to brzmi dumnie, przynajmniej na tym smutnym przejściu o godzinie trzeciej nad ranem, gdzie umundurowani ludzie zaspanym ludziom dzień w dzień w imię idiotycznych nacjonalizmów i politycznych ustaleń utrudniają życie w przemieszczaniu się po świecie. Gdyby choć z uśmiechem, bo wiadomo, międzynarodowa bandyterka również krąży z prochami i kontrabandą, żywym towarem, wliczając w to zarówno dziewczęta, jak i chronione gatunki zwierząt. Gdzie tam, każdy jest podejrzany, zwłaszcza Ukraińcy i inni, nie nasi, każdy jest kombinatorem, każdy chce się nachapać i akcyzy nie uiścić. Zrewidowaliby nawet Świętą Rodzinę, pytając o cel wizyty i rewidując pod szatą brzuch Maryi, czy aby na pewno Jezuska nosi, a nie kilkanaście kartonów lewych Marlboro.

Ulica we Lwowie

Pierwsze wrażenie po przybyciu: zdumiewająca kumulacja ubóstwa i związanych z nim kontrastów. Bieda i bogactwo w zgodnym patchworku. Normalnie jak na Śląsku, w drodze tramwajem z Katowic przez Chorzów do Bytomia. Opuszczone kamienice, podejrzane typki w bramach, syf trudny to zamiecenia, wywiezienia, zasypania. Trzeba by wszystko zburzyć i na nowo odbudować. Przy zaparkowanych Ładach, które pamiętają jeszcze początki pierestrojki, stoją najnowsze modele BMW i spółka. W historycznym centrum i dookoła niego dolne kondygnacje kamienic odremontowane, odmalowane, odstawione. A w nich sklepy, banki, jadłodajnie. Górne – pozostawione swojemu wręcz oburzającemu zaniedbaniu, zniszczeniu, zobojętnieniu na ich minione piękno. Generalizując: odpicowane, co prywatne; zaniechane, co państwowe. Idzie jednak nowe dzięki dotacjom i Euro 2012, to widać – remonty, przebudowy, rearanżacje. Za kilka lat będzie tu prawie jak w Krakowie, choć prawie nie tyle robi różnicę, ile wydaje się nie do przeskoczenia. Dla kogoś bywałego w Barcelonach, Wenecjach czy Paryżach miłym rozczarowaniem okaże się wizyta w świetnie zdizajnowanych restauracjach czy klubach. Jak w przeszłości, tak i teraz stołuje się w nich i bawi nowe pokolenie batiarów, ludzi lwowskiej ulicy, a także kwiat Ukrainy – jej kobiety. Specjalnie nie poświęcam oddzielnego akapitu mężczyznom, tym starszym i młodszym, bo niczym się nie wyróżniają oprócz obciachowych zestawień fasonowo-kolorystycznych, niechlujstwem fryzur, chropowatością paluchów, czarnoziemem pod paznokciami; naturalnie, nie wszyscy, jak to w życiu, ale tutaj grasują w zadziwiająco licznym stadzie. Być może obyty w offowym świecie erotyki koneser męskiej fizjonomii wskazałby miejsca, w których tutejsze Adonisy świecą w blasku swojej przystojnej chwały. Być może…

Kto ma słabą wyobraźnię, żeby uświadomić sobie urodę lwowskich, niech obejrzy sugestywnego wspomagacza, poniekąd plastikowy przy pierwszym wrażeniu, a jednak zdumiewająco odpowiadający prawdzie klip do utworu Mirami, z udziałem charyzmatycznego rapera o pseudonimie VovaZiL’vova – o znaczącym tytule Sexualna.

Zobaczyłeś? Dobrze, wracamy do felietonu. Tak, podobnie długonogie, pięknolice, perfekcyjne domakijażowane stworzenia przechadzają się jak gdyby nigdy nic pośród lwowskich sprzeczności. Jakże niebezpieczne… I zepsute przez nadmiar błyskotek, emitujących nieporadnie prawdziwe złoto. Dzielnie przyklejone do swoich wysokich obcasów, którym niestraszna kostka brukowa. Idą przed siebie, nadrabiając wszelkie niedostatki estetyczne, uwaga, długością włosów. Jakby prawie wszystkie się zmówiły, żeby zrobić się na marzenie patriarchalnego rozpustnika. Albo uplatają sobie warkocze à la Tymoszenko. Kto nie chciałby ich rozpuścić? We Lwowie, powiedziałby profesor starej daty, kobieta jest kobietą. Robi wszystko, by się podobać. Mężczyznom, jak i swojej płci. Niejako wedle przygotowania do schematu Kinder, Küche, Kirche. Ale to odległa przeszłość. One robią to przede wszystkim dla siebie. Tak czują.

Nic więcej nie dodam, ponieważ to nie jakieś zwierzątka z komiksu, którym dopisuje się kwestie w chmurkach. To trzeba zobaczyć. Może dotknąć. Może coś więcej. I bynajmniej nie mam na myśli sprzedajnych lwowianek. Wszystko zależy od ciebie, jakim turystą okażesz się we Lwowie. Tylko tam, Polacy, panowie, czeka was miły pokaz kobiecej siły, konserwatywny, a jakże modny i liberalny.

Tekst: Dawid Kornaga

Komentarze
Bieda i bogactwo w zgodnym patchworku. Dlaczego warto odwiedzić Lwów?
Oceń artykuł