Stranger Things. Ciemność nad miastem. Obowiązkowa powieść dla wszystkich fanów serialu. Mamy przedpremierowy fragment

Okładka książki Stranger Thiings. Ciemność nad miastem

Druga powieść ze świata Stranger Things ukaże się dokładnie w przeddzień premiery trzeciego sezonu tego kultowego serialu Netflix. Tym razem wybierzemy się do lata 1977 roku.

Boże Narodzenie, Hawkins, 1984. Szeryf Hopper chce spędzić w spokoju pierwsze święta z Jedenastką, lecz jego adoptowana córka ma inne plany. Mimo protestów Hoppera, wyciąga z piwnicy pudło opisane Nowy Jork i zaczyna przesłuchanie. Jak to się stało, że Hopper wiele lat temu wyjechał z Hawkins? Co oznacza Wietnam? Dlaczego nigdy nie wspomina o Nowym Jorku?

I choć Hopper wolałby zmierzyć się ze stadem wściekłych demogorgonów niż mówić o swojej przeszłości, wie, że nie może dłużej zaprzeczać prawdzie. Tak zaczyna się opowieść o incydencie w Nowym Jorku ‒ ostatnim wielkim śledztwie, nim wszystko się zmieniło…

Lato, Nowy Jork, 1977. Po powrocie z wojny w Wietnamie Hopper zaczyna od nowa. Mała córeczka, kochająca żona i praca detektywa w nowojorskiej policji ‒ życie w cywilu wydaje się takie łatwe… Ale gdy nagle zjawiają się tajemniczy agenci federalni i konfiskują akta dotyczące serii brutalnych, nierozwiązanych zabójstw, Hopper bierze sprawy w swoje ręce, kładąc na szalę wszystko, byle tylko odkryć prawdę.

Jako tajniak infiltruje świat nowojorskich gangów ulicznych. Gdy jest bliski rozwiązania sprawy, w całym mieście gasną światła, pogrążając Hoppera w ciemności głębszej niż kiedykolwiek wcześniej.

Powieść Stranger Things. Ciemność nad miastem, autorstwa Adama Christophera, przetłumaczona na język polski przez Paulinę Braiter, ukaże się nakładem Wydawnictwa Poradnia K. już 3 lipca 2019 roku. A my – już dzisiaj dzielimy się z Wami jej przedpremierowym fragmentem!

Czytaj również: Zanim pojawił się Demogorgon. Fragment powieściowego prequela Stranger Things

26 grudnia 1984

Domek Hoppera, Hawkins, Indiana

Jim Hopper starał się powstrzymać uśmiech, który uparcie rozjaśniał mu twarz. Stał przy zlewie z rękami zanurzonymi w gorących mydlinach i patrzył przez kuchenne okno na padający na zewnątrz śnieg, olbrzymie płatki wielkości dłoni. Boże Narodzenie nie było dla niego najlepszym okresem, nie od czasu… cóż, od dawna. Od czasu Sary. Był tego świadom, zaakceptował to i przez sześć lat – teraz już prawie siedem – od powrotu do Hawkins zdążył pogodzić się z uczuciem dojmującego smutku i straty, narastającym z każdym dniem w miarę zbliżania się świąt. Pogodził się? Niedokładnie. Raczej chętniej witał te uczucia, pozwalał im sobą zawładnąć, bo były… łatwe. Wygodne. I, o dziwo, bezpieczne. Jednocześnie jednak sam siebie za to nienawidził. Wyrzucał sobie, że się poddał, że pozwolił, by kiełkujące w umyśle nasienie rozpaczy rosło z każdym rokiem, aż w końcu rozkwitło w pełni. A ta nienawiść jedynie popychała go głębiej w mrok – i cały cykl powtarzał się na nowo. Ale nie tym razem. Nie teraz. Nie w tym roku. To był pierwszy rok, w którym sytuacja się zmieniła, jego życie się zmieniło i to pokazało mu, jak nisko upadł, czym się stał. A wszystko dzięki niej, Jane, jego adoptowanej córce. Legalnie, oficjalnie stanowiącej część rodziny. Jane Hopper.

Jedenastka.

Nastka.

Hopper znów poczuł na twarzy uśmiech natrętnie unoszący kąciki ust. Tym razem nie próbował z tym walczyć. Obecność Nastki nie oznaczała, że musi zapomnieć o przeszłości, wręcz przeciwnie. Przyniosła nowe obowiązki. Raz jeszcze miał córkę, którą musiał wychować, a to zmusiło go, by w końcu ruszył z miejsca. Przeszłość nie zniknęła, ale wreszcie mógł pozwolić jej zapaść gdzieś w zakamarki pamięci. Na dworze wciąż padał śnieg, drzewa otaczające domek wyrastały teraz z ponad pół metra miękkiego białego puchu. W radiu twierdzili, że to nie śnieżyca, nie ostrzegano też przed załamaniem pogody, lecz prognoza, której Hopper wysłuchał po południu, teraz wydawała się nieco zbyt optymistyczna. Przewidywano obfite opady w całym hrabstwie, a Hopper miał wrażenie, że cały ten śnieg wylądował na kilku akrach wokół starego domu dziadka. Jeśli musicie podróżować, powiedzieli w prognozie, lepiej tego nie róbcie. Zostańcie w domu. W cieple. Dopijcie ajerkoniak. I to świetnie mu pasowało.

Jeśli zaś chodzi o Nastkę…

– Woda jest zimna. Zamrugał, wyrwany z zamyślenia. Nastka stała obok niego przy zlewie. Spojrzał na nią z góry: wpatrywała się w niego w takim napięciu, z takim zainteresowaniem i troską. Wyraźnie dziwiło ją, że Hopper stoi przy zlewie i zmywa tak długo, aż woda zdążyła wystygnąć. Potem popatrzył na swoje dłonie i wyciągnął je z opadającej piany. Opuszki zamieniły się w pomarszczone śliwki, a sterta naczyń z poświątecznej uczty wcale znacząco nie zmalała.

– Wszystko w porządku? Hopper znów zerknął na Nastkę. Patrzyła na niego wyczekująco wielkimi oczami i stwierdził, że uśmiech znów zagościł na jego twarzy. Do diabła, nic nie mógł poradzić.

– Tak, wszystko dobrze. – Wyciągnął rękę, żeby poczochrać jej ciemną, kręconą czuprynę, ale cofnęła się, skrzywiona, przed dotknięciem pokrytych pianą palców. Hopper zaśmiał się i wziął z blatu ręcznik. Wycierając ręce, skinął głową w stronę pokoju.

– Udało ci się wywołać Mike’a? Nastka westchnęła – może odrobinę zbyt dramatycznie, pomyślał… ale przecież wszystko w niej było nowe i często stanowiło wyzwanie. Patrzył, jak wraca na kanapę i podnosi solidną bryłę nowej krótkofalówki. Podała mu ją, jakby w jakiś magiczny sposób potrafił przywołać z eteru jej przyjaciela. Patrzyli na siebie. Po chwili Nastka niecierpliwie pokiwała krótkofalówką. – Co niby mam zrobić? – Hopper zarzucił ręcznik na ramię.

– Nie działa? – Wziął urządzenie i obrócił w dłoniach. – Niemożliwe, żeby już trzeba było zmienić baterie.

– Nikogo nie ma. Nastka znów westchnęła, ramiona jej oklapły.

– A, tak, już pamiętam. – Hopper przypomniał sobie, że Mike, Dustin, Lucas i Will odwiedzali dziś swoje rodziny, cała banda pozostawała poza zasięgiem nowej krótkofalówki Nastki. Dziewczynka odebrała mu ją i zaczęła majstrować, włączając i wyłączając głośność. Po każdym obrocie gałki w głośniku rozlegała się eksplozja trzasków.

– Ostrożnie – upomniał ją Hopper. – Sprawili ci wspaniały prezent.

Skrzywił się, przypomniawszy sobie własne osiągnięcia w tej dziedzinie. „Łakome Hipcie”, gra stanowczo za dziecinna dla Nastki, co boleśnie uświadomił sobie w chwili, gdy poprzedniego dnia dziewczynka rozerwała papier prezentu, jakże mizernego w porównaniu z tym, na co zrzucili się chłopcy. Najwyraźniej jeśli chodzi o ojcostwo, zdecydowanie wyszedł z wprawy. Kupił tę grę niemal bez namysłu, bo Sara ją uwielbiała i… Ale Nastka to nie Sara. Nastka jednak nie zauważyła skrępowania Hoppera, tak bardzo skupiła się na krótkofalówce.

– Hej – zanurzył kolejny talerz – wiem, że się nudzisz, ale wierz mi, nuda to dobra rzecz.

Nastka zmarszczyła brwi.

– Nuda to dobra rzecz? Hopper odczekał chwilę z nadzieją, że zmierza we właściwą stronę ze swoją zaimprowizowaną rodzicielską mądrością.

– Jasne, że tak. Bo kiedy się nudzisz, jesteś bezpieczna. Kiedy się nudzisz, wpadasz na nowe pomysły. A pomysły to dobra rzecz. Nigdy nie ma ich dosyć.

– Pomysły są dobre – przyznała Nastka. To nie było pytanie, lecz stwierdzenie faktu. Hopper znów na nią spojrzał, niemal słyszał obracające się w jej głowie trybiki.

– Właśnie – przytaknął. – Pomysły prowadzą do pytań, a pytania też są dobre.

Wyjrzał przez okno, ukrywając przed córką nagły grymas. Pytania też są dobre? O czym on niby gadał? Sam nie wiedział, czy wypił za dużo ajerkoniaku, czy może za mało. Nastka zniknęła z kuchni. Po chwili usłyszał, jak włącza telewizor. Oglądając się przez ramię, stwierdził, że siedzi na kanapie. Choć nie sięgała odbiornika, kanały zmieniały się błyskawicznie jeden po drugim, ekran przeskakiwał od jednych różnobarwnych szumów do kolejnych.

– Hej, to pogoda. Przykro mi, przez jakiś czas nie będziemy mieli telewizji. Może chciałabyś zagrać teraz w „Łakome Hipcie”? Odpowiedziała mu tylko cisza. Znów zerknął za siebie – Nastka obróciła się na kanapie i posłała mu spojrzenie, które mógł opisać tylko jako… wyniośle poirytowane. Zaśmiał się głośno.

– Tylko proponuję. Może poczytaj książkę. Skończył zmywać i wyciągnął korek ze zlewu. Gdy woda spływała, wytarł ręce i spojrzał przez kuchenne okno. Zobaczył w nim odbicie kanapy i wciąż włączonego telewizora, ale ani śladu Nastki. Świetnie, pomyślał. Nic nie mógł poradzić na pogodę, ale może uwięzienie w domku nie okaże się takie złe. Przed świętami mieli mnóstwo zajęć, Nastka spędzała czas z przyjaciółmi, Hopper wykorzystał okazję, by trochę posiedzieć z Joyce. Najwyraźniej się trzymała i cieszyło ją jego towarzystwo. Jonathana także. Odwrócił się i podszedł do czerwonego kwadratowego stołu, ustawionego pod ścianą po drugiej stronie blatu kuchennego. Na środku leżało otwarte pudełko z grą. Zastanowił się przez moment, czy powinien pograć sam ze sobą, przysunął sobie krzesło dokładnie w chwili, gdy Nastka wyłoniła się ze swojego pokoju. Spojrzała na niego z taką powagą, aż znieruchomiał z dłonią na oparciu krzesła.

– Um… Wszystko w porządku? Przekrzywiła głowę niczym pies, nasłuchujący dźwięku wykraczającego daleko poza granicę ludzkiego słuchu. Wciąż wbijała wzrok w Hoppera.

– O co chodzi? – spytał Hopper. – Dlaczego jesteś gliną? Zamrugał i głośno wypuścił powietrze, pytanie kompletnie go zaskoczyło. Do czego ona zmierza?

– No cóż, to ciekawe pytanie. – Przeczesał włosy wilgotnymi palcami. – Mówiłeś, że pytania są dobre.

– No tak, mówiłem. I są.

– No więc? Hopper zaśmiał się i przytrzymał oparcia krzesła.

– Nie jestem do końca pewien, czy naprawdę chciałem zostać gliną – powiedział. – Po prostu w tamtym czasie uznałem, że to dobry pomysł.

– Czemu?

– No cóż – urwał, wyprostował plecy i potarł dłonią nieogolony podbródek. – Tak naprawdę nie wiedziałem, co ze sobą począć. Właśnie wróciłem z… – nie dokończył. O nie, jeszcze nie teraz. To temat na inną okazję. Machnął ręką w powietrzu. – Chciałem coś zrobić. Coś zmienić. Chyba pomagać ludziom. A że miałem doświadczenie i potrzebne umiejętności, uznałem, że mogę się przydać, więc w końcu zostałem gliną.

– I?

Hopper zmarszczył brwi.

– I co?

– Zmieniłeś coś?

– No… – Pomogłeś ludziom?

– Hej, tobie pomogłem, prawda?

Nastka uśmiechnęła się.

– Gdzie byłeś wcześniej? Hopper pokręcił głową.

– Chyba nie jesteś jeszcze gotowa na tę historię. Nagle poczuł lekki ucisk w piersi, który w połączeniu ze spożytymi resztkami ajerkoniaku sprawił, że zrobiło mu się niedobrze. Teraz to Nastka pokręciła głową.

– Pytania są dobre – powtórzyła.

Miała rację. Przyjął ją do siebie, pomógł jej, chronił, razem przeszli przez rzeczy, których ludzie nie potrafią sobie nawet wyobrazić, a teraz także pod względem prawnym stali się rodziną. A jednak pojął, że stanowi dla niej tak wielką tajemnicę, jak ona dla niego tamtej nocy w domu Joyce, po tym jak znalazł ją i chłopców na złomowisku. Nastka przekrzywiła głowę i spojrzała na niego. Wyraźnie czekała na odpowiedź. – Posłuchaj, mała, są sprawy, których nie jesteś jeszcze gotowa wysłuchać, i inne, o których nie jestem jeszcze gotów opowiadać. W skupieniu zmarszczyła brwi. Hopper odkrył, że przygląda się jej zafascynowany, zastanawiając się, dokąd teraz skieruje rozmowę.

– W Wietnamie? – spytała. Zabrzmiało to, jakby nigdy wcześniej nie wymówiła głośno tego słowa. Uniósł brew.

– W Wietnamie? Gdzie o tym słyszałaś?

Pokręciła głową.

– Czytałam.

– Czytałaś?

– Na pudełku. Pod podłogą.

– Pod podło… – Hopper się zaśmiał.

– Badałaś dom?

Przytaknęła.

– No dobrze, masz rację, wróciłem z Wietnamu. To inny kraj, bardzo daleko stąd.

Nastka przysunęła się do stołu.

– Ale – urwał – prawdę mówiąc, to nie najlepszy pomysł.

– Co? – Żebym opowiadał ci o Wietnamie.

– Czemu nie?

Hopper westchnął. To dopiero pytanie. Ale jak miał odpowiedzieć? Tak naprawdę uświadomił sobie, że nie chce rozmawiać o Wietnamie nie z powodu traumy czy osobistych demonów. Dla niego to była historia starożytna – do tego stopnia, że wydawała się częścią życia innej osoby. Choć nie zastanawiał się nad tym dłużej, wiedział, jak bardzo odciął się w umyśle od własnej przeszłości. Więc owszem, w Wietnamie było ciężko i wrócił stamtąd odmieniony – podobnie jak większość ludzi – ale nie miało to już znaczenia, nie teraz. To nie był on, nie dzisiejszy on. Ponieważ pogodził się z faktem, że jego życie tak naprawdę dzieliło się tylko na dwie części. Przed Sarą. Po Sarze. I nic innego nie miało znaczenia. Łącznie z Wietnamem. Nie był tylko pewien, jak to wyjaśnić Nastce.

– Ponieważ – oznajmił z uśmiechem – Wietnam był bardzo dawno temu. Naprawdę dawno. I nie jestem już tym człowiekiem. – Pochylił się do przodu, wsparty na łokciach. – Posłuchaj, przepraszam, rozumiem, że jesteś ciekawa, i rozumiem, że chcesz dowiedzieć się o mnie więcej. Jestem twoim… Urwał, Nastka uniosła brew, znów zadarła brodę, czekając na odpowiedź. Westchnął radośnie. – Jestem teraz twoim tatą. I owszem, niewiele o mnie wiesz. Łącznie z Wietnamem. Pewnego dnia, kiedy będziesz starsza, opowiem ci o nim.

Zmarszczyła czoło, Hopper uniósł dłoń, powstrzymując nieuniknioną ripostę.

– Po prostu musisz mi zaufać. Pewnego dnia będziesz gotowa, i ja także. Na razie jednak odpuśćmy to sobie, dobra, mała?

Nastka zacisnęła wargi, w końcu pokiwała głową.

– No dobrze – rzekł. – Słuchaj, wiem, że się nudzisz i masz pytania. To dobrze. Może zatem znajdziemy inny temat do rozmowy? Pozwól tylko, że nastawię kawę. Wstał, wrócił do kuchni i zaczął krzątać się wokół ekspresu, antyku znalezionego w jednej z szafek, który, o dziwo, zdawał się całkiem nieźle działać. Gdy zaczął napełniać zbiornik wodą, za plecami usłyszał głośny łoskot. Przy czerwonym stole Nastka ocierała o dżinsy zakurzone ręce. Na blacie stało duże pudło na akta, z boku widniały dwa słowa: NOWY JORK. Hopper nie widział tego pudła od lat, ale wiedział, co się kryje w środku. Podszedł do stołu i przyciągnął je do siebie, po czym spojrzał na Nastkę.

– Sam nie wiem… – Powiedziałeś, żebym znalazła coś innego.

– Pokazała palcem pudło.

– Coś innego. Z wyrazu jej oczu, tonu głosu wyczytał, że nie ustąpi, nie tym razem. No dobra. Nowy Jork, Nowy Jork. Hopper usiadł za stołem i spojrzał na pudło. To przynajmniej coś bliższego w czasie. Czy była na to gotowa? A czy on był gotów? Gdy Nastka zajmowała miejsce naprzeciwko, uniósł pokrywkę. W środku tkwiła zbieranina akt i dokumentów, a na niej leżała gruba brązowa teczka, obwiązana dwoma zestawami czerwonych gumek. Ach. Nie wyjmując teczki, zsunął gumki i otworzył ją. Ze środka wyjrzało na niego duże czarno-białe zdjęcie przedstawiające leżącego na łóżku trupa w białej koszuli nasiąkniętej czarną krwią. Zamknął teczkę i pudło, odchylił się na krześle i popatrzył na Nastkę.

– To nie najlepszy pomysł. – Nowy Jork.

– Posłuchaj, Nastko… I wtedy pokrywka pudełka otworzyła się sama. Hopper zamrugał, spojrzał na Nastkę, jej twarz miała stanowczy, niewzruszony, zacięty wyraz. Hopper rozluźnił szyję i ramiona. – No dobra, zgoda. Chcesz Nowego Jorku, dostaniesz Nowy Jork. Przyciągnął pudło bliżej. Tym razem nie zważając na teczkę, wydobył tkwiący pod spodem przedmiot. To była duża, biała karta w foliowej torebce, przypięta zszywaczem do pojedynczej kartki z opisem szczegółów zdarzenia. Zapatrzył się w nią – zupełnie gładką – a potem odwrócił, odginając kartkę. Na odwrocie widniał symbol narysowany ręcznie grubym czarnym tuszem: pięcioramienna gwiazda.

– Co to? Hopper uniósł wzrok. Nastka wstała i pochyliła się nad pudłem, żeby zajrzeć do środka. Odsunął je na bok i uniósł rękę.

– To tylko karta z głupiej gry – powiedział ze śmiechem, ale śmiech zamarł mu w gardle, gdy ponownie przyjrzał się symbolowi.

– Prawdę mówiąc, myślę, że byłabyś w niej świetna. Nastka usiadła, popatrzyła na Hoppera. W jej oczach ujrzał blask.

– Gra?

– Wrócimy do tego – obiecał.

Położył kartę na stole przed sobą, znów uniósł pudło i postawił na podłodze obok krzesła. Wciąż ignorując leżącą na wierzchu teczkę, wyciągnął plik dokumentów. Na wierzchu spoczywał list pochwalny od naczelnika wydziału dochodzeniowego policji nowojorskiej. Hopper odczytał datę na górze kartki: środa, dwudziesty lipca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku. Odetchnął głęboko, po czym spojrzał na Nastkę.

– Nim zostałem naczelnikiem policji w Hawkins, pracowałem w Nowym Jorku jako gliniarz, detektyw w wydziale zabójstw.

Nastka wymówiła bezdźwięcznie nieznane słowo.

– A, tak – rzekł – zabójstwo. To znaczy morderstwo.

Popatrzyła na niego zdumiona. Hopper westchnął, zastanawiając się, czy właśnie nie otworzył puszki Pandory.

– W każdym razie latem siedemdziesiątego siódmego zdarzyło się coś bardzo dziwnego…

Komentarze
Stranger Things. Ciemność nad miastem. Obowiązkowa powieść dla wszystkich fanów serialu. Mamy przedpremierowy fragment
Oceń artykuł