Lost River – recenzja

Debiut reżyserski ulubionego chłopca Hollywood wzbudzał emocje na długo przed premierą. Od dziś „Lost River” będzie można zobaczyć na polskich ekranach. Podróż, w którą zabiera nas Ryan Gosling, to wycieczka, na której już parę razy byliśmy, ale bez większego bólu można się na nią wybrać po raz kolejny. O ile nie spodziewamy się świeżych wrażeń i zadowolimy się tym, co już dobrze znamy.

Opustoszałe miasteczko z resztką mieszkańców, których terroryzuje Bully – sadystyczny socjopata, wożący się białą limuzyną i obcinający nożyczkami usta tym, którzy spróbują powiedzieć mu „nie”. Przeciwko niemu staje Bones – niewinny nastolatek, wychowywany przez samotną matkę. Obowiązkowy element, jakim jest wspierająca, podkochująca się w bohaterze dziewczyna, pojawia się w postaci czarnowłosej Rat.

o-LOST-RIVER-facebook

I tu rozpoczyna się właściwa akcja filmu, czyli szukanie sposobu na wyjście z patowej sytuacji. Wszystkie działania bohaterów przypominają zakładanie na siebie samobójczej pętli pod przykrywką uporczywych prób utrzymania się na powierzchni. Praca Billy w klubie dla wielbicieli brutalnych zabaw czy drażnienie okrutnego tyrana przez Bonesa nie wyglądają na działania specjalnie opłacalne. Odnosi się wrażenie, że powód, dla którego postaci tak wiele ryzykują, nie jest w istocie  aż tak ważny. Nie do końca właściwie wiadomo, dlaczego choć w mieście jest tak źle, do końca nie biorą pod uwagę, żeby uciec, wyjechać. Taką decyzję tłumaczyć można chyba tylko tępym uporem, inna odpowiedź się w „Lost River” bowiem nie pojawia.

Debiutowi Goslinga zarzuca się wtórność i nachalne sięganie po motywy z innych filmów. Rzeczywiście, przy kreowaniu atmosfery samotnej wyspy, jaką jest tu Detroit, widać silną inspirację Lynchem. Sceny wypełnione muzyką przenoszą nas z kolei do „Tylko Bóg wybacza”, „Drive” trzeba by się mocno doszukiwać, ale oczywiście można, jeśli ktoś ma takie życzenie. Przykłady można by mnożyć. Inspiracje te ostatecznie nie denerwują, bo opowieść łykamy bezboleśnie, choć bez zbytniej euforii.

 

tekst | Karolina Rudnik

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera