Geniusz w kanciapie – U2

Członkowie zespołu U2

Na dwudziestolecie ostatniej wielkiej płyty tego zaangażowanego, choć nieznośnego bandu z Dublina, wytwórnia oferuje jej obszerne reedycje, a „HIRO free” umieszcza dziedzictwo „Achtung baby” w kontekście historycznym. Sprawdźcie, czy znacie historię U2.

Jako gwiazda dużego formatu, przechodząca kryzys tożsamości, gdzie możesz się wybrać w poszukiwaniu nowych inspiracji? Jeśli ktoś znał lepszą odpowiedź na to pytanie niż Brian Eno, nigdy jej nie ujawnił. W paranoicznych smugach ciężkiego klimatu Zimnej Wojny, w stolicy Niemiec, punkcie geograficznej mediany politycznego spektrum Europy, David Bowie pod okiem i we współpracy z Eno nagrał większość utworów na dwie pierwsze płyty swojej „trylogii berlińskiej”, stawianym w kokainowych pyłach kamieniu milowym gitarowej nowej fali. Dokąd więc mieli się udać blisko 15 lat później szukający duchowego wykopu w zęby kolejni podopieczni Eno, jak nie do Berlina? Nawet napięcie polityczne było analogicznych rozmiarów – sam Bono wiele sobie obiecywał po atmosferze upadku Muru Berlińskiego. Wrażliwy chłopak z Irlandii najwyraźniej znalazł tam to, czego szukał. Cokolwiek to było.

U2 – historia zespołu

Na przełomie lat 80. i 90. Bono i koledzy byli już uznaną firmą zarówno w światku krytycznym, jak i fanowskim. Firmą o wysoko szybującym, ale wciąż łatwym do zjechania statusie. Dokładnie 20 lat temu znaleźli się w sytuacji, w której ich kryptostadionowe, gorliwe hymny po latach sukcesów zaliczyły solidny dół w postaci przydługiego „Rattle And Hum” – nagrywanej w połowie na żywo laurki dla konserwatywnego rocka. Zimny medialny prysznic, zgotowany bądź co bądź nie takiej znowu tragicznej płycie, musiał z ciężkim przytupem osiąść zespołowi na wątrobie, bo przerażeni nadwątleniem swojej postępowej wiarygodności, po kilku latach przerwy ponownie zwrócili się o pomoc do panów Briana Eno i Daniela Lanois, studyjnych geniuszy w sporej mierze odpowiedzialnych za sukces „The Joshua Tree”.

The Edge po spędzeniu połowy roku na słuchaniu hip-hopu i elektroniki stwierdził, że czas na międzygatunkowe eksperymenty. Bono założył okulary i powiedział, że spoko. Mullen Jr. i Clayton na początku oponowali, ale urok osobisty lidera w końcu ostudził ich reakcyjne zapędy. Panowie z sekcji rytmicznej długo przy swojej koncepcji powrotu do korzeni nie pozostali – ba, przyłożyli wręcz ręce i nogi do najbardziej porąbanych groove’ów, jakie słyszeli ich fani – chociaż poglądów nie zmienili. Sytuacja kwartetu przygotowującego się do nagrania płyty Najlepsze kasztany… mającej stanowić przewrót estetyczny rysowała się cokolwiek asymetrycznie. Może wychodząc naprzeciw niecierpliwości co młodszych czytelników od razu wyjaśnijmy, że przedsięwzięcie mimo wszystko się powiodło. Rola Eno polegała głównie na chłodzeniu artystycznych poróżnień między (uwaga!) członkami: oprócz tego, że był geniuszem, dysponował także nadludzką cierpliwością i talentem pedagogicznym, bez których być może „Achtung Baby” nigdy by się nie ukazała, bądźcie więc wdzięczni ambientowemu demiurgowi za możliwość wydania kasy rodziców na wychodzącą właśnie, obfitą reedycję słynnego wydawnictwa.

Muzyczny rozwój U2

Jeśli pierwsze takty siódmego studyjnego albumu zespołu wypełniającego całe stadiony brzmią jak niewydane fragmenty sesji Glenna Branki do „The Ascension”, wiedz, że masz do czynienia z ważnym momentem w historii muzyki rozrywkowej. Powstały na zgliszczach punka skład z Dublina po dziesięciu latach od wydania debiutu nie był już tą samą rurą do pompowania szczerego, pozytywnego logicznie przekazu w ograniczony zestaw kilku akordów. Bombastyczny idealizm zawiódł ich na „Rattle And Hum”, ale pozostali na tyle trzeźwi, żeby epickich rozmiarów refreny podpiąć pod kilka świeżych nurtów rządzących ówczesną muzyką.

Być może ich pojęcie na temat wszystkiego, co się wtedy działo w studiach nagraniowych świata, było prostolinijne i wyszyte grubymi nićmi. Być może nie bez powodu byli obiektem żartów z każdej strony. W końcu jak traktować kolesia, który karze na siebie mówić The Edge? Na szczęście dla fonografii byli też jednak geniuszami. Jeszcze w 1990 rozdzielczość gitarowych tekstur produkowanych pieczołowicie przez Edge’a mieściła się w światowej czołówce, a rozbuchany tenor Bono nigdy nie kwalifikował się jako możliwy do zignorowania. Potencjałem dysponowali od zawsze, wystarczyło tylko po raz kolejny zamknąć go w klamry, a w asyście Eno, Lanois i inżyniera wszystkich inżynierów dźwięku – Flooda – zadanie było o tyle prostsze. Brian zastępował U2 ojca, Daniel odpowiadał za soniczny supresant dla bezbarwnego banału, do jakiego drużyna od zawsze pałała sympatią, Flood natomiast eksponował metaliczny aspekt brzmienia, z którego tak słynie. Przy okazji nauczył też wszystkich producentów w przemyśle muzycznym, jak powinny brzmieć przesterowane bębny.

U2 poza granicami Dublina

Nagrywanie dokonało się po przeniesieniu taśm z Berlina do Dublina, gdzie ku kolektywnej uldze wszelkie nieporozumienia uznano za przeszłe, a miłość, dusza i rozwód Edge’a na dobre zdominowały tematykę nagranego materiału. Prawdopodobnie równie duży wpływ na stan emocjonalny Bono co matrymonialne losy przyjaciela miał wybuch wojny w Zatoce Perskiej, jednak jego wewnętrzne troski nie będą tym, za co zapamiętamy „Achtung Baby”. Wspomniane zgrzytliwe glissando gitarzysty rozpoczynające album rozwiązuje zagadkę – muzyka rozrywkowa polega przede wszystkim na opracowywaniu materiału dźwiękowego w wyspecjalizowanym studio, co U2 zdążyli zrozumieć doskonale.

Zapamiętamy ich głównie za przewrót, jaki dokonał się w kabinie – coś, co mam nadzieję historia oceni wyżej niż jakość pozamuzycznej działalności wokalisty, w pierwszym utworze („Zoo Station”) słusznie rozmytego zresztą w miksie (niesłusznie pomysł nie znalazł rozwinięcia na reszcie płyty). Może też za sejsmiczne zmiany tonacji z „Until The End Of The World”, gdzie niezręczna narracja Bono o rozmowie Jezusa z Judaszem punktowana jest przez niezmordowanego Mullena Jr. – perkusistę o ambicjach przekroczenia funkcjonalności maszyny perkusyjnej przy pomocy rąk własnych. Na pewno za morderczy funk „Mysterious Ways” – piosenki, na której zespół nauczył siebie i całe pokolenie britpopowców, jak zbudować pompatyczną progresję akordów bez niszczenia niemożliwie zajebistej, oszczędnej partii basu. Nauka zresztą była na tyle twórcza, że akordy, z których The Edge rozkminiał mostek, posłużyły do napisania hitowego „One” – kawałka o walorach propedeutycznych docenionych później przez Oasis. Podobno właśnie na tym numerze uczyli się komponować swoje hymny. Nie pozostaje nic innego, jak tylko zaopatrzyć się w którąś z reedycji, zwłaszcza że nawet te najmniej wypasione mają zawierać niezliczone minuty niewydanych wcześniej odrzutów z sesji, alternatywnych miksów i innych studyjnych ciekawostek. Za które – obok melodycznego bombastu dobudowanego do nowofalowych figur rytmicznych – wdzięczni dzisiejszym bohaterom będą jeszcze wnuki naszych wnuków.

tekst | Mateusz Jędras

Zobacz także:

Kalifornijska scena niezależna. Rodzynki w placku tortilli

Komentarze
Rate this post