Kalifornijska scena niezależna. Rodzynki w placku tortilli

Zespół The Moonhearts

Przed wami krótka lista niezależnych artystów grających w stanie, którego mieszkańcy nienawidzą podatków i mają praktycznie wolny dostęp do medycznej marihuany. W tej wyliczance skupiamy się głównie na twórcach wydających płyty w skromniejszych nakładach i grających dla mniejszych publiczności. Pomijamy także przedstawicieli kalifornijskiej sceny psych-rockowej, takich jak Wooden Shjips czy Residual Echoes, oraz znanych w naszym kraju Sic Alps i Comets On Fire. należy bowiem pamiętać, że stolicą Kalifornii jest Sacramento, a nie L.A. ani San Francisco.

Scena niezależna – artyści

Monty Buckles – wbrew pozorom nie jest to pseudonim artystyczny. Buckles to facet zarabiający nagrywaniem teledysków hip-hopowych (nakręcił też klipy Pissed Jeans, Be Your Own Pet i Wounded Lion), w wolnych chwilach asystuje przy produkowaniu płyt zaprzyjaźnionych muzyków (patrz: Lars Finberg) i grywa w bardzo dzikim zespole Lamps. Trio to wydało dotąd trzy płyty (jeśli wliczyć w to debiutancką dziesięciocalówkę) i jest prawdopodobnie najlepszym obecnie zespołem inspirowanym brzmieniem Swell Maps – proste i prymitywnie melodyjne piosenki zalane masami przesteru.

Tim Cohen – jeden z najpłodniejszych twórców kalifornijskiego psychpopu. Podliczając wszystkie jego płyty i single, można odnieść wrażenie, że facet praktycznie codziennie nagrywa jeden kawałek. Od roku 2009 ukazały się: trzy albumy i jedna EP -ka solowego materiału Cohena, trzy LP , jedna dwunastocalowa EP -ka i dwanaście (!) siedmiocalówek zespołu o nazwie The Fresh & Onlys, któremu Cohen lideruje. Podobnie jak w przypadku dorobku Intelligence, próżno tu szukać perfekcyjnie ułożonych albumów – wszystkie wydawnictwa sprawiają wrażenie pośpiesznie nagrywanych kompilacji aktualnych kawałków. Jest to częstym zarzutem ciskanym w stronę muzyka, ale z drugiej strony jest to bezpośrednie nawiązanie do epoki singli nagrywanych i wydawanych hurtowo. Zresztą kawałki pokroju „Come Dance With Me” z debiutanckiej siódemki The Fresh & Onlys wynagradzają wszelkie inne wypełniacze.

Mikal Cronin – basista The Moonhearts (wcześniej znanych jako Charlie & The Moonhearts), fanstastycznego zespołu złożonego z trzech chłystków (w momencie wydania debiutanckiej siedmiocalówki chłopaki mieli 18 i 19 lat) grających surf-punk. Należy zaraz nadmienić, że punk ów nie ma nic wspólnego z wątpliwej jakości wytworami wydawnictw Epitaph i tym podobnych. The Moonhearts grają porządny, głośny lo-fi punk z surferskimi wokalami. Ich jedyny jak dotąd LP , wydany nakładem Tic Tac Totally, jest lekturą obowiązkową każdego, komu zaimponował drugi album Wavves. Przy czym tutaj zamiast niezwykle kontrowersyjnych występów na niezwykle niezależnych festiwalach otrzymujemy bardzo dojrzały cover klasycznego „I Can Go On” The Riots.

John Dwyer – przeszczepieniec ze Wschodniego Wybrzeża (Providence, Rhode Island). Grywał wcześniej w głośnych zespołach: Burmese, Coachwhips, Landed, Yikes!. Znalazł się też na chwilę w składzie The Hospitals (patrz: Adam Stonehouse). Pod koniec lat 90. przeprowadził się do San Francisco, tam kontynuował głośne granie (poprzez twórczość Pink & Brown), aż do rozpoczęcia projektu o nazwie OC S, czyli Orinoka Crash Suite. Początkowo nagrywając domowymi metodami Dwyer wydał cztery płyty (kasety) z solowymi eksploracjami akustyczno-noise’owymi. W czasie gdy powstawał album piąty i szósty (kolejno „Cool Death Of Island Raiders” i „Sucks Blood”) do składu dołączył Kelley Stoltz oraz Brigid Dawson na dodatkowych wokalach. Stoltz zniknął po albumie nr 5, a Dawson została na dłużej. Niedługo później zespół przemianowano na The OhSees, a później Thee Oh Sees. Od roku 2008 i albumu „The Master’s Bedroom Is Worth Spending A Night In” Thee Oh Sees stało się machiną wydającą średnio dwa LP rocznie. Trzeba przyznać, że OCS mają stosunkowo niewielu fanów wszystkich albumów. Część straciła zainteresowanie po odejściu od eksperymentalności najwcześniejszych płyt Dwyera, część (tak jak i niżej podpisany) najlepiej wspomina „Sucks Blood”. Ostatnią grupą są fani głośniejszych, nowszych albumów. Jest to też, z niewiadomych powodów, grupa najmłodsza wiekowo. Dwyer prowadzi także label Castle Face. Jego sumptem ukazały się m.in. debiut Ty Segalla, drugi album Bare Wires i kompilacja singli Oh Sees.

Lars Finberg – przez kilka lat grał na perkusji w A Frames, mieszkał wtedy w Seattle. Po odejściu z zespołu wrócił do rodzinnego Los Angeles, gdzie przekształcił założony wcześniej solowy projekt Intelligence w pełnoprawny zespół. W jego ramach wydał sześć albumów, których ewolucja brzmieniowa prowadzi od mantrycznych kawałków granych na syntezatorach Casio do albumu nagranego na żywo w studiu przy asyście Chrisa Woodhouse’a. Wszystkie albumy Intelligence są warte polecenia z różnorakich powodów, ale żadnym z nich nie jest dobór materiału, wszystkie są nierówne. Obecnie Finberg grywa i śpiewa w duecie z Susanną Welbourne pod szyldem Puberty. Ich pierwszy singiel wydany sumptem kanadyjskiego labelu Telephone Explosion brzmi jak połączenie A Frames i późniejszego okresu Oh Sees.

Hank IV – zespół założony przez weteranów kalifornijskiej sceny niezależnej, grający punk dla ludzi po czterdziestce. Trzon składu wcześniej tworzył projekt o nazwie Resineators (kilka singli i album w labelu Siltbreeze), natomiast wokalista zaczynał jako krzykacz w KBD-punkowym Bum Kon (vide: niedawna reedycja ich jedynego LP „Drunken Sex Sucks”). Hank IV jest w głównej mierze bestią sceniczną – większość fanów twierdzi, że albumy wypadają słabiej niż koncerty. Drugi winyl – „Refuge In Genre” – jest prawdopodobnie najlepszy. Wieńczący ten album kawałek „Diamond Cutter” jest praktycznie podręcznikowym przykładem półtoraminutowego kawałka na dwie gitary i hymniczny macho-punkowy tekst.

Larry Hardy – założyciel labelu In The Red, kultowego pośród fanów ciężkiej garażówki. ITR powstał w roku 1990, kiedy sceną garażową rządziły wydawnictwa labeli Sympathy For The Record Industry i Crypt. Hardy przetrwał załamanie „rynku” w końcu lat 90., sięgając po młodsze zespoły wychodzące poza dość sztywne ramy garażówki w kierunku noise’u: Intelligence, Lamps, Hunches, Hospitals. Do dziś dysponuje znakomitymi umiejętnościami wychwytywania ciekawych zespołów (UV Race, Tyvek). Należy też nadmienić, że In The Red było domem wszechmocnych Cheater Slicks oraz pierwszym labelem, w którym ukazał się genialny „Blood Visions” Jaya Reatarda.

Nothing People – najlepszy zespół, którego nigdy nie słyszeliście. Reprezentanci Oakland. Nothing People bardzo rzadko udzielają wywiadów, praktycznie nigdy nie jeżdżą w trasy koncertowe. Członkowie zespołu podpisują się jako a0, b0 i c0, okładki ich albumów zdobi napis: Recorded in the middle of nowhere. Dość powiedzieć, że jest to słyszalne: głównymi inspiracjami NP jest twórczość Twinkeyz, Chrome i innych gwiazd niewidocznych scen wydających niesłyszalne albumy. Jak może brzmieć bardzo niezależny zespół inpirowany bardzo niezależnymi zespołami? Masa analogowych syntezatorów, gitary przepuszczane przez stare kostki efektowe i post-punkowy bas. Plus antymelodyjne wokale. Ich drugi LP („Late Night”) jest winylowym arcydziełem zeszłego dziesięciolecia. Perfekcyjny od pierwszego uderzenia perkusji „When I Drink” do kończącego całość tytułowego coveru piosenki Syda Baretta. Od albumu „Soft Crash” do składu zespołu na stałe dołączył klawiszowiec legendarnego Monoshock. W tym roku ma ukazać się czwarty LP zespołu. W oczekiwaniu nań Scott Soriano wydał wznowienie „Late Night” na CD. Kupno tegoż jest zdecydowanie jednym z najlepszych obecnie sposobów, w jaki można wydać 10 dolarów.

Sakura Saunders i Scott Soriano – mieszkańcy Sacramento, ludzie odpowiedzialni za założenie S.S. Records. Motywacją dla nadania labelowi takiej nazwy nie były powody ideologiczne, ale inicjały założycieli (co zresztą Soriano lubi podkreślać). Wytwórnia w założeniu miała co miesiąc wydawać reedycje mało znanych kalifornijskich zespołów. Już w rok od rozpoczęcia przedsięwzięcia w labelu Soriano zaczęły ukazywać się długogrające winyle zespołów francuskich i meksykańskich. Obecnie S.S. jest, obok Siltbreeze, jednym z najważniejszych amerykańskich labeli prezentujących awangardę okołojankeską. Wydawnictwa zagraniczne Soriano czerpie z Europy: Francji, Niemiec, Belgii. SS Records jest pod tym względem labelem wyjątkowym, albowiem nawet Tom Lax reprezentujący pokrewny stylistycznie Siltbreeze sięga nie dalej niż po wydawnictwa nowozelandzkie.

Ty Segall – wcześniej młodociany perkusista Traditional Fools, później młodzian uskuteczniający prostą garażówkę, obecnie popularny artysta solowy bezskutecznie próbujący być Beatlesami. A mówiąc poważnie: Segall jest powszechnie lubiany i trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę prostotę i lekkość jego wcześniejszego materiału. Imponująca jest także jego rozpiętość stylistyczna: młodzian potrafi wydać kilka garażowych skakadeł-krzyczadeł, limitowany winyl zawierający covery T.Rex i cover „Bullet Proof Nothing” Simply Saucer w przeciągu kilku miesięcy. Niestety, po znakomitym, nagranym przy współpracy kolegów z Sic Alps LP „Melted” Segall opuścił label Goner na rzecz Drag City, gdzie wydał nieudany „Goodbye Bread”. Na szczęście nagrywa i publikuje na tyle szybko, by tę wpadkę fanom wynagrodzić.

Sonny Smith – mieszkaniec San Francisco, założyciel Sonny & The Sunsets. Sunsets to bardziej projekt niż zespół, rotacja w składzie jest tam absolutną normą (ze Smithem grają lub grali m.in. Kelley Stoltz i Tim Cohen). Smith reprezentuje art-hipisowskie tradycje San Francisco – nagrywa miliony spokojnych, lekkich piosenek okraszonych jego miłym śpiewem. Żeby jednak nie było to zupełnie nudne, Sonny Smith ima się innych dziedzin sztuki – jest wziętym twórcą komiksowym (kopie rysowanych bibuł były dołączane do niektórych siedmiocalówek The Sunsets) oraz bierze udział w projekcie 100 Records. Zamysł projektu przypomina „Doskonałą próżnię” Lema – jest nim wystawa stu okładek nieistniejących singli nagranych przez nieistniejących artystów. Co ciekawe, Smith po stworzeniu okładek rozpoczął mozolne nagrywanie wszystkich wymyślonych kompozycji pod pseudonimami. Ukazały się dotąd dwie kompilacje wspomnianych nagrań. Polecam zwłaszcza piosenki okraszone narracją niejakiego Hanka Championa.

Adam Stonehouse – założyciel Sic Alps, jego obsesja związana z analogowym noise’em pozwoliła mu na nagranie jednego albumu z jego zespołem. Po odejściu zeń Stonehouse założył The Hospitals, gdzie uskuteczniał hałas przez trzy albumy. The Hospitals od samego początku był kolektywem złożonym z różnorakich indywidualistów liderujących innym zespołom (John Dwyer z Thee Oh Sees, Chris Gunn z The Hunches). Częste rotacje składu i wzrastająca w postępie geometrycznym obsesyjność dźwiękowa (porównajcie brzmienie debiutu z „I’ve Visited The Island Of Jocks And Jazz”) doprowadziły Stonehouse’a na skraj szaleństwa. Zamiast leczenia muzyk wybrał drogę trudniejszą i rozpoczął mozolne, trwające niemal dwa lata nagrywanie swego opus magnum pt. „Hairdryer Peace”. Nie znalazłszy wytwórni skłonnej do wydania gotowego dzieła, zdecydował się na dystrybuowanie go własnym sumptem. „Hairdryer” jest dla czasów obecnych tym, czym dla lat 90. był „Twin Infinitives” – tworem niezwykle nieczytelnym, balansującym na krawędzi arcydzieła i triumfu stylu nad treścią. Tak czy inaczej, jest to płyta niesamowita. The Hospitals przestali istnieć w roku 2009, od tej pory ukazała się jeszcze ultralimitowana kaseta „Wastered Rest In Peace” (200 kopii), zbierająca różnorakie odpryski studyjne i kilka kawałków zagranych na żywo. Stonehouse nie wspomina nic o jakichkolwiek próbach reaktywacji projektu.

 

Chris Woodhouse – półlegendarny producent, współtwórca brzmienia (i sukcesu) A Frames. Woodhouse jest kalifornijskim odpowiednikiem Steve’a Albiniego, z tym że nie da się go zatrudnić do nagrania czegokolwiek. Woodhouse zgłasza się do zespołu z propozycją tylko wtedy, gdy wcześniej spodoba mu się jego brzmienie. W jego dorobku producenckim znajdują się płyty Oh Sees, Intelligence, Duchess Of Saigon i wspomnianych A Frames. Niemałą legendą owiane są też zespoły, w których Woodhouse grywał na gitarze. Poczynając od spazz-noise’u w Karate Party, przez power-pop FM Knives, aż po potężnych Mayyors. Ten ostatni projekt wydał trzy ultralimitowane EP-ki, po czym przestał istnieć. Dwunastocalowa płyta „Deads”, ostatnia spośród wspomnianych trzech, jest arcydziełem ciężkiej muzyki. Na świecie istnieje tylko osiemset kopii winyla, przy czym okładki pierwszych czterystu zostały przybrudzone błotem i losowym śmieciem znalezionym nieopodal domu Woodhouse’a.

Wounded Lion – kolektyw złożony z czterech (w porywach sześciu) facetów grających zamiennie na wszystkich instrumentach. Wśród owych facetów: Monty Buckles, znany jako lider Lamps, oraz Brad Eberhard, niemniej znany malarz z San Francisco. Muzycy piszą zupełnie niepoważne piosenki na standardowe post-punkowe aranże. Na jednym z singli grali cover Creedence Clearwater Revival, by skontrować to piosenką o muppetach i znanym z „Gwiezdnych Wojen” systemie Dagobah. Być może to właśnie poetyka sprawia, że zespół najczęściej rozmija się z oczekiwaniami i wymaganiami recenzentów.

 

tekst | Marek J. Sawicki

 

Zobacz też: Kanon muzyki niezależnej i analogowe brzmienie, czyli Joy Division na winylach

Kanon muzyki niezależnej i analogowe brzmienie, czyli Joy Division na winylach

Komentarze
Rate this post