Dlaczego warto przyjaźnić się z grupowym loserem?

Mężczyzna w czerwonym swetrze trzyma małą karteczkę

W każdym gronie znajdzie się ta jedna osoba, która wzięła się nie wiadomo skąd. Jest wśród znajomych, ale równie dobrze pewnie mogłoby jej nie być. Umila innym czas jedynie tym, że można z niej pożartować lub zaproponować spotkanie, kiedy nie ma już komu. Została ochrzczona mianem grupowego losera i często godzi się z tym, że po prostu nim jest.

Znajomości mają to do siebie, że nigdy nie wiadomo co z nich wyjdzie. Osoba, którą dopiero co poznajesz, za kilka miesięcy może stać się twoim najlepszym przyjacielem, miłością życia albo kompanem do picia shotów na mieście. Może równie dobrze zniknąć po dwóch tygodniach. Wtedy słuch po niej na zawsze ginie, a mózg skutecznie pozbywa się jej z pamięci. Co jeśli ta nowo poznana osoba, zupełnie nieświadomie, zostanie grupowym loserem? Wtedy z braku laku wpuszczasz ją do swojego życia, bo ktoś taki zawsze się przyda. A potem nagle przez przypadek orientujesz się, że kumpel z którego można cisnąć bekę to prawdziwy skarb, a nie utrapienie.

Grupa dziewczyn na szkolnej stołówce

Świat jest pełen loserów. W szczególności tych grupowych. W wielu filmach przejawia się ten sam motyw – paczka znajomych, a wśród nich ten jeden, z pozoru nieszczęśliwy wybraniec, któremu wszyscy dokuczają. Śmieją się właściwie ze wszystkiego. Z tego, co ostatnio zrobił, co powiedział, jak się ubrał albo po prostu z tego jaki jest. Ale jest coś, co wyróżnia go spośród pozostałych kumpli. Bierze wszystko na klatę, nie obraża się o chamskie docinki i śmieje się razem z tobą. Czasem coś tam powie, czasem zwróci uwagę, że tekst o tym, że jest frajerem wcale nie był fajny. Ale zawsze będzie obok, nawet jeśli go nie zauważysz.

Nikt nie chce być frajerem w grupie, ale czasami tak po prostu wychodzi, że nim się zostaje. Bez pytania. Takim frajerem był Sid Jenkis z brytyjskiego serialu Skins, Sam z Misfits czy Jonah Hill w filmie 21 Jump Street. Wszyscy panowie dawali sobie wejść na głowę, ale w dalszym ciągu łączyła ich silna więź ze swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Pewnie zadajecie sobie pytanie po co komuś taki kumpel? Bo dobrze mieć kumpla, z pozoru losera, w swoim życiu.

Dwójka mężczyzn leżąca na łóżku obok siebie

To zawsze on jest chętny do wyjścia, kiedy nie masz już z kim spędzić czasu. Nieważne czy zadzwonisz nad ranem, czy po północy. Dla niego liczy się przede wszystkim sam fakt, że może wyjść z domu i spędzić czas ze swoim najlepszym przyjacielem. Ma pójść do baru, którego nie lubi? Pójdzie. Nie lubi domówek, ale dostał propozycję wyjścia od swojego kumpla? Nie ma problemu. Wyjdzie, nawet jeśli miałby pójść tylko po to, aby dotrzymać towarzystwa przez piętnaście minut. Po drugie, nigdy nie obrazi się za chamskie docinki – nawet jeśli jest rudy i słyszy ciągle, że to dlatego nie ma przyjaciół. Ba, prawdopodobnie jeszcze się ucieszy i stwierdzi, że to najśmieszniejsza rzecz, jaką ostatnio usłyszał. Dodatkowo nie raz sam podsunie temat do śmiania się z niego, bo albo ma dystans do siebie, albo lubi po prostu umilić ci dzień.

 Grupa przyjaciół stojąca przy barze

Kiedy wrzucasz coś na Facebooka on zawsze czuwa i jest pierwszym, który polajkuje post, jak bardzo głupi by nie był. Kumpel, który z pozoru jest loserem, pomoże przyjacielowi poderwać dziewczynę, która mu się podoba, nawet jeśli miałby potem pluć sobie w brodę. Zgadza się ze wszystkim, co się mówi i trzyma swoje problemy w ukryciu, żeby nie zawracać nikomu głowy. Ale kiedy trzeba to jest na miejscu. To on wysłucha, doradzi i pomoże. Prawdopodobnie zrobiłby wszystko, co tylko może, jeśli chodzi o jego przyjaciół.

Czy więc słuszne jest nazywać osoby, które tak się zachowują, loserami? Bądź co bądź, to właśnie one okazują się koniec końców jedynymi osobami na których można polegać. Czy warto przyjaźnić się z grupowym loserem? Warto. Bo ten loser to prawdziwy kumpel, a nie nieudacznik, który ot tak zniknie z twojego życia.

Tekst: Olga Retko

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera