Bovska: Prowokacje bywają potrzebne

Szturmem wdarła się na polską scenę muzyczną. Szersza publiczność usłyszała o niej, kiedy ruszył serial TVN-u „Druga szansa”. Singlowy „Kaktus” Bovskiej znalazł się w czołówce produkcji. I od razu wzbudził zainteresowanie. Dziś artystka ma za sobą występy m.in. na festiwalach w Opolu i Orange Warsaw Festival. W rozmowie z HIRO opowiada o procesie tworzenia, łączeniu dwóch równoległych pasji oraz wizualnej warstwie muzyki.

Publiczność miała okazję zobaczyć Cię podczas koncertu opolskich Debiutów. Jak wspominasz to wydarzenie?

Myślę o nim jako o fajnym doświadczeniu telewizyjnego show. Co prawda miałam już takie przy okazji konferencji stacji TVN, ale jednak wystąpienie na scenie tego legendarnego amfiteatru to było coś.

W ten sam weekend wystąpiłaś na Orange Warsaw Festival. Co jest dla Ciebie ważniejsze: scena, na której grasz, czy ludzie, do których docierasz?

Trudno porównywać te dwie sytuacje. W Opolu nie grałam koncertu jako takiego. Oczywiście z perspektywy publiczności jest to koncert, ale w moim osobistym odczuciu, występ z jednym utworem to sytuacja nietypowa i zaskakująco bardziej stresująca. To jak patrzy na ciebie widz przed telewizorem, różni się od tego, jak odbierają cię ludzie w amfiteatrze. Oni sami decydują, co obserwują, w TV rozstrzygają o tym operator i reżyser. Natomiast występ na Orange Festivalu był wyjątkowy i pięknie zrealizowany, jeśli chodzi o światło. Dodatkowo grałam na scenie w namiocie, co tworzyło intymną atmosferę. Do tej pory była to największa scena, na której występowaliśmy, także pod względem warunków i profesjonalizmu w realizacji.

Przy okazji tego występu napisałaś na swoim profilu na FB, że spełniasz marzenie. Miałaś na myśli pojawienie się na tym konkretnym festiwalu czy występ na tak dużej imprezie?

Zarówno Orange, jak i Opener są festiwalami, o których się marzy. W dodatku występ na tent stage robi wrażenie. Chodziło mi o tego rodzaju festiwale, ich charakter; o to, że ludzie przychodzą naprawdę słuchać. Nie ma osób z przypadku, jest klimat, którzy tworzą ludzie fascynujący się muzyką. Podoba mi się też oczywiście możliwość spotkania się z innymi artystami, którzy również występują tego dnia na scenie, zobaczenia tego wydarzenia od kulis. To taka muzyczna Mekka.

Z Twoją muzyką silnie zintegrowana jest warstwa wizualna. Kolory, barwy, stroje – to wszystko składa się na całość występu. Czy muzyka Bovskiej bez obrazu istnieje samodzielnie, czy dostrzegasz integralność obu sfer?

Moim zdaniem wizual jest dzisiaj nieodzownym elementem i zawsze łączy się bezpośrednio z muzyką. Gdy słuchasz płyty, część obrazkowa nie istnieje, bo przecież nie widzisz muzyki. Najlepiej jednak zapamiętujesz to, co po prostu widzisz na YouTubie. Muzyka musi być łączona z obrazem. U nas koncerty nie są jeszcze tak mocno rozbudowane, jeśli mowa o scenografii i jest jeszcze dużo do zrobienia ze światłem, więc generalnie sporo przed nami.

Współcześnie znamy przypadki, kiedy warstwa wizualna staje się najważniejsza, a artyści nierzadko bywają – często nieświadomie – przebrani za kogoś, kim nie są.

Jest subtelna granica miedzy ubraniem się a przebraniem. I to szczególnie na scenie, na której oczywiście można sobie pozwolić na więcej, ale w normalnym życiu też trzeba na to uważać. Rzeczywiście obserwujemy przesyt bogactwa na scenie, ale sądzę, że to było od zawsze. Są nawet gatunki muzyki, w których przebranie określało przynależność do danej subkultury, czy pozwało na identyfikację z danym nurtem. Mamy z tym do czynienia chociażby w death metalu. Każdy powinien sobie radzić najlepiej jak potrafi i jak czuje. Z drugiej strony, dbanie o wizerunek sceniczny jest dziś pewnego rodzaju obowiązkiem artysty. Chociaż niestety nie każdy ma zmysł estetyczny czy umiejętności graficzne. Myślę jednak, że obecnie jest tyle narzędzi dla amatorów, że każdy może próbować sensownie ogarnąć sprawę.

Promocję, wywiady, prowadzenie profilów na kanałach społecznościowych traktujesz jako smutną konieczność czy lubisz te obowiązki?

Możliwość bezpośredniego kontaktu z odbiorcą twojej muzyki jest błogosławieństwem. To ważne, aby móc rozmawiać wprost, mówić do kogoś po imieniu, żeby ktoś mógł do ciebie po prostu napisać. Radykalnie zmienia się w tej sytuacji perspektywa odbiorcy, ale też i artysty. Nie musisz od razu po koncercie mówić tego, co myślisz. Masz szansę wrócić do domu, przemyśleć i dopiero ubrać w słowa. Oczywiście nie każdy artysta musi odbierać tę możliwość pozytywnie, ale ja ją tak odbieram. Lubię te obowiązki. Wywiady zresztą też, ale rozumiem narzekających, bo cała ta aktywność może stanowić obciążenie. Sama czasami czuję ciężar z tego wynikający, bo rzeczywiście zajmowanie się tym zabiera mnóstwo czasu. Dlatego ważne, żeby wszystko dozować sobie w odpowiednich proporcjach.

Jesteś podwójnym magistrem. Tytuły zdobyłaś na Akademii Sztuk Pięknych i Uniwersytecie Muzycznym. Gdybyś musiała wybrać między słuchem a wzrokiem, to… ?

Gdybym potrafiła, pewnie już bym wybrała. Nie jestem w stanie na to odpowiedzieć, nie chce sobie takiego wyboru wyobrażać. Myślę, że w moim życiu jest tak, że jak jest za mało muzyki, to tworzy się dziura w czasoprzestrzeni. Rysowanie natomiast jest dla mnie tak naturalną czynnością, że nie wiem jak miałabym to odseparować od siebie samej. Zamiast zapisywać, rysuję. A wyobrażasz sobie życie bez liter i słów?

Słuchasz muzyki, kiedy rysujesz?

Tak, ale chyba włączam ją świadomie. Jak mam coś w głowie, to ona podbija nastrój, który chcę uzyskać. Nie determinuje na pewno tego, co rysuję – chyba, że robię okładkę płyty. Wtedy muzyka ma większe znaczenie. Ten mój konflikt wewnętrzny posiadania dwóch zainteresowań od zawsze powodował, że szukałam artystów, którzy łączyli obie dziedziny sztuki. Zawsze interesowało mnie, jak oni podchodzili do tematu. Byli zarówno tacy, którzy spajali te dwa światy, jak i tacy, u których funkcjonowały one oddzielnie. Kiedyś na uczelni organizowałam festiwal. Polegał na łączeniu muzyki z plastyką i improwizacji na żywo. Wtedy zobaczyłam, że takie rzeczy mają skończone możliwości formalnie i rzadko są rozwojowe, bo są na siłę. Któreś zawsze pozostaje w służbie drugiego lub jest jakoś ograniczone. Harmonię da się uzyskać w przypadku projektowania płyty, ale potem i tak ocenia się tę płytę w kategorii estetycznej, graficznej, projektowej. Okładka jest obiektem plastycznym, oddzielnym bytem – mimo że z muzyką związanym i jej towarzyszącym. Gdybym miała potrzebę łączenia rysowania z muzyką cały czas, z pewnością bym oszalała. Tego nie da się zrobić.

kobieta w kapeluszu

Artyści, których kariera nabiera tempa, nie mogą przestać myśleć o tym co jeszcze chcą osiągnąć. Jak jest z Tobą?

Myślę o tym, jak moje projekty rozwijać i co jeszcze zrobić. To oczywiste. Ale też staram się cieszyć tym, co mam, a ledwo nadążam za tym, co się teraz dzieje. Jakoś muszę to przerobić wewnętrznie. Owszem myślę już o kolejnych piosenkach, chciałabym znów być w studiu i nagrywać, ale wszystko po kolei.

Sama nie wiedziałaś do końca jak nazwać gatunek muzyczny, w jakim się poruszasz. Myślisz, że wpisujesz się w obecnie panującą muzyczną modę?

Lubię muzykę, która wymyka się kategoriom i takiej słucham. Interesują mnie nowe zestawienia, chociaż nic nowego w muzyce i sztuce już nie ma, bo wszystko już było. Ale można jeszcze uzyskać świeżość w brzmieniach i dlatego wszystko wraca. Są mody na różne gatunki. Przemijają falami albo przeplatają ze sobą jak sinusoida. I są artyści, którzy bardziej lub mniej się w to wpisują.

Uważasz, że dobra piosenka, bez względu na trendy ma szansę się obronić, czy klimat artystyczny decyduje o tym, czy się przyjmie?

Wartościowa muzyka zawsze może się obronić – taka, która ma na siebie pomysł. Brzmienia się zmieniają, starzeją, ale moda jest modą, a dobra piosenka po prostu zostaje. Jest mnóstwo dobrych piosenek w fatalnych aranżach i na odwrót. Muzyka to przede wszystkim brzmienie. Piosenka to forma specyficzna, gdzie wszystko musi się zgadzać. Są jeszcze słowa, ich znaczenie. Ja nigdy nie przypuszczałam, że muzyka tak mocno wpisze się w moje życie. Nie sądziłam, że trafię do tak szerokiego grona odbiorców.

Za pomocą piosenki można wręcz manipulować ludźmi. Myślałaś kiedykolwiek o takim traktowaniu swojej muzyki?

Myślę, że to mądre pytanie, bo ważne, aby ponosić odpowiedzialność za swoje słowo. Tym bardziej, jeśli jest odtwarzane po wielokroć. Artyści dzielą się na uprawiających sztukę krytyczną, związaną ze zjawiskami społeczno-politycznymi i takich, którzy skupiają się na kategoriach uniwersalnych, łączących się z pytaniem kim jestem i czego szukam. Bardziej interesuje mnie człowiek jako taki, a nie zjawiska socjologiczne. Aczkolwiek podziwiam artystów manifestujących na scenie. Sama nie mam takiej potrzeby, ale cieszę się, że są tacy, którzy wiedzą, że głos jest pożyteczny, że to element dyskusji publicznej. Jestem nawet za prowokacjami, one też bywają potrzebne.

Powiedziałaś, że nic nowego w muzyce zrobić nie można. To nienaturalny pogląd wśród muzyków. Co z nowymi technologiami, które wciąż rozwijają muzykę?

Absolutnie zgadzam się, że nowe technologie zmieniają muzykę. Tak samo, jak zmieniają modę i sztuki wizualne. Dają nowe środki wyrazu, których wcześniej nie było. Ale jest jakaś harmonia i rytm, jest tabu, które przełamaliśmy już w każdy możliwym temacie. Jeśli szukać nowych form brzmienia w muzyce, to wszystko już przerobiliśmy.

Jest jeszcze muzyka eksperymentalna. Gdzie Ty stawiasz granicę? Kiedy coś przestaje być dla Ciebie muzyką?

Nie mam granicy. Nie rozstrzygam, że coś jeszcze jest muzyką, a coś już nie. Uważam, że te eksperymenty w muzyce są bardzo potrzebne. Potrzebny jest free jazz i muzyka współczesna w najbardziej ekstremalnych formach. Dopóki jest odbiorca, jest też sens. Wierzę, że są tacy, którzy to lubią. Ja może kocham to mniej, ale bywają eksperymenty, które i mnie się podobają. Problem z tą muzyką polega też często na nazewnictwie. Bo gdzie zaczyna się eksperyment? Dla każdego ta granica jest gdzie indziej. Czy to jest muzyka poważna czy rozrywkowa, czy współczesna, czy nowoczesna. Czy to jeszcze pop czy może nie? Rozróżnienie w nazewnictwie i kategoryzacji jest ogromne, a muzyka jest przecież tylko jedna.

Dużo musiałaś poświęcić dla muzyki?

Z pewnością wiele relacji towarzyskich. Byłam w liceum ogólnokształcącym i muzycznym jednocześnie. Dwie szkoły dla tak młodego człowieka to było dużo.

Miałaś poczucie straty, czy myślałaś o korzyściach, jakie edukacja może Ci przynieść w przyszłości?

To był moment kryzysowy. Dla młodego człowieka wybitnie trudny. Z jednej strony robi to, co lubi, ale z drugiej uświadamia sobie, że to nie jego droga, albo jest już tak daleko, że nie może tego zostawić, albo chce już tylko tworzyć muzykę, a musi jeszcze uczyć się tych wszystkich ogólnokształcących rzeczy. Miałam taki czas, że zastanawiałam się kim jestem i co chciałabym robić. Nie skupiałam się na korzyściach, a bardziej na swoich ambicjach i przyjemnościach. Chciałam grać i to stanowiło treść mojego życia. Żałowałam, że nie mam więcej czasu na gadanie z koleżankami. Teraz wiem, że wszystko jest do poukładania.

A teraz jak odpowiesz na pytanie kim jesteś i co robisz?

Jestem człowiekiem, który wierzy w określone wartości. Na Erasmusie zdałam sobie sprawę, że mogłabym jechać na koniec świata i pewnie byłabym tym samym człowiekiem. Czuję się ukształtowana. Oczywiście podlegam ciągłym zmianom i popełniam błędy, ale nie zadaję sobie pytań i bardzo mi z tym dobrze. Chcę być fair w stosunku do innych. Mam w sobie wdzięczność za to, co mnie spotyka i wiarę, bo Bóg jest dla mnie ważny. Tak więc mogłabym nie robić muzyki i nie rysować. Pewnie moje życie byłoby smutne, ale ważne jest też to, jaka jestem, a nie, co robię.

Jaka nie jest Twoja muzyka?

Nie jest nieprzemyślana, nie jest agresywna i nie jest bez znaczenia. Nie jest też banalna!

rozmawiała | Justyna Czarna

zdjęcia  | Łukasz Murgrabia

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera