19-latek zmuszony do terapii leczącej z homoseksualizmu. Premierowy fragment powieści „Wymazać siebie”

Dwóch chłopaków leżących na łóżku

Z jednej strony dyskryminacja obłudy systemu terapeutycznego, z drugiej opowieść o miłości i seksualności. Czym tak naprawdę była terapia konwersyjna? I czy w ogóle upokarzanie, stygmatyzację i wyrzekanie się siebie oraz swojej seksualności można nazwać terapią?

Powieść Wymazać siebie, na podstawie której powstał film o tym samym tytule (światowa premiera odbyła się 1 września 2018), właśnie trafiła na półki polskich księgarni pod szyldem wydawnictwa Poradnia K.

Książka ta to wspomnienia 19-letniego Garrarda, który pod naciskiem rodziców poddaje się terapii konwersyjnej, która ma go „uleczyć” z homoseksualizmu. Film, który powstał na podstawie bestsellerowej książki, w reżyserii Joela Edgertona z gwiazdorską obsadą: Nicole Kidman, Russellem Crowe’em oraz Lucasem Hedgesem jest poważnym kandydatem do Oscarów.

Wymazać siebie to historia młodego chłopaka, syna fundamentalistycznego pastora w małym miasteczku w Arkansas, który dokonuje coming-outu przed rodzicami. Ci, przekonani, że homoseksualizm to ciężki grzech i nałóg, stawiają mu ultimatum – albo podda się terapii konwersyjnej i wyjdzie z nałogu, albo straci rodzinę, przyjaciół i zostanie wykluczony ze wspólnoty kościelnej.

Z okazji premiery książki, mamy dla Was specjalny, premierowy fragment powieści!

PONIEDZIAŁEK, 7 LIPCA 2004

John Smid, wysoki mężczyzna o kwadratowych ramionach, stał z twarzą promieniejącą zza okularów w cienkiej drucianej oprawce, odziany w spodnie khaki i zapinaną na guziki koszulę – w stroju, który stał się uniformem ewangelikanów w całej Ameryce. Pod koszulą rysowały się lamówki podkoszulki; siwiejące blond włosy przycięto golarką z ostrzem numer pięć, popularnym narzędziem w sieci męskich salonów fryzjerskich Sport Clips na Południu. Reszta z nas siedziała w półkolu, przodem do niego, wszyscy ubrani zgodnie z zasadami opisanymi w naszym liczącym dwieście siedemdziesiąt cztery strony podręczniku.

Mężczyźni: zawsze obowiązkowa koszula, nawet do snu. Zakazane jest noszenie podkoszulek bez rękawów, także pod koszulą; podobnie nie można zakładać podkoszulek „siłownianych” oraz na ramiączkach. Golenie twarzy obowiązkowe przez siedem dni w tygodniu. Baczki nie dłuższe niż do czubka ucha. Kobiety: obowiązkowy biustonosz, nie podczas snu. Spódnica co najmniej do kolan lub dłuższa. Podkoszulki na ramiączkach dopuszczalne jedynie pod bluzką. Golenie nóg i pach obowiązkowe co najmniej dwa razy w tygodniu.

– Pierwsza rzecz, jaką musicie zrobić, to przyznać, że jesteście uzależnieni od seksu, od czegoś, co nie pochodzi od Boga – powiedział Smid. Właśnie uczyliśmy się Kroku Pierwszego z programu Dwunastu Kroków, opracowanego przez Love in Action. Ten zestaw zasad zrównywał takie grzechy jak: niewierność, zoofilia, pedofilia oraz homoseksualizm z uzależnieniami takimi jak: alkoholizm lub kompulsywny hazard. Program stanowił coś w rodzaju grupy Anonimowych Alkoholików dla osób dotkniętych jak to określali terapeuci, „dewiacją seksualną”. Siedząc w biurze sam na sam ze Smidem zaledwie kilka godzin wcześniej, miałem do czynienia z kompletnie innym człowiekiem: skłonnym do żartów klaunem w średnim wieku, zdolnym do każdego wariactwa, byle tylko mnie rozśmieszyć.

Traktował mnie jak dziecko, a ja, zaledwie dziewiętnastoletni, musiałem pogodzić się z tą rolą. Smid powiedział mi, że trafiłem we właściwe miejsce, że Love in Action mnie uleczy, podniesie z grzesznego upadku i wyprowadzi w światło boskiej chwały. Blask w jego biurze zdawał się świadczyć na korzyść tej tezy; ściany pomieszczenia były gołe, z wyjątkiem kilku oprawionych w ramki wycinków z gazet oraz haftowanych wersetów z Biblii. Za oknem widać było puste pole – rzadki widok w okolicy podzielonej na podmiejskie parcele budowlane; nieużytek, pełen dzikich, nieokiełznanych traw i poznaczony tu i ówdzie neonowożółtymi mleczami oraz tysiącami siwych głów dmuchawców, których puchate nasiona do końca tygodnia miały przefrunąć na drugą stronę autostrady.

– Staramy się stosować połączenie różnych metod terapeutycznych – zapewniał mnie Smid, obracając się na biurowym fotelu twarzą w stronę okna. W oddali pomarańczowe słońce wspinało się powoli po bielonych ścianach zamglonych budynków. Czekałem, aż światło słońca się rozleje, ale im dłużej czekałem, tym dłużej wydawało się to trwać.

Zastanawiałem się, jak też działa w tym miejscu czas: czy minuty trwają tyle, co godziny, godziny tyle, co dni, dni tyle, co tygodnie? – Kiedy tylko przyłączysz się do grupy, znajdziesz się na drodze do wyzdrowienia – powiedział Smid. – Istotne jest, by zachować otwartość umysłu. Mimo mego narastającego sceptycyzmu i skrywanego pragnienia, by uciec od wstydu, jaki czułem od momentu, gdy moi rodzice dowiedzieli się, że jestem gejem – byłem tam z własnej woli.

Zbyt wiele zainwestowałem w życie, jakie miałem do tej pory – w rodzinę oraz w coraz bardziej niewyraźnego Boga, którego znałem od niemowlęctwa – by po prostu to wszystko porzucić. Boże – modliłem się, wychodząc z biura i zmierzając wąskim korytarzem, nad którym migotały zawieszone na metalowym stelażu jarzeniówki, do głównego pomieszczenia – nie wiem już, kim jesteś, ale proszę, daj mi mądrość, by to wszystko przetrwać. Kilka godzin później, siedząc pośrodku kręgu Smida, czekałem, aż Bóg przyłączy się do mnie. – Nie jesteście ani gorsi, ani lepsi od innych grzeszników tego świata – rzekł Smid. Ręce miał skrzyżowane za plecami, całe ciało napięte, jakby był przywiązany do niewidzialnej deski. – Bóg widzi wszelkie grzechy jednakowo. Pokiwałem głową, wraz ze mną inni.

Teraz już przywykłem do terminologii eksgejowskiej, chociaż za pierwszym razem byłem w szoku, wyczytawszy na stronie internetowej tej placówki, że homoseksualizm, który przez większość swojego życia próbowałem ignorować, jest „nie do okiełznania” i jak nic doprowadzi mnie do zabawiania się z czy psem, jeśli się z niego nie wyleczę. Jakkolwiek z dzisiejszej perspektywy ta idea wydaje się niedorzeczna, wtedy nie miałem nic innego, na czym mógłbym się oprzeć.

Byłem na tyle młody, że miałem niewiele doświadczeń z innymi mężczyznami – albo raczej płytkie. Zanim poszedłem na studia, znałem zaledwie jednego otwarcie homoseksualnego mężczyznę, fryzjera mojej matki. Ten misiowaty facet spędzał większość czasu, dopasowując się do – jak to postrzegałem – stereotypu: komplementował mój wygląd, obgadywał znajomych z pracy albo dyskutował o planach na kolejne fantastyczne przyjęcie gwiazdkowe; jego niepokalanie biała broda była stosownie ufryzowana do roli Świętego Mikołaja Świntuszka.

Pozostałego repertuaru mojej bigoterii nauczyłem się z pantomimy: z prześmiewczych gestów członków mojego Kościoła, jak wiotkie nadgarstki i przesadne wygibasy; z afektowanych fraz, szybujących od naturalnej wymowy w musicalową przesadę, jak „Och, doprawdy”; z kościelnych petycji, domagających się chronienia naszego kraju przed „zboczeńcami”. To, co zdołałem zobaczyć w telewizji – kawałki neonowego trykotu, szeleszczące boa z piór, zgrabny tyłek skierowany wprost na kamerę – udowadniało tylko, że bycie gejem było czymś nienaturalnym i dziwacznym. – Musicie uświadomić sobie jeden fundamentalny fakt – mówił Smid, a jego głos rozbrzmiewał tak blisko, że prawie czułem go w piersi. – Posługujecie się seksualnym grzechem, by zapełnić pustkę we własnym życiu – pustkę, która ma kształt Boga. Byłem tu. Nikt mi nie mógł zarzucić, że się nie staram.

Główne pomieszczenie było niewielkie i oświetlone halogenami; zasuwane drzwi otwierały się na zalany wściekłym słońcem betonowy ganek. Nasza grupa zasiadała na pokrytych tapicerką składanych krzesłach, stojących z przodu pomieszczenia. Na ścianach za nami wisiały laminowane tablice z Dwunastoma Krokami, obiecującymi powolne, ale pewne wyleczenie. Poza tym ściany były w zasadzie puste. Żadnych krucyfiksów ani stacji Drogi Krzyżowej. Tutaj ikonografia tego rodzaju uchodziła za bałwochwalstwo, podobnie jak astrologia, gra Dungeons and Dragons, religie Wschodu, tabliczki spirytystyczne, satanizm oraz joga. W LIA odrzucenie świata świeckiego było o wiele bardziej ekstremalne niż w Kościołach, na łonie których się wychowywałem, chociaż sposób rozumowania instruktorów LIA nie był mi kompletnie obcy.

W obrębie fundamentalistycznego odłamu chrześcijaństwa, znanego jako Kościół Chrześcijan Baptystów, wyznanie, do którego należała moja rodzina – byli baptystami misjonarzami – zabraniano wszystkiego, co mogło odwodzić duszę od bezpośredniej komunikacji z Bogiem i Biblią. Pośród ponad setki odłamów, kwalifikowanych jako baptyści, ciągle trwały dyskusje na temat tego, na co powinno pozwalać się wiernym; w niektórych Kościołach kwestie te traktowano z większą powagą niż inne, a zagadnienia takie jak etyczny aspekt tańca czy potencjalne pułapki świeckiej literatury ciągle budziły kontrowersje. – Harry Potter to tylko uwodziciel dziecięcych dusz – powiedział raz baptystyczny kaznodzieja w kościele moich rodziców. Nie ulegało wątpliwości, że moi instruktorzy z LIA będą unikać jakiejkolwiek wzmianki o Harrym Potterze, iż czas, jaki spędzałem w Hogwarcie, pozostanie moją słodką tajemnicą, oraz że przybywając tutaj, zawarłem z Bogiem jeszcze poważniejsze przymierze, które będzie wymagało ode mnie odwrócenia się niemal od wszystkiego co znałem przed przybyciem do LIA.

Zanim wszedłem do pokoju grupowego, nakazano mi wyrzucić wszystko z wyjątkiem Biblii i organizacyjnego podręcznika. Ponieważ większość klienteli LIA wyrosła pod wpływem takiego prostolinijnego protestantyzmu oraz desperacko pragnęła się wyleczyć, surowe zasady proklamowane przez terapeutów spotkały się z niejakim poklaskiem. Pozbawione ozdób ściany placówki wydawały się stosowne do miejsca, które miało być poczekalnią, gdzie oczekiwać będziemy Bożego rozgrzeszenia.

Zakazana była tu nawet muzyka poważna – jak mówiono: „Beethoven, Bach i tak dalej to nie jest chrześcijańska muzyka” – toteż podczas naszego porannego „czasu refleksji” nad pomieszczeniem zalegała gęsta cisza, która wsączała się w codzienne zajęcia i sprawiała, że atmosfera była jeśli nie świątobliwa, to przynajmniej nie świecka.

W tyle pomieszczenia przeznaczonego do nauki stał regał pełen inspirującej literatury oraz wielki stos Biblii; znaleźć można na nim było również dziesiątki świadectw skutecznie wyleczonych eksgejów. „Powoli przyszło ozdrowienie” – czytałem tego poranka, przesuwając z piskiem palec po błyszczącym papierze. „Zacząłem leczyć się z chorobliwej nieumiejętności nawiązywania przyjaźni z mężczyznami, jeśli w grę nie wchodził seks. Zacząłem dowiadywać się, kim naprawdę jestem, odrzucać fałszywą tożsamość, którą stworzyłem dla siebie, by być akceptowanym”. Spędziłem kilka ostatnich miesięcy, próbując wymazać moją „fałszywą tożsamość”. Pewnego zimowego dnia wyszedłem z akademika i wskoczyłem do na wpół zamarzniętego stawu na terenie kampusu. Wstrząsany dreszczami, powędrowałem z powrotem do akademika w kłapiących, nasiąkniętych wodą butach, czując się, jakbym powtórnie przyjął chrzest.

Stojąc potem pod gorącym prysznicem i, zaszokowany, rejestrując jak przez mgłę przeszywające gorąco wody na zmartwiałej skórze, przyglądałem się kropli spływającej po krawędzi główki prysznica. Panie – modliłem się – uczyń mnie równie czystym, jak ta kropla. Podczas pobytu w Love in Action powtarzałem tę modlitwę, aż stała się niemal mantrą. Panie, uczyń mnie tak czystym.

Książka jest dostępna do kupienia tutaj.

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera