Piotr Zioła: „Teraz już wiem, że dziś wciąż nie jestem dorosły”

Blondyn w skórzanej kurtce z czarnym psem oparty o drabinkę

Dawno nie było na polskiej scenie muzycznej takiego głosu. Z jednej strony brzmi jak z ulubionej, winylowej płyty – jest głęboki i nieco trzeszczący, z drugiej: otula miękko swoją barwą. Piotr Zioła przyznaje, że mimo charyzmy na scenie, na co dzień nie mówi zbyt wiele. Równocześnie uważa jednak, że nie ma nic cenniejszego od rozmowy. Rozmawiamy więc – o wszystkim, co złożyło się na jego debiut i co go kształtuje. 

Nawet ktoś, kto nie zna Twojej muzyki, łatwo  pozna, że jesteś zafascynowany latami 50. i 60. Skąd u Ciebie takie zainteresowanie tymi czasami?

Wynika to przede wszystkim z atmosfery, jaka panowała w moim domu rodzinnym. Dorastałem na przedmieściach Opola. Mój ojciec – gitarzysta basowy – zaadaptował naszą piwnicę na amatorskie studio nagrań i salę prób. Tam właśnie spotykał się ze swoimi zespołami i relaksował się przy starych brzmieniach. Rodzice uwielbiają Beatlesów, szczególnie Lennona. Podobno ich fani dzielą się na dwie grupy: jedni lubią McCartneya, a drudzy Lennona.

A Ty w której jesteś grupie?

Amy Winehouse.

Amy miała na Ciebie duży wpływ?

Zdecydowanie. To ona ukształtowała w dużej mierze moją świadomość muzyczną. Jej twórczość poznałem dawno temu i pamiętam, że od początku rozgrzała moje serce. Postanowiłem wtedy, że pójdę w jej ślady. Przesłuchałem tonę albumów sprzed pięćdziesięciu lat. Na swojej płycie chwytam się również tego złotego okresu. Chciałem zbudować pomost, między tym, co było dawniej, a tym, co jest teraz.

Mężczyzna leży na stoliku
Co więcej, na „Revolving Door” pojawił się zadedykowany jej utwór.

To jest dla mnie jeden z bardziej osobistych utworów na płycie. Wydawało mi się oczywistym, że muszę złożyć jej hołd. Wiesz, Maria Peszek też napisała tekst o Amy. Dość turpistyczny, pełen mocnych zestawień słów. Byłem na jej koncercie i słyszałem tłum, który w euforii krzyczał „Amy padlina, Amy ściera ścierwo szmata” i to było dla mnie za dużo. Ten jest zupełnie inny. Napisany ze strony fana, który utracił jakąś kształtującą go cząstkę.

Masz naprawdę dobrych tekściarzy na swojej płycie. „Amy” stworzyłeś z Karoliną Kozak, ale są też Kamil Durski, Radek Łukasiewicz i Gaba Kulka. Jaki był klucz wyboru tych osób?

Z Karoliną, zanim jeszcze się właściwie poznaliśmy, nawiązałem kontakt mailowy. Podesłałem jej kilka kawałków i zapytałem, co myśli. Później zacząłem pracę nad płytą z Marcinem Borsem, który wcześniej wyprodukował płytę Gaby Kulki i to on zaprosił ją do wspólnego tworzenia. Na początek w formie chórków, po jakimś czasie zaczęła grać na instrumentach klawiszowych i pisać teksty. Kamila poznałem dzięki Karolinie. Między nami jest najmniejsza różnica wieku i od razu świetnie się dogadywaliśmy. Słychać to również w tekstach, są bardziej młodzieżowe, łączą poezję z ulicą. Jeśli chodzi o Radka, to zawsze ceniłem Pustki i bardzo się cieszę, że dołączył do osób tworzących ten album. Mój cel był jeden. Chciałem zawsze pozostawać sobą w cudzych tekstach.

Jest trochę rodzinnie, bo na płycie pojawił się też Twój ojciec.

Zbierając materiał na debiutancki album, mieszkałem jeszcze z rodzicami w Opolu. W tamtym okresie często zasiadałem z tatą przy gitarze i spontanicznie zaczynaliśmy komponować. Często zdarzało się, że doznawałem chwilowego olśnienia i nagrywałem szkic na dyktafon w telefonie, żeby nie zapomnieć, a potem wspólnie układaliśmy do tego akordy. Zaprosiłem tatę również do nagrań na płycie.

Jak się czujesz po przeprowadzce do Warszawy? On został w Opolu, Ty jesteś tutaj. 

Teraz, gdy pępowina została odcięta, mam w Warszawie swój zespół, a żaden jego członek nie jest ze mną spokrewniony. Uważam, że tak jest bardziej komfortowo. Mogę pozwolić sobie na odrobinę luzu, a nawet zapalić papierosa.

Na okładce swego albumu jesteś z papierosem, chyba musiał to jakoś znieść.

Tak, palę papierosa (śmiech). Na początku rodzice zniechęcali mnie co do wyboru zdjęcia, ale ostatecznie wszyscy już się oswoili. W dniu premiery płyty otrzymałem zdjęcia od rodziny z symbolicznym papierosem w ustach, z pozą stylizowaną na tę z okładki. Warto dodać, że wszyscy są niepalący. To było bardzo zabawne!

Co Ci się najbardziej podoba w koncertach? 

Głównie to, że mam możliwość bezpośredniego skonfrontowania materiału z publicznością. Obserwuję jak stopniowo zmieniają się ich twarze. Po koncercie zamieniamy dwa słowa, czasem więcej. To jest dla mnie wspaniały moment, kiedy widzę się ze słuchaczami. Nie ma nic cenniejszego od rozmowy.

W dzisiejszych czasach chyba rzadko się zdarza, że ludzie podchodzą porozmawiać. Większość robi zdjęcie, od biedy weźmie podpis i na tym się kończy.

Racja, ale ja zawsze staram się zagadać i chociaż zwyczajnie zapytać: „Hej, skąd jesteście?”. Skoro oni mi zadają pytania, to czemu ja nie miałbym im? Chcę, żeby ta rozmowa się rozwijała. Oczywiście, są takie momenty, których nie przeskoczysz – ktoś, tak jak mówisz, zrobi sobie zdjęcie i pójdzie, ale są też osoby, którym zależy na konwersacji. I cieszę się, gdy tak się dzieje. Dla mnie to też nie jest łatwe, bo po koncercie jestem zmęczony i chciałbym się wyciszyć, ale zostaję z nimi porozmawiać i po takim spotkaniu czuję się naprawdę spełniony.

A najbardziej niesamowity jest właśnie ten moment, gdy fani pochodzą z płytą i proszą o podpis. Zdarza mi się to od niedawna i zupełnie sobie tego nie wyobrażałem. To bardzo przyjemne uczucie – ktoś poszedł do sklepu, kupił płytę, jeszcze przyszedł na koncert i zabiega o dedykację, a do tego można z nim porozmawiać. Totalny luksus.

Mężczyzna ubrany na czarno siedzi przy stoliku

Jak doszło do duetu z Natalią Przybysz?

To jest dość zabawna historia. Razem z Marcinem długo myśleliśmy nad tym, jaki głos powinien partnerować mi na „Revolving Door”, ale nic nam nie przychodziło do głowy. Traf chciał, że w tym samym czasie we Wrocławiu swój koncert grała właśnie Natalia. Wspólny znajomy zaprosił nas na występ. W chwili, w której zapisywał mój numer telefoniczny, okazało się, że jego trzy pierwsze cyfry są takie same, jak w przypadku numeru Natalii. Uznaliśmy to za znak i stwierdziliśmy, że to właśnie z nią powinniśmy coś nagrać. Zgodziła się.

Pamiętam, że pierwsze podejście było bardzo zachowawcze. Marcin zauważył to i powiedział: „Słuchajcie, musicie po prostu dobrze zjeść”. Tak też zrobiliśmy. Po powrocie z obiadu, udało nam się zarejestrować tę właściwą wersję „Zapalników”.

A jaki jest Twój najbardziej wymarzony duet?

Skrycie chciałbym nagrać coś z Brittany Howard z Alabama Shakes, ale myślę, że nawet gdybym miał taką możliwość, to bym się nie odważył. Taki wokal zdarza się naprawdę rzadko i to jest niedościgniony poziom.

Jest to klimat dość zbliżony do tego, co obecnie robisz, ale masz przecież na swoim koncie też współpracę elektroniczną – z Justyną Święs i Rysami.

Poznaliśmy się wszyscy na zeszłorocznym Spring Breaku w Poznaniu. Szybko się zakumplowaliśmy i pojawił się pomysł, że może powinniśmy spróbować coś razem nagrać. To były jednak dość luźne rozmowy i wtedy wydawało mi się to bardzo odległe. Wróciłem do Warszawy i jakieś dwa tygodnie później dostaję telefon od Justyny: „Słuchaj, nagrywamy tę piosenkę. Wpadniesz?”. Zdziwiony odpowiadam jej: „Ale kiedy?”, na co ona: „Teraz!”. Ciekawie to współbrzmiało – mój niski wokal w zestawieniu z eterycznym, syrenim zaśpiewem Justyny, plus elektroniczne brzmienie, z którym wydawało mi się, że nigdy nie będę miał do czynienia. Wszedłem w to bez wahania.

Miałeś wcześniej styczność z muzyką elektroniczną?

Niekoniecznie. Ten moment uświadomił mi, że ograniczałem się do konkretnego kierunku. Moi znajomi śmieją się do dzisiaj, że prawie wszyscy artyści, których słucham, już dawno nie żyją. Tymczasem przekonałem się, że dobrze jest się otworzyć na coś nowego. Podczas festiwalu Tauron Nowa Muzyka, na którym występowaliśmy z Rysami, miałem możliwość poznania pełnej gamy zespołów elektronicznych. Zachwyciłem się Kiasmos do tego stopnia, że poszedłem na ich koncert drugi raz, już w Warszawie. Na Weekenderze z kolei poznałem Kindness – coś wspaniałego. Nigdy nie sądziłem, że w elektronice mogą być ukryte takie emocje.

Jest ich też sporo w Twojej twórczości. Głównie samotność.  

Samotność wynika z okresu, który przypadał na ostatnią klasę liceum. Wtedy skomponowałem większość piosenek. Zadawałem sobie wiele pytań. Masz dziewiętnaście lat, ale ciągle mieszkasz z rodzicami. Teraz trzeba wybrać studia, odłączyć się, przeprowadzić. Bardzo łatwo można się pogubić. Dużo osób chce czegoś od ciebie, ale ty sam nie wiesz, czego chcesz. Wymagasz dojrzałości, ale mimo to jesteś jeszcze dzieckiem. Teraz już wiem, że dziś wciąż nie jestem dorosły. Na szczęście to o wiele dłuższy proces niż zdmuchnięcie osiemnastu świeczek na torcie.

Okladka winyla Piotra Zioly

Piotr Zioła – pomimo młodego wieku zaskakuje dojrzałym wokalem, nieprzeciętną wrażliwością i stylem. Bardzo szybko zdobywa uznanie w środowisku muzycznym. Mocno inspirują go lata 50. i 60. Głos Piotrka można usłyszeć w piosence „Przyjmij brak” zespołu Rysy. W utworze gościnnie wystąpił razem z Justyną Święs z zespołu The Dumplings. Na płycie gościnnie wystąpiła Natalia Przybysz. Dziś ma miejsce premiera winylowego wydania jego debiutanckiego albumu zatytułowanego „Revolving Door”.

Rozmawiała: Aleksandra Zawadzka
Zdjęcia: Zuza Krajewska/ Warner Music Poland

Komentarze
Piotr Zioła: „Teraz już wiem, że dziś wciąż nie jestem dorosły”
4.3 (86.67%) 3