Nie jest prawdą, że dopalacze nie istniały wcześniej. Historia krótkiego romansu Polski z „legalnymi narkotykami”

Mężczyzna patrzący na białą substację leżącą na stole

Narkotyki to zło. Raz spróbujesz i po tobie. Lęki, depresje, halucynacje. Na koniec kryminał. Nie wchodź do biblioteki, trzymaj się z daleka od klubów, unikaj kontaktu wzrokowego z chłopakami na osiedlu! Chyba że już rąbiesz cztery dychy dziennie, nie miewasz po tym zawrotów głowy i wciąż masz na to siano. Wtedy powinieneś być najszczęśliwszym z ludzi…

Zarówno chęć skosztowania zakazanego owocu, jak i potrzeba wprowadzenia swej świadomości w odmienny stan (często wychodzi na to samo, prawda?) towarzyszą człowiekowi od zarania dziejów. Archeologia narkomanii istnieje, a jakże, ale najłatwiej prześledzić ostatnie pół wieku, przykładając obyczaj ćpania do popkulturowego wzornika.

W latach 60. odurzanie się nawet trudno nazwać ćpaniem. Z dzisiejszej perspektywy wszystko wygląda równie niewinne co beatlesowska fantazja o Lucy na niebie z diamentami (pierwszy – zakamuflowany – hołd dla LSD; po dwóch latach od nagrania Lucy in the Sky with Diamonds McCartney przyznał się do zażywania psychodelika, Lennon ciągle zaprzeczał) i marihuanowy dymek spowijający hipisowskie skupiska festiwalowe, z farmą Maxa Yasgura na czele.

Lata 70. to hard rock, hard drugs. Nikt już nie chce być miły, porządny i grzeczny. Liczy się destrukcja i chaos. Zawrotną karierę robi heroina. W latach 80. nawet grzeczne gwiazdy popu były niegrzeczne, ale o tym dowiedzieliśmy się w następnej dekadzie. Mrok, złość i zapomnienie. Totalne upodlenie w najgorszym i najniższym wydaniu. Lata 90. to rozwój muzyki klubowej i popu. Rock odchodzi w zapomnienie wraz z Kurtem Cobainem, rodzina Osbourne’ów sprzedaje się MTV, a Courtney Love wraz z Whitney Houston kursują między imprezami a odwykami. Zmiana klimatu to kolejna zmiana substancji. Kokaina dzięki wstawiennictwu Kate Moss ugruntowuje swoją pozycję królowej wśród narkotyków imprezowych. Ale modne stają się również tabletki, kwasy i amfetamina, brane nie tylko przez klubowiczów, których nie stać na koks, ale też przez przeciętnych studentów kierunków ścisłych, którzy ściskają swój mózg, by zaliczać kolejne egzaminy. Oczywiście na piątki.

Lata dwutysięczne to totalny harmider. Wszystko byle jakie, panuje totalna apatia i znużenie wszystkimi i wszystkim. Pojawia się metaamfetamina, która kusi pomarańczową barwą, ale odstrasza skutkami zażywania. W sobotnie i niedzielne poranki zombie wychodzą ze swoich ulubionych klubów, chowają się za ciemnymi okularami i wracają do domu, by samotnie przeżyć zejście. W tym czasie Amy Winehouse wciąga kolejną kreskę kokainy, rzucając butelką po whiskey w swojego ukochanego, Charlie Sheen uprawia seks z nieznaną grupką osób, a Lindsay Lohan znika gdzieś w łazience z pijaną Paris Hilton i łysą Britney Spears.

MTV pokazuje rozpieszczone szesnastolatki dostające na urodziny Ferrari, wychodzi kolejna seria Skins, gdzie koks, sperma i krew dozowane są w niepokojąco dużych ilościach, a najbardziej ćpuńskie kluby robią serie imprez dla licealistów. Jakby tego było mało, nauczyciele chemii w liceum – jak główny bohater Breaking Bad – gotują po godzinach metę, za pomagierów mając swoich byłych uczniów! Świat się kończy, nadeszła Apokalipsa, którą musimy przeżyć. Ale tak na trzeźwo?

Wszystko już było – pisze Jakub Żulczyk w swojej powieści Radio Armageddon. I w takich czasach przyszło nam żyć. Znudzone gwiazdy, zblazowana młodzież, zużyte miejsca, substancje i ludzie. Wszyscy ze zmęczeniem wciągają kolejną kreskę z osobnikami, których nawet nie lubią, lecz nie widzą innej drogi. Bo z kim się bawić? Co z kim wciągać? Wszyscy mają takie same reakcje na te same substancje. Weekend toczy się własnym, nudnym trybem: bifor, klub, after. W tle muzyka, którą już nikt się nie przejmuje, bo nie jest do niczego potrzebna.

I nagle pojawia się coś nowego, marzenie każdego porządnego narkomana. Pojawiają się sklepy z narkotykami! Rosną jak grzyby po deszczu, po krótkim czasie są na rogu każdej ulicy. Niemożliwe staje się możliwym. Można już bez problemu wejść do eleganckiego sklepu, po konsultacji ze sprzedawcą wybrać sobie pakuneczek, wyjść i spokojnie na środku ulicy zapalić odpowiednik marihuany czy wciągnąć odpowiednik speeda.

Nie jest prawdą, że dopalacze nie istniały wcześniej. Istniały od dawien dawna w postaci ogólnodostępnych leków (kto nie słyszał o Acodinie czy Tussipeccie?), różnorakich klejów i środków chemicznych, których skład bez problemu można odnaleźć w sieci. Dla chcącego nic trudnego.

Media tworzące rzeczywistość w Polsce nigdy nie doceniły zagrożenia płynącego z apteki czy sklepu z klejami. W końcu gimnazjaliści kupujący butapren to zupełnie normalna sprawa… Zagrożenie odkryto dopiero wówczas, gdy na każdym rogu ulicy pojawiły się sklepy, w których dostawaliśmy gotowe produkty z cynicznym napisem: Produkt kolekcjonerski. Kolekcjonerami została duża część społeczeństwa ze wszystkich warstw społecznych. Gimnazjalista, licealista, student, magister prawa i pani z warzywniaka – wszyscy mogli legalnie spotkać się i oddać wspólnej, w pełni legalnej przyjemności. Nie dziwi więc fakt, że na stronie dopalacze. com, którą pewnie niejeden gimnazjalista miał za stronę startową, zapalono cztery miliony świeczek. 10% rodaków przeżegnało się po utracie produktów, które miały szansę odebrać berło uzależnień alkoholowi, naturalnemu sprzymierzeńcowi każdego prawdziwego Polaka.

Każdy z klientów smart shopów miał swoją ulubioną substancję. W Polsce chyba największym hitem został mefedron, który ciągle nie skończył swojej kariery wśród niegrzecznej młodzieży. Ta sól do kąpieli, pod jaką to nazwą sprzedawano mef, była znakomitym zamiennikiem nudnych już wówczas amfetaminy czy ecstasy. Co lepsze, miała krótszy czas działania i można było po niej normalnie iść spać, co nie zawsze udawało się po amfie. Dzieciaki mogły więc na luzie wciągnąć w dzień parę kresek, dostać lekkiego odlotu, po południu odrobić lekcje, a wieczorem bezpiecznie zasnąć pod okiem troskliwych rodziców.

Czy dopalacze to narkotyki idealne? Legalne, ładnie zapakowane, mające krótsze i uboższe działanie od innych narkotyków, lecz zapewniające oczekiwany odlot. Ich problem polega na tym, że są na tyle świeżym produktem, że nie znamy ich działań niepożądanych. Nie wiemy, które substancje jak wpływają na ośrodki mózgowe czy nerwowe, które silnie uzależniają, a które szpecą po latach (jak to się okazało z metaamfetaminą). Narkomani-wyjadacze zwykli cynicznie powtarzać mantrę Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii, że tylko słabi gracze biorą dopalacze. Choć w ustach osób biorących nie-dopalacze brzmi to niczym wyjęte z czarnej komedii, to jednak coś jest na rzeczy. W końcu sam król dopalaczy, Dawid Bratko, w jednym z wywiadów stwierdził: Dopalacze kupują debile.

Nie jest prawdą, że dopalacze zniknęły. Przeszły zwyczajnie do drugiego obiegu i można cały czas kupić je w portalach na zagranicznych serwerach, a co popularniejsze smakołyki u dilera. Zażywanie dopalaczy stało się w oczach młodych ludzi bardziej elitarne, gdyż jest zwyczajnie zakazane. Zaraz po hucznym zamknięciu wszystkich sklepów kolekcjonerskich w Polsce robiły wrażenie przynoszone na imprezy zbiory, zapasy na gorsze czasy. Następowało odkupywanie, na substancjach bogaciły się kolejne osoby i interes kwitł dalej, choć oczywiście nielegalnie i po cichu, więc nie przedostał się już do głównego nurtu mediów, gdzie dominuje przekonanie, że wraz z zakazem problem znikł.

Jak Polska wyszła z krótkiego romansu z legalnymi narkotykami? Według mnie obronną ręką. Ci, co chcieli spróbować, spróbowali. Ci, co chcieli brać, brali. Ci, co nadal chcą brać, biorą. Nie ma skutecznego systemu zakazów, który mógłby powstrzymać ludzi przed zażywaniem nielegalnych substancji, które zawsze będą w obrocie. Dopóki jest popyt, będzie i podaż. W dobie błyskawicznego przepływu informacji nie ma szans ukrócić sprzedaży narkotyków.

Mefedron, Tajfun, mieszanki ziołowe, które okazywały się wcale nie takie naturalne, party pills i inne wynalazki można cały czas dostać na terenie kraju. Jak nie drogą internetową, to u kolegi klatkę obok czy klasę wyżej. Problem dopalaczy polega na tym, że przyzwyczaiły one dużą część społeczeństwa do łatwego dostępu do wybranych produktów. O ile kiedyś wiązało się to z ryzykiem, tajemnicą i pewnym wysiłkiem, o tyle teraz wystarczy pięć minut w sieci lub jedna rozmowa telefoniczna. Większość społeczeństwa jest zwyczajnie nieprzygotowana na takie ułatwienia, co kończy się później gimnazjalistami na odwyku. Dziećmi, którym nie przyszłoby do głowy spróbować narkotyków, a teraz normalnym dla nich jest, że są one dostępne tak jak coca-cola. Skoro są dostępne, to dlaczego by ich nie spróbować? Zwłaszcza że wszystkie znaki dookoła mówią, że ćpanie jest cool, a sexy jest bohaterka jednego z telewizyjnych seriali, Cassie, która półprzytomnym głosem mówi: Wow, it’s lovely.

Mając za przykłady seriale typu Skins, Misfits, Weeds i Breaking Bad, a za idoli Ke$hę czy Lady Gagę pozostaje tylko edukacja i wiara, że następne pokolenia nie będą głupsze od poprzednich. Od zawsze kolejne pokolenie młodzieży zwiastuje koniec świata swoim nieodpowiedzialnym, pozbawionym fantazji i zdrowego rozsądku zachowaniem (kto z nas tego nie słyszał…?), więc wstrzymajmy się z lamentami na tę współczesną, zupełnie inną młodzież, gdyż po niej przyjdzie jeszcze kolejna, i jeszcze kolejna. A świat, jeśli nie zaufamy Majom, nie zawali się od bucha trawki. Jeśli miałoby tak się stać, to żylibyśmy od tysięcy lat w istnym Armageddonie…

Tekst: Patryk Chilewicz

Komentarze
Nie jest prawdą, że dopalacze nie istniały wcześniej. Historia krótkiego romansu Polski z „legalnymi narkotykami”
Oceń artykuł