Kilka powodów, dla których każdy z nas powinien przynajmniej raz w życiu odwiedzić Australię

Zdjęcie przedstawiające mapę Sydney i globus z Australią

Kiedy po wyjściu z lotniska po raz pierwszy odetchnęłam powietrzem przepełnionym zapachem eukaliptusa, mięty, słodkich kwiatów i rześkich cytrusów, które jest jednocześnie suche, rozgrzane upałem i wilgotne od bryzy znad oceanu, zakochałam się w Australii bez pamięci. Dlatego nic, co tu przeczytacie, nie będzie ani obiektywne, ani pozbawione entuzjazmu.

Moje postrzeganie świata zostało wywrócone do góry nogami. Po pierwsze wszyst­ko zaczęłam robić wolniej. Do tego stopnia, że rzadko kiedy udało mi się za pierwszym ra­zem odebrać dzwoniący tele­fon. Przestałam przychodzić przed czasem, bo i tak zawsze musiałam czekać… na stolik w restauracji, pokój w hotelu, odbiór biletów, taksówkę. Zrozumiałam, dlaczego 80% moich australijskich przyjaciół spóźnia się minimum kwadrans. Wreszcie, stałam się niepoprawną optymistką! Zwrot how beautiful powtarzany przy każdej okazji, nawet wówczas, gdy chciałoby się raczej przekląć, wciąż dźwięczy mi w uszach.

Uciekł ci tramwaj? To super, bo masz czas na kawę.

Delfin w wodzie

Ta australijska radość z życia niecierpliwego Europejczyka może doprowadzić do szału. Dlatego na wszelki wypadek szybko pogodziłam się z tym, że kupując bilet do muzeum, muszę opowiedzieć o planach podróży, podysku­tować o pogodzie i wysłuchać przynajmniej wskazówek o tym, jak najlepiej poruszać się po muzeum. Przestałam się stresować nawet wówczas, gdy za mną stała naprawdę długa kolejka, a czas do zamknięcia kasy zbliżał się nieubłaganie. I kiedy już naprawdę zaczęłam myśleć po australijsku, czas stanął w miejscu, zapachy i smaki stały się jeszcze intensywniejsze, a roz­biegany dotąd wzrok wreszcie zaczął wyłapywać to, co naprawdę ważne.

W typowo australijski upalny dzień (35 st. C, żadnej chmury, zero wiatru), zamiast wstać o świcie, by zdążyć na zorganizowaną wycieczkę pływanie z delfinami, wybrałam leniwe przedpołudnie na pustej, szerokiej, miejskiej plaży. Sama nie mogłam w to uwierzyć, ale chwilę później dołączyły do mnie delfiny. Powoli płynęły tuż przy mieliźnie wzdłuż brzegu. Dogoniłam je błyskawicznie. W ułamku sekundy byłam w wodzie między nimi. Miałam wrażenie, że słyszą, jak wali mi serce z wrażenia.

W ciągu kilku tygodni pobytu w Australii prawie zderzyłam się z ogromnym pelikanem, który lądując na wodzie, najwyraźniej nie zauważył, jak pływam. Podczas wieczornego spaceru po winnicy, tuż za moimi plecami stanął kangur chyba wyższy ode mnie, czym sam się biedny wystraszył. Gdy starałam się wreszcie dojechać gdzieś na czas, całkiem ruchliwą drogę w górach zablokował koala, baaaaaardzo powoli, łapa za łapą przechodząc przez jezdnię, jakby właśnie uczył się chodzić. Resztka zdrowego rozsądku powstrzymała mnie przed tym, by nie wybiec na jezdnię, chwycić zwierzaka za łapy, przytulić i już nigdy nie oddać. Bliskość natury w Australii zachwyca i onieśmiela.

Kto zamówił zupę dla koali?

Cztery misie koala na gałęzi

Nawet jeśli się do tego nie przyznaje, każdy po cichu liczy, że już pierwszego dnia pobytu w Australii spotka na swojej drodze kangura i koalę. Ja też nie mogłam się doczekać. W takich przypadkach całkowicie usprawiedliwione wydaje się pójście na skróty, czyli spacer po najbliższym parku dzikich zwierząt Cleland Wildlife Park. Jeśli nie ma upału, koalę można tam nawet przytulić do zdjęcia. Lekko zaspane sympatyczne misie pracują w systemie zmianowym, po pół godziny dziennie. Jednak chyba naj­fajniej jest obserwować ich posiłek. Myślałam, że jedzą tylko liście eukaliptusa, a one pałaszowały zupę z dyni podawaną strzykawką, aż im się uszy trzęsły. Po dokład­kę potrafiły wspiąć się po nodze pracownika parku.

Kangury może karmić każdy. Specjalne jedzenie kupuje się razem z bile­tem wstępu. Głodne torbacze, które mieszkają na ogromnych łąkach, do­skonale rozpoznają szelest torebek z przysmakiem. Wyciągają pyszczki jak najwyżej, przytrzymując pazurami ludzką rękę z karmą. A jak pozują do selfie! Zawodowcy, na dodatek z rzęsami jak firanki. Lajki posypały się hurtowo.

Wędrowałam po parku przez wiele godzin, odważnie stając oko w oko z emu, podglądając psy dingo i ucząc się rozróżniania wallabies od kan­gurów. Bohaterem dnia zostały jednak małe torbacze: potoroo. Nie mają w życiu łatwo, więc Australijczycy wymyślili specjalne tablice informacyjne, na których potoroo ogłasza światu: nie jestem szczurem, nie myl mnie, jestem torbaczem. Mają niezłego PR-owca.

I to wcale nie był koniec niespodzianek. Największa czekała na mnie na le­śnym parkingu, gdzie wśród samochodów siedział sobie dziki kangur, zajadając parkowe chrupki, porzucone przy aucie pewnie przez jakieś dziecko. Musiały mu smakować, bo choć wyraźnie przestraszony, ignorował prze­jeżdżające samochody.

Plaża na czterech kółkach

Plaża z samochodami

Czasem bliskość z naturą Australijczycy potrafią zinterpretować na swo­ją korzyść. Tuż pod Adelaide jeden z najładniejszych odcinków wybrzeża przeznaczyli na samochodową plażę. Skojarzenie z amerykańskim kinem w plenerze jest całkiem właściwe. Samochody aż po horyzont stają w rzę­dzie, bagażnikami zwrócone w stronę wody. Uchylone klapy odsłaniają zapasy na barbecue: kosze piknikowe i turystyczne lodówki. W cieniu ba­gażników wyrastają miasteczka grillowo-namiotowe. Na Aldinga Beach przyjeżdża się z samego rana i zostaje aż do zmroku. To jeden z popular­niejszych kierunków weekendowych wypadów. Samochody suną po ubi­tym piachu jeden za drugim. Tuż przy lustrze wody szybko tworzą się cał­kiem legalne dwa pasy ruchu. Spóźnialscy długo szukają wolnego miejsca, tworząc w końcu drugi, a czasem nawet trzeci rząd. Obok najpopularniej­szych w tej części świata białych pick-upów, tradycyjnych sedanów i SUV-ów, równie dumnie prezentują się ciągniki holujące łódki i kajaki. A między nimi toczy się normalne plażowe życie. Choć we mnie plaża na czterech kółkach wywołała mieszane uczucia, trzeba przyznać, że Aldinga Beach należy do jednych z najoryginalniejszych miejsc na świecie.

Jeśli dziś jest sobota, to jesteśmy w parku na barbecue

Dwie filiżanki kawy

Australijczycy uwielbiają samochody. Z powodu odległości – a nie korków! – spędzają w nich wiele godzin. Bez wysiadania z auta robią zakupy w sklepach typu drive-through. W weekendy porzucają jednak białe zakurzone pick­-upy dla błyszczących klasyków, które dumnie paradują głównymi ulicami. Obserwując je z kawiarnianego ogródka, byłam przekonana, że gdzieś za rogiem odbywa się zlot zabytkowych aut. Nic bardziej mylnego! Po prostu popularne hobby, dostępne dla każdego. O swoim unikalnym modelu Forda Falcona z lat 60. opowiadał mi concierge z mojego hotelu.

W wolne dni Australijczycy są bardziej zapracowani niż w tygodniu. Weekend zaczynają w czwartek od drinka po pracy. Potem obowiązkowo kolacja z przyjaciółmi. W popularnych restauracjach stolików brakuje już o godz. 18-19. Wybór nie jest łatwy. Australia słynie z fantastycznego jedze­nia i niezwykle sprawnego serwisu. Recenzje kulinarne z powodzeniem ry­walizują o miejsce w mediach z głównymi newsami (kto słyszał, by relacja z otwarcia restauracji otwierała trzecią stronę codziennej gazety!). Kuchnia tajska prześciga się z chińską i włoską. Może dlatego, że jest tak różnorodna, zwyczajowo dania główne zamawia się wspólnie, do podziału. Dzięki temu każdy może spróbować przynajmniej kilku specjalności. Trzeba się jednak oszczędzać, bo deser jest obowiązkowy. Mimo późnej pory kawiarnie wciąż są pełne. Nawet o północy zdarzało mi się stać w kolejce po kultowe affogato (gałka lodów waniliowych, na którą wlewa się espresso).

Piątek jest Australii dniem targowym. Sklepy otwarte są dłużej (do godz. 20-21, a normalnie do 17.30), a lokalny targ Central Market zamie­nia się w rzekę ludzi. Można tu zjeść kolację, kupić świeży ser, podyskutować z lokalnymi dostawcami warzyw i owoców, dostać przepis na skomplikowane chińskie danie, a w niepozornym sklepie z winem kupić prawdziwe perełki. Kiedy trzymałam w ręku smoczy owoc (musiałam mieć niepewną minę), nieznajomy Australijczyk od razu pokazał mi starszą Chinkę zza lady, którą najlepiej zapytać o przepis. Wie wszystko i bardzo lubi opowiadać – instruował mnie sympatyczny mężczyzna.

Sobota też zaczyna się wcześnie. Pierwsi w trasę wyruszają górscy rowerzyści. W porze śniadania zajmują w kawiarniach wszystkie wolne stoliki. Widać, że po treningu dieta idzie w zapomnienie. W tym samym czasie tłoczno robi się na Mount Lofty. To najwyższa góra w okolicach Adelaide. Można ją pokonać w stylu spacerowym albo wbiec na górę z obciążeniem w postaci ciężkiego plecaka i litrowych butelek z wodą w dłoniach. Najtwardsi wbiegają, zbie­gają, by za chwilę to powtórzyć. Dla mnie niewykonalne i boję się nawet pomyśleć, co oznacza trekking w wersji australijskiej. Po wizycie w popularnych sklepach z wyposażeniem górskim mogę sobie wyobrazić, że nie jest lekko.

W porze obiadowej robi się spokojniej. Wówczas prym wiodą specjaliści od barbecue, którzy fachowym okiem wybierają najlepsze grillowe stanowiska dostępne w każdym miejskim parku. Na miejsce trzeba dojechać z klasą – na longboardzie, hulajnodze albo rowerze. Harley-Davidson też wchodzi w grę. Zorganizowane grupy motocyklowe widać na każdym kroku. Na niebie poja­wiają się latawce, w ruch idą bule i podręczne zestawy do krykieta. Te ostatnie są też najpopularniejszą grą plażową. Podejrzewam, że są specjalne szkole­nia dla psów, które grzecznie i cierpliwie przynoszą nieudane piłki. O uwagę plażowiczów rywalizują surferzy i kitesurferzy. Oni jednak rządzą się innymi prawami. Jeśli naprawdę wieje, to nie czekają na weekend. W ciągu godziny są na plaży. Ich rytm życia i pracy wyznacza wiatr. Często mają to w kontrakcie.

Moje miejsca w Australii:

Panorama Sydney

  1. Barossa Valley – kultowy region winiar­ski w Południowej Australii. Położone wśród łagodnych wzgórz przepiękne, stare winnice przecinają idealnie równe aleje wysokich palm i charakterystyczne dachy małych, luterańskich kościołów. Bajkowe miejsce, które odurza zapachem: mentolową nutą wpadającą w eukaliptus, przełamaną malinowo-jagodo­wym owocem i pikantną domieszką pieprzu. Dokładnie jak wina z Barossy. Zaniemówiłam z wrażenia. Jeżdżąc od winnicy do winnicy, można tu prze­paść na kilka dni. Winiarze mają niezwykły dar opowiadania, podobnie jak szefowie kuchni lokalnych restauracji.
  2. Sydney – ma ponad 70 plaż! Wybrałam Manly – surferski raj, gdzie naj­łatwiej dotrzeć miejskim promem. 30-minutowy rejs komunikacją miejską może konkurować z najlepszymi turystycznymi atrakcjami świata! Miałam ochotę wykorzystać swój bilet dzienny i od rana do nocy pływać w kółko podziwiając symbole miasta: Opera House, łukowy most Harbour Bridge.
  3. Melbourne – ogromne witoriańskie budynki tworzą naturalną sce­nę dla pokaźnego tłumu ulicznych artystów. Spacer szlakiem murali ze światowej czołówki street artu oznaczał po­nad 10 tysięcy kroków dumnie migających na wyświetlaczu Fitbita. Kondycja przydała się na Australian Open. W tym roku mecze tenisowych gwiazd obejrzało na żywo 703 899 osób. Warto! Bilety można było kupić nawet przed wejściem, a atmosfera wielkiego pikniku udzielała się nawet sportowym sceptykom. Kiedy w jednej ze stref chilloutu zobaczyłam prawdziwy śnieg do wojny na śnieżki (był ponad 30-stopniowy upał), zrozumiałam, że w Australii wszystko jest możliwe!
  4. Great Ocean Road (B 100) – to ponad 200 kilometrów wijącej się nitki z jednej strony przytulonej do skał, z drugiej wiszącej nad oce­anem. Ewidentnie jest to jedna z najbardziej malowniczych dróg na świecie. Warto zatrzymać się dosłownie w każdym punkcie widokowym. Obowiązkowy postój to ogromna i nieziemsko zatłoczona platforma wi­dokowa przy Dwunastu Apostołach – imponujących wapiennych kolum­nach stojących w oceanie. To najczęściej fotografowany widok w Australii. Znak na parkingu przestrzega przed wężami, ale ja bym go z chęcią zamie­niła na: UWAGA, TURYŚCI! ZOBACZ I UCIEKAJ.

Tekst: Agnieszka Woźniak, www.mystyleshots.com

Komentarze
Kilka powodów, dla których każdy z nas powinien przynajmniej raz w życiu odwiedzić Australię
Oceń artykuł