Gadżety, dzięki którym byliśmy fajni

chłopak w różowym t-shircie siedzi przed komputerem z nogami założonymi na biurko

Listopadowa nostalgia skłoniła nas do wspomnień o cudach technologii, które w latach 90. zawładnęły naszym światem. Zanim pojawił się internet, były hitem i obiektem pożądania każdego, kto chciał choćby na chwilę zostać „fajnym dzieciakiem”. A przecież wszyscy chcieliśmy, czyż nie?

Muzyka w formacie .taśma i .płyta

Walkmany – zanim nazwa ta została przejęta jako znak towarowy firmy Sony, oznaczała wszystkie urządzenia, które umożliwiały słuchanie muzyki, gdziekolwiek się znajdowaliśmy. Oczywiście istniały magnetofony, czy inne boomboxy, ale walkmana można było zabrać ze sobą praktycznie wszędzie. Pod kilkoma warunkami. Do jednej kieszeni trzeba było zapakować zapasowy komplet baterii, ponieważ trudno było stwierdzić, kiedy te, które były w środku, przestaną działać. Do drugiej kasetę z muzyką, której chcieliśmy słuchać. Albo kilka kaset, ale zwykle, jeżeli już byliśmy posiadaczami tego urządzenia, mogliśmy słuchać jednej w kółko, z przerwą na przełożenie kasety na drugą stronę. Kasety były nieco tańsze niż płyty, także chętniej je kupowaliśmy. Bardziej „wypasione” walkmany, miały też funkcję dyktafonu, dzięki czemu mogliśmy nagrywać nasze pierwsze wokalne popisy. Tak czy inaczej, nasze pierwsze przejawy aspołeczności mogły zostać zaspokojone – mogliśmy założyć słuchawki i nie przejmować się otaczającym nas światem.

Młodszym bratem przenośnego urządzenia do odtwarzania kaset stał się discman – działający na tej samej zasadzie, lecz służący do słuchania płyt CD. Była to już droższa rozrywka, dlatego ten, kto miał discmana, był bardziej niż super. Okres świetności tych urządzeń przetrwał nieco dłużej niż walkmanów, ponieważ wytwórnie muzyczne stopniowo rezygnowały z wydawania muzyki na kasetach i po prostu, częściej można było spotkać płytę naszego ukochanego wówczas wykonawczy niż kasetę.

Pikselowe zwierzątka

Ten, kto marzył o posiadaniu własnego pieska, kotka, czy krokodyla, ten wie, jak wiele bólu sprawiała odpowiedź „nie” naszych rodziców. Z pomocą naszym niespełnionym marzeniom przybyli Japończycy, którzy w latach 90. stworzyli tamagotchi. Małe urządzenie zwykle w jajowatym kształcie, spokojnie mieszczące się w naszą dłoń. Od teraz mogliśmy stać się właścicielami każdego zwierzątka, o jakim tylko zamarzyliśmy. Pierwsze dostępne w Polsce tamagotchi zwykle oferowały nam opiekę nad tylko jednym konkretnym pupilem – pieskiem lub kotkiem. Potem pojawiły się bardziej zaawansowane, gdzie do wyboru mieliśmy nawet 50 różnych zwierząt, łącznie z wężami, kurami, dinozaurami. Naszym zadaniem było karmić je regularnie wirtualnymi smakołykami, bawić się z nimi, kąpać. Widzieliśmy, jak na naszych oczach dorastały, byliśmy ich dumnymi, niemalże rodzicami. Chyba że akurat przez kilka dni o nich zapomnieliśmy, wtedy niestety umierały. Może jednak lepiej, że rodzice nie chcieli ulec naszym marzeniom o prawdziwym zwierzątku. I nie mówcie, że teraz mamy „Pou”, bo to nie to samo!

Wilk i zając, Tetris i GameBoy

Zanim przejdziemy do bardziej zaawansowanych wytworów techniki, nie możemy w pierwszej kolejności zapomnieć o minikonsolach produkowanych przez rosyjski koncern Elektronika. Każda z przenośnych konsol była niewielką prostokątną bryłą z przyciskami i ekranem. Jedna konsola zawierała jedną grę. Oczywiście hitem była gra „Wilk i zając” potocznie znana również jako: jajeczka czy ruskie jajeczka, dzięki której wcielaliśmy się w rolę wilka. Jego zadaniem było sprawne zebranie wszystkich turlających się z góry jajek. Jeśli jakieś upuściliśmy – cóż, mogliśmy rozpocząć grę od nowa. Na bazie tej gry powstało całe mnóstwo innych, strzelanie do różnego rodzaju ptactwa, wyścigi samochodowe czy wędkowanie. Rynek przenośnych gier był wówczas ogromny i trudno byłoby wymienić je wszystkie, ale z czasem pojawiły się też kombo-konsole, czyli małe urządzenia, posiadające kilkanaście, a czasami i kilkaset różnego typu minigier.

Oczywiście obiektem najgłębszych westchnień był GameBoy, konsola wyprodukowana przez japońską firmę Nintendo. Pierwotnie charakteryzowała go masywna szara obudowa (potem pojawiły się inne warianty kolorystyczne) z krzyżykowym kontrolerem, wzorowanym na konsoli Nintendo Entertainment System. Konsola była sprzedawana z grą Tetris, ale dzięki wejściu na kartridże mogliśmy dokupić dowolną liczbę dostępnych na rynku gier i grać w nie bez opamiętania.

Kino w samym środku dużego pokoju

W latach 90. nie mieliśmy zbyt wygórowanych wymagań względem tego, co akurat leciało w telewizji. Oglądaliśmy wszystko, co popadnie. Nie potrzebowaliśmy wiele, by nasz zwykły, kineskopowy telewizor zamienić w bardzo uproszczony prototyp serwisów VOD. Wystarczył magnetowid i kilka kaset VHS. Tak rodziła się magia. W dowolnym momencie mogliśmy włączyć dowolny (pod warunkiem, że posiadany przez nas lub znajomych) film. Ceny dostępnych w sprzedaży filmów budziły pewne budżetowe zastrzeżenia, ale i to dało się ominąć. Wystarczyło kupić czystą kastę VHS i mieć magnetowid wyposażony w funkcję nagrywania. Sprawdzaliśmy w telegazecie, kiedy będzie nasz ulubiony program, serial, film i nagrywaliśmy. Gorzej, jeśli pomyliliśmy kasety i potem okazywało się, że w połowie rodzinnego filmu z jakiejś ważnej okazji, nagle Esmeralda wyznaje miłość Huanowi. Niemniej przynajmniej mogliśmy szpanować przed kolegami, że taki sprzęt posiadamy.

Tak zwane „gry telewizyjne”

W czasie, gdy szeroko pojęty Zachód emocjonował się premierami gier na konsolę Nintendo Entertaiment System, my posiadaliśmy coś równie wspaniałego, jak nie (w naszym mniemaniu) lepszego. Powiew nowoczesności, niebanalna oprawa graficzna i szalona dawka rozrywki – tak najprościej można opisać legendarną konsolę o nazwie Pegasus. Do pełni szczęścia wystarczyło tylko podpiąć konsolę do telewizora – stąd pewnie potoczna nazwa gier na Pegasusa, „gry telewizyjne”. Kartridże z grami można było zdobyć praktycznie wszędzie i nieistotnym był fakt czy sprzedawane gry pochodzą z legalnego źródła. Targowiska szalały od nich, a gracze kupowali je prawie na kilogramy. Tymi, które na zawsze zostaną w naszej pamięci, są między innymi: Kapitan Tsubasa, Super Mario Bros, Micro Machines, czy Contra. Często na jednym kartridżu mieliśmy do dyspozycji kilkaset gier (najpopularniejsza była opcja „168 in 1”), co pozwalało nam siedzieć przed telewizorem, dopóki reszta rodziny nie straciła do nas cierpliwości, wyrzucając nas razem z konsolą przez okno. My jednak mieliśmy ważną misję – w końcu mogliśmy próbować nadgonić świat, tworząc przy tym pierwszą polską społeczność gamerów. Zapraszaliśmy kolegów na wspólne granie, wpraszaliśmy się do nich, wymienialiśmy grami, udzielaliśmy sobie rad przy osiedlowym śmietniku. I kto powie, że nie byliśmy fajni, no kto?

Tekst: Klarysa Marczak

Komentarze
Oceń artykuł