Boys Noize: Moja muzyka nie jest zbyt przyjazna dla DJ-ów

Mężczyzna z przymruzonymi oczami na czarnym tle

Boys Noize to jednoosobowy projekt, który tworzy urodzony w Hamburgu Aleksander Ridha. Jego muzyka dotyka rave’u, industrialu, punka, techno, house’u a nawet hip hopu. To jeden z 10 DJ-ów władających Ziemią wg magazynu Rolling Stone oraz ulubieniec Bon Ivera. Zanim zobaczycie dzisiaj w nocy jego występ na Audioriver, przeczytajcie wywiad!

Niedawno otrzymałem remix Twojej ostatniej płyty „Mayday”. W notce prasowej jest napisane, że przerobiłeś prawie wszystkie kawałki z albumu, dodając im klubowego brzmienia. Czy ten pomysł pojawił się dopiero po wydaniu „Mayday”, czy planowałeś to od początku?

Ten pomysł pojawił się po pewnym czasie, ale trochę chyba myślałem o tym od początku. Wiesz, muzyka, którą produkuje nie jest zbyt przyjazna dla DJ-ów. Gdy zaczynałem swoją przygodę 10 lat temu, większość z nich była zdania: „No tak, tworzysz super muzykę, ale trudno będzie coś z tego zrobić”. Wiem dlaczego tak się dzieje, po prostu nie tworzę czegoś w stylu jednominutowego intro z konkretnym beatem, tak jak bywa w większości kawałków w stylu techno czy house. Osobiście nie mam z tym problemu, mogę stworzyć miks, ale wiem, że moja muzyka nie jest najłatwiejsza do takich zabiegów. Chodzi też o jej budowę – jest bardziej skomplikowana niż normalne klubowe kawałki. Po prostu lubię, gdy moje kawałki są złożone z wielu części. Jedna za drugą, tu coś nowego, tam coś innego. Na potrzeby remiksu muszę zrobić krok w tył, uprościć to, tak, żeby kawałek stał się bardziej przyjazny DJ-om. Dlatego większość przerobionych kawałków, to tak naprawdę zupełnie nowe wersje – po prostu wyjąłem z nich to, co mogłoby stanowić problem dla DJ-ów.

Jak to świadczy o klubowej muzyce, jeśli musisz uprościć coś, żeby wpasowało się w klubowy klimat?

Tak, w sumie tak, muzyka klubowa jest dość prosta, uwielbiam kawałki techno, uwielbiam też bezmyślne bangery – czasami wystarczą dwa elementy, żeby zrobić naprawdę dobry kawałek. I taki zabieg nie sprawia, że muzyka jest w jakimkolwiek stopniu gorsza. Kawałki techno, czy house mają po dwie, trzy sekwencje, które mogą być powtarzane nawet przez 6 minut i to jest właśnie ich magia. Jednak muszę podkreślić, że muzyka, którą ja robię, nie jest w stu procentach stworzona dla klubowych środowisk. Po prostu nudzi mnie siedzenie w studio i zapętlanie w nieskończoność beatów, które za bardzo się nie zmieniają. Zawsze muszę dołożyć coś od siebie, coś co mnie samego kręci. Jednocześnie jestem też DJ-em i gram normalne techno, house, czy industrial. Po prostu tworząc własną muzykę, chcę robić to nieszablonowo.

A co tymi charakterystycznymi dla muzyki klubowej „build-upami” i „dropami” – kiedy to po rosnącym napięciu następuje powrót beatu. W komentatorskiej wersji „Mayday” mówiłeś, że nie przepadasz za tymi elementami.

(śmiech) Wiesz, patrzę na to przez pryzmat mojej muzyki, chcę robić ją tak, żeby była dobra. Fills and drops to najnormalniejsza i zwyczajna rzecz, która istnieje w muzyce, dajmy na to rock z lat 70. Tam fills and drops stanowiły solidny fundament. W przypadku muzyki z USA, czy EDM, nastąpił duży rozłam i naprawdę trzeba uważać, żeby te momenty nie brzmiały przaśnie. Jednak wystarczy, że posłuchasz sobie starszych kawałków, dajmy na to Chemical Brothers – w tamtym okresie, ich kawałki miały nawet jednominutowe „build-upy”, ale im to wychodziło bardzo naturalnie. Nie było żadnego sztucznego przestoju w stylu „BUM BUM BUM… RAZ! DWA! TRZY!”. Dlatego uważam, że tak naprawdę nie ma nic złego w fills and drops, pod warunkiem, że ktoś wie co robi i tworzy muzykę w sposób, który nie jest głupi i przewidywalny.

Tak się zastanawiam, czy znasz może konkretne statystyki, ile osób słucha Twojej komentatorskiej wersji „Mayday”? Jestem ciekaw ile ludzi jest zainteresowanych tą formą. Wiesz – w płytach CD mamy dołączone „książeczki”, możemy przeczytać teksty i całą resztę, ale wydaje mi się, że teraz ludzie ledwo są w stanie przeczytać cały artykuł w internecie – przelatują wzrokiem tylko nagłówki na Facebooku. Dlatego zastanawiam się, czy znasz konkretne liczby odsłuchów?

Myślę, że mógłbym to sprawdzić, może nawet wyświadczył bym sobie sam tym przysługę. Stworzyłem tę wersję głównie ze względu na fanów, którzy chcieliby wejść za kulisy każdego utworu, dowiedzieć się o nim nieco więcej.

Kiedy słucham wersji komentatorskiej płyty, czy gdy czytałem z Tobą wywiady, wydaje się, że tworzenie muzyki jest dziecinnie proste – wchodzisz do studia, wymyślasz, tworzysz nowy kawałek z Poliça, nagrywasz, gotowe. Czy to naprawdę jest aż tak proste?

Tam gdzie mogę, tam staram się upraszczać cały proces. Najlepsze kawałki tworzę wtedy, gdy po prostu dobrze się bawię w studio. Dobrze wiem co robię. Tworząc muzykę musisz wiedzieć, co właściwie robisz. Powiedzmy jednak sobie szczerze – to nie jest wyczyn, żeby stworzyć beat na automacie perkusyjnym, a na pewno jest to prostsze niż gra na pianinie. Gdy składam nowy kawałek, chcę uchwycić ten konkretny moment, gdy po prostu dobrze się przy tym bawię. Dokładnie tak było z nagrywaniem z Poliçą – złapałem za kontroler, odpaliłem program, stworzyłem konkretny rytm, Poliça to podchwyciła i chyba w tym momencie stała się pewnego rodzaju magia. I właśnie o to w tym chodzi, żeby ten moment uchwycić. Trzeba tylko uważać, żeby w żaden sposób tego nie wymuszać – nic na siłę, w przeciwnym wypadku żadnej magii nie będzie. Gdy masz tendencję do perfekcjonizmu, w tym wypadku wzrasta szansa, że coś pójdzie nie tak. Po prostu, trzeba żyć tym konkretnym momentem, nie przejmować się za bardzo i dobrze się przy tym bawić.

Jak długo zajęło Ci nauczenie się, jak robić dobrą muzykę?

Tak naprawdę cały czas się uczę! Nie chodziłem nigdy do żadnej szkoły, która mogłaby mnie tego nauczyć. Zawsze miksowałem na własną rękę moją muzykę i powiem szczerze, że to jest najbardziej czasochłonne – żeby odkryć, co brzmi dobrze, a co nie. Zawsze ufam mojej intuicji, zajmuje się tworzeniem muzyki już połowę mojego życia, a to dość długo. Bardzo dużo się przez ten czas nauczyłem, staram się cały czas to robić, dużo czytam na ten temat. Najważniejsze jest jednak wyczucie. Myślę, że najszczęśliwszym zbiegiem okoliczności jest fakt, że jestem DJ-em i byłem nim też zanim zacząłem tworzyć swoja muzykę, a to naprawdę pomaga.

Ale w tym roku raczej nie planujesz prezentować swojego materiału na żywo i wracasz na chwilę do bycia DJ-em, mam rację?

Niezupełnie, raczej zajmę się i tym i tym. W przeważającej części będę DJ-em, ale myślę o zagraniu kilku live actów w tym roku.

Płycie „Mayday” towarzyszy zdanie, że jest to „Znak ostrzegawczy przeciwko bezmyślnej kategoryzacji i konformizmowi. Wezwanie do różnorodności i indywidualizmu”. Skąd pomysł na to, żeby umieścić dokładnie tę myśl? Co sprawiło, czego doświadczyłeś, co wywołało w Tobie taką refleksję?

Myślę, że na powstanie tych dwóch zdań złożyło się kilka elementów. Po pierwsze, spojrzałem na samego siebie: kim jestem, jaką muzykę tworzę i dlaczego to robię. Gdy jako DJ, myślę o czasach, gdy pracowałem w sklepie z płytami, pamiętam, że zawsze byłem otoczony pewnym stereotypem na temat techno i house’u. W ostatnich latach bardzo się otworzyłem, ale wielu DJ-ów nadal nie może pewnych spraw zaakceptować. Podążają tylko znaną i wydeptaną ścieżką, wszystko jest chaotyczne. W pewnym momencie dało się wyczuć, że tak naprawdę nie ma żadnego mostu łączącego lata 90. z nowym tysiącleciem. Utworzyła się pewna przepaść pomiędzy gatunkami muzycznymi. Teraz podział na gatunki właściwie upada, DJ grający techno zaczynają grać nieszablonowe kawałki. Jako DJ zawsze starałem się odcinać od stereotypu i prezentować różne style w jednym secie. Można to zrobić tak, by ta różnorodność wyszła naturalnie i płynnie. Dlatego sam zacząłem tworzyć i nie poprzestałem na karierze DJ-a.

Tworząc muzykę uwielbiam składać ją w całość z różnych gatunków. Czerpię trochę z punku – najczęściej używam go jako tła. Techno ma w sobie coś z tego gatunku. Wydaje mi się, że patrzenie na stereotypy zaczyna się zmieniać, DJ-e w miarę upływu lat zaczynają rozumieć, że nie trzeba być zamkniętym na nowe możliwości. Jednocześnie wiem, że w pewnym momencie sam byłem przepełniony tą dość rygorystyczną ideą schowaną za wyłącznie jednym stylem tworzenia. Wiesz, z tego mogą powstać naprawdę dobre rzeczy, nie mówię, że nie. Natomiast z drugiej strony, to co się dzieje z naszym społeczeństwem w dzisiejszych czasach jest trochę szalone. Internet niby nas do siebie zbliża, ale jednocześnie powoduje, że wszystko zaczyna wyglądać tak samo.

Nie chodzi tylko o internet. Dużo podróżuję i widzę ten konformizm na co dzień. W różnych miastach są podobne rzeczy, wszystko jest do siebie trochę podobne. W każdym znajdziesz tę samą kawiarnię, czy jakieś inne miejsce. Najsmutniejsze w tym jest to, że tracimy przy tym naszą własną kulturę. Ona po prostu odchodzi w niepamięć. Dzieciaki ubierają się tak samo, słuchają tego samego. To już nie jest tak, że wchodząc do szkoły zobaczysz jakąkolwiek różnorodność – dzieciaka, który się jara gothem, hip hopem, czy punkiem – nie zobaczysz już czegoś takiego. Ten konformizm staje się obezwładniający. Dlatego stwierdziłem, że ten przekaz, te dwa zdania umieszczone na płycie oddadzą w pełni to, co jako artysta chce przekazać. Ta płyta to dwa różne światy, dwa różne brzmienia. A ty, jako człowiek powinieneś być sobą. Powinniśmy być różni. Naprawdę, nie wszystko musi być kopią kopii.

Ja niestety wciąż widuje młodych ludzi o bardzo restrykcyjnym guście. Nawet do tego stopnia, że niektórzy słuchają wyłącznie techno z Berlina, a tego z Detroit już nie. Trochę też staramy się temu przeciwdziałać na Audioriver, właśnie łącząc gatunki. Mamy techno, house, muzykę eksperymentalną, a nawet trochę popu – wszystko dlatego, że nie uznajemy szufladkowania muzyki na undergroundową i mainstreamową. Można mówić o złej i dobrej muzyce, ale czy nie jest tak, że ta, określana mianem „złej” to po prostu taka, która nam się nie podoba?

Dokładnie tak i jest takiej całkiem sporo (śmiech).

Mam do Ciebie trochę bardziej prywatne pytanie, które nie daje mi spokoju. Jest tylko jeden gatunek muzyczny, którego nigdy nie byłem w stanie słuchać, a słucham zwykle różnych rzeczy. Przechodząc do meritum: jak możesz słuchać punka i jednocześnie tworzyć tak dobrą muzykę?

(śmiech) Nie wiem czy moja muzyka jest aż tak dobra, ale to zabawne pytanie. Może zacznijmy od tego, jak w ogóle powstał punk. A był on reakcją na glam rock i tych wszystkich bardzo uzdolnionych muzyków, którzy robili cuda ze swoimi gitarami i produkowali naprawdę kawał dobrego rocka. A nie ukrywajmy – osoby grające punk nie są wybitnymi muzykami. Im nie chodzi o utwór sam w sobie. Może nawet wręcz przeciwnie – chodzi o to, by zrobić „hałas”. Nie mówię, że nie można zrobić dobrego kawałka w tym stylu – można! Patrząc na to z tej perspektywy, ja jestem beznadziejnym muzykiem, gdy biorę do ręki gitarę basową, używam raptem jednej struny. Nie chodzi jednak tylko o umiejętności, produkcję i dźwięk. Muzyka to znacznie więcej – ekspresja, emocje, a nawet moda – musimy pamiętać, że punk wszedł również do świata mody. Nie chcę mówić, że moja muzyka jest punkowa. Ma w sobie coś z tego gatunku, ale to dlatego, że zawsze chcę zrobić coś innego niż wszyscy. A przynajmniej spróbować zrobić coś inaczej.

Ale jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić, że budzisz się rano i co? Odpalasz punkową płytę w odtwarzaczu?

TAK, znaczy – ja naprawdę słucham właściwie wszystkiego. Przed chwilą chciałem powiedzieć, że im starszy jesteś, tym mniej słuchasz punka, ale chyba jednak tak nie jest. W pewnym stopniu muzyka punkowa jest pożyteczna. Bardzo sobie cenię takie zespoły jak BAD BOYZ, czy 999. Tak samo uwielbiam post-punk. Wszystko zależy od nastroju, jeśli na przykład wychodzę z przyjaciółmi do baru, to nie wyobrażam sobie, żeby w tle miało grać coś innego niż punk.

To może powinniśmy przemyśleć kwestię punkowej sceny w przyszłym roku na Audioriver (śmiech). Dwa ostatnie, naprawdę krótkie pytania. Jakie jest Twoje pierwsze skojarzenie, gdy słyszysz „Polska”?

W tej chwili, pierwsza myśl jaka mi się pojawiła, to Wasza stolica – Warszawa. Grałem tam i spędziłem naprawdę niesamowity czas. Warszawa trochę przypomina mi Berlin sprzed 20 lat. Ale bardzo pozytywnie wspominam tamten koncert, grałem w takim klimatycznym, undergroundowym miejscu, w klimatach jaskini. No i oczywiście jedzenie – było naprawdę wspaniałe! Nawiasem mówiąc, jeden z moich najbliższych przyjaciół jest z Polski, dlatego zawsze, gdy się widzimy mam pod dostatkiem świeżych kiełbasek, a co więcej – przyrządza wyśmienita zupę ogórkową, którą uwielbiam!

 A co przychodzi Ci do głowy, gdy słyszysz hasło „festiwal”?

To jest akurat dziwne pytanie, nie wiem co mam odpowiedzieć. Serio, nie wiem. Chyba, gdy myślę o festiwalu, to automatycznie myślę o tym, że muszę przygotować mój godzinny set na występ, tak, żeby wszystkim opadły szczęki! Zawsze się trochę tym stresuje. Próbuje znaleźć złoty środek pomiędzy moją muzyką, a innymi. Chcę, żeby powstała z tego pewnego rodzaju podróż. Na festiwalach moje występy zwykle nie trwają zbyt długo, dlatego muszę dać z siebie wszystko.

Rozmawiał: Łukasz Napora
Tłumaczenie: Klarysa Marczak, Jakub Paciorek

Komentarze
Boys Noize: Moja muzyka nie jest zbyt przyjazna dla DJ-ów
5 (100%) 1