Mlaszcze, szeleści i głośno gada. Po co ludzie chodzą do kina?

Udało się! Nie zjadłam całego popcornu przed rozpoczęciem seansu. Podekscytowana przyglądam się pierwszej scenie filmu. Coś tu jednak nie gra. Nastawiam uszu i już wiem: za moimi plecami czai się weteran kinowy, uzbrojony w paczki chipsów, puszki i swoją brygadę głośnych kumpli. Po co ludzie chodzą do kina?

Lubię odwiedzać warszawskie kina, głównie te studyjne. Znajdować perełki wśród premier, a potem rozmawiać o nich długo po zakończeniu seansu. Zastanawia mnie często, z jakiego powodu na tej samej sali znaleźli się pozostali ludzie. Żeby obejrzeć film? Położyć rękę na kolanie swojej nowej dziewczyny? Najeść się nachosów bez wyrzutów sumienia? Wydaje się, że niektórzy kupują bilet tylko po to, aby w ciemnościach i anonimowo doprowadzić pozostałe 50 osób do szału. Bez cienia żenady i wstydu, wyciągają swoje przekąski, którymi najadłby się niejeden amator dużych obiadów i biorą się za chrupanie z mlaskaniem na przemian. Seans rozpoczynają od (nie) błyskotliwego komentarza, który muszą usłyszeć nie tylko jego koledzy, ale również i ty, a nawet widzowie siedzący dziesięć rzędów dalej. Dumny z siebie, że przyciągnął tak szeroką uwagę, nie poprzestaje na jednym zdaniu. Już do końca filmu będzie się z tobą dzielić swoimi spostrzeżeniami na temat dużego tyłka głównej bohaterki, polityki albo czegokolwiek innego, na czym się nie zna. „Ej stary, kto to jest?”, „Ej mordo, gdzie ona poszła?” to pytania, które strzelają z jego ust jak petarda. Ani jego kumple, ani ty nie znacie odpowiedzi na te zagadki rodem z Sherlocka Holmesa, przecież też oglądacie ten film po raz pierwszy. Zamiast wsłuchiwać się w fabułę czekasz aż nowy kolega przestanie gadać i szeleścić swoimi Laysami.

Mężczyzna w czarnej koszulce z kubkiem siedzi w kinie

Jednak nie tylko mężczyźni są źródłem hałasów na sali. Znacie fenomen młodych mam, które zamiast wybrać się na kawę, postanowiły poplotkować przy filmie? W ich towarzystwie każda dramatyczna scena zostanie przerwana opowieścią o Zosi, która umie już jeździć na hulajnodze. Czasem zasłyszycie parę słów o niewypałach małżeńskich albo szczegóły z sypialni sąsiadów, których nawet nie znacie. Nie wiem co gorsze, bierne uczestniczenie w tych intymnych rozmowach, czy szumiący szmer babskich chichotów dochodzący z końca sali. Jeśli długo nie widziałyście swojej koleżanki, wybierzcie się wspólnie na spacer i gadajcie do woli! W końcu kto nie lubi sobie popsioczyć? Ci, którzy przyszli do kina w pojedynkę, mistrzowsko rozwiązują problem braku towarzystwa. Co 10 minut zaświecą ci w oczy telefonem, usprawiedliwieni samotnością i potrzebą sprawdzenia godziny. Masz szczęście, jeśli ów smartfon jest wyciszony. Zachodzę w głowę, jak to jest możliwe, że tuż po prośbie o wyłączenie telefonów komórkowych, która uderza prosto z ekranu, na sali rozbrzmiewa symfonia dźwięków. To czysta ignorancja, lenistwo, a może nieświadomość tego, że w każdej chwili ktoś może do nas zadzwonić? Najwięcej jednak problemów sprawiają festiwale filmowe, które przez widzów często mylone są z Woodstockiem lub innym wydarzeniem, podczas którego należy krzyczeć, pić browar i zagadywać do obcych ludzi. Stary, jesteśmy w kinie, nie na biforze przed imprezą życia!

Chłopak w podkuszulku, napis "Shut up!"

Z ogromną rezerwą wyrozumiałości patrzę na tych, którzy pospiesznie przepychają się przez tłum w drodze do toalety. Albo na takich, którzy uciszają swoje dziewczyny – ostatecznie mówiąc jeszcze głośniej niż one. W końcu mają dobre intencje. Płaczące dzieci też nie wytrącają mnie z równowagi, widać film się nie spodobał, a rodzic każe zostać do końca. Jesteśmy tylko ludźmi, a kino to nie świątynia, w której należy usiedzieć bez ruchu. Próbuję zatem wyłączyć uszy, zamknąć oczy i wyciszyć umysł. No tak, tylko jak teraz oglądać film?

Tekst: Emilia Pluskota

Komentarze
Mlaszcze, szeleści i głośno gada. Po co ludzie chodzą do kina?
5 (99.13%) 23