Stephan Lacant: Gejów swobodne spadanie

Dla mniejszości seksualnych w Polsce Niemcy wydają się krajem o szerokiej tolerancji. Twój film pokazuje, że jest inaczej.

Nie wiem, jak poważny jest problem homofobii w Polsce, ale w Niemczech wciąż występuje i to nie tylko w miejscach silnie zmaskulinizowanych, jak policja, armia czy stadion piłkarski. W czasie trzech lat prac nad scenariuszem cały czas prowadziliśmy badania wśród policjantów, z których wyszło, że nasze „liberalne europejskie środowisko” wcale nie jest takie liberalne, kiedy chodzi o kwestię homoseksualizmu. Zresztą ostatnie wydarzenia we Francji pokazały, że to niezwykle aktualny problem nawet w centrum zachodniej Europy.

Jednak z twojego filmu nie wynika, że tylko homoseksualiści są ofiarami homofobii, ale też… homofoby.

Wszyscy są ofiarami tego problemu. Życie moich bohaterów jest połączone, siedzą w tej samej łodzi. Kiedy ta idzie na dno, wspólnie się pogrążają. Jednak w finale główne postaci dramatu, a więc Marc, Key i Bettina, decydują się podjąć decyzję, która pomoże im rozwiązać problem.

Marka i Keya grają urodziwi aktorzy. To dość symptomatyczne dla kina gejowskiego, że utwierdza wizerunek homoseksualisty jako pięknisia.

Nigdy o tym tak nie myślałem (śmiech). Nie obsadziłem aktorów ze względu na ich warunki fizyczne. Od początku wiedziałem, że ciężar „Siły przyciągania” spocznie na ich barkach, dlatego castingi trwały bardzo długo. Kiedy podjęliśmy decyzję o angażu Hanno Kofflera, naprawdę długo próbowaliśmy znaleźć odpowiednią dla niego konfigurację. Razem z producentem byliśmy pewni, że Max i Katharina w roli Kaya i Bettiny tworzą tę najlepszą.

Swoją drogą to zabawne, że dałeś Kayowi na nazwisko „anioł” (Engel – przyp. AZ). Właściwie bliżej mu do diabła – uwodzi Marca, wprowadza zamęt w jego poukładane życie.

A gdyby Kay był kobietą, też byś tak powiedział?

Bez żachnięcia.

Nie wydaje mi się, żeby był diabelską figurą. Jego motywacją jest miłość. Zakochuje się w Marku, ale na początku pozostawia mu swobodę i przestrzeń. Dopiero po pewnym czasie nie wytrzymuje i próbuje ją zagarnąć dla siebie. Bardziej rozpatruję Kaya jako katalizator Marka. Dzięki niemu Marc zbliża się do prawdziwego siebie. Chociaż bardzo dużo traci w trakcie tego procesu, na końcu jednak wiele zyskuje – wewnętrzną wolność. Uważam, że wewnętrzne dojrzewanie to jeden z najbardziej kosztownych procesów, nie tylko w filmach, ale przede wszystkim w życiu. Tytuł filmu (w oryginale to „Swobodne spa-danie” – przyp. AZ) zawiera w sobie tę podróż, w którą wyrusza protagonista. Spada bardzo nisko, ale zdobywa coś niezwykle cennego – właśnie wolność.

W ubiegłym roku mogliśmy oglądać inny niemiecki film – „Żniwa” Benjamina Cantu, podejmujący podobną problematykę wewnętrznego dojrzewania do stawienia czoła pożądaniu, ale ani tamten, ani twój film nie wydaje mi się kinem emancypacyjnym.

Rzeczywiście, ale to pojedynczy przypadek – nie wydaje mi się, żeby Niemcy interesowali się tym tematem bardziej od filmowców w innych krajach. Dla mnie najważniejsze było to, żeby pozbyć się tego okropnego rozróżnienia na homo- i heteroseksualistów. Dla mnie to przede wszystkim historia miłosna. Mój bohater zakochuje się w drugiej osobie – czy to mężczyzna, czy kobieta, to akurat mało ważne.

Tymczasem dziennikarze i krytycy robią z „Siły przyciągania” niemiecką „Tajemnicę Brokeback Mountain”.

Nie, to zły trop. Jeśli ten film miał na nas wpływ, to nieświadomy, jak wiele innych rzeczy. Poza tym „Siła…” różni się od obrazu Anga Lee. Nasz to historia klasycznego trójkąta: uczucia Marca do Bettiny i do Keya są tak samo ważne. Jest rozdarty pomiędzy dwoma światami: dobrze sytuowanym życiem rodzinnym oraz budzącymi się uczuciami do jego kolegi. Poza tym „Siła przyciągania” radzi sobie o wiele szerzej i szczerzej z fizyczną i psychiczną stroną związku pomiędzy dwoma mężczyznami. Najważniejsza różnica między tymi dwoma filmami jest jednak taka, że umiejscowiliśmy akcję naszego w teraźniejszości. Myślę, że publiczność ma o wiele większy dystans do kowbojów żyjących w latach 60. i 70., niż do historii, która rozgrywa się tu i teraz.

A jak ustosunkowują się do niego policjanci, w których środowisku rozgrywa się akcja filmu?

Rozmawiałem z wieloma mundurowymi, którzy obejrzeli film, i w większości przypadków przypadł im do gustu. Na pewno każdy z nich zwrócił uwagę na to, że film jest niezwykle realistyczny. Myślę, że wynika to właśnie z naszych badań. W trakcie prac nad filmem rozmawialiśmy z wieloma wyautowanymi i niewyautowanymi policjantami. Poza tym Karsten Dahlem współscenarzysta filmu, spędził w młodości dwa lata w szkole policyjnej. Mieliśmy więc mnóstwo autentycznych wspomnień i doświadczeń do wykorzystania w scenariuszu.

Twój film był pokazywany w Berlinie razem z obrazem Małgośki Szumowskiej „W imię…”, który jeszcze przed premierą w polskich kinach wywołał burzliwą dyskusję. Emocjonalny odbiór towarzyszy też „Sile przyciągania”?

Zdecydowanie. Podczas tournée po Niemczech, kiedy spotykaliśmy się z publicznością po pokazach, dyskusje były naprawdę burzliwe. Ale podobnie było też w Nowym Jorku czy Madrycie. Z kolei w Niemczech publikowano nie tylko recenzje, ale też szerokie, kontekstowe artykuły.

Czyli jednak film może zmienić podejście i myślenie ludzi?

Mam nadzieję. Ale nie chcę robić filmów moralizatorskich. To też jeden z powodów, dla których zdecydowaliśmy się na otwarte zakończenie. Dopisanie końca do tej historii zostawiam publiczności.

Tekst: ARTUR ZABORSKI
Ilustracja: MO MULARCZYK

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera