Małolat: Wszystko leży w moich rękach

Wyszedł na prostą, choć zanim tak się stało, zaliczył parę całkiem ostrych zakrętów. Małolat opowiada o właśnie wydanej płycie, trudnych momentach w karierze, kulturze hiphopowej w Polsce, relacji z bratem i ambitnych planach na przyszłość.

Rap to twoja praca czy pasja?

Jest przede wszystkim moją pasją, ale ze względu na to, że nie mam już 15 lat i muszę zarabiać na życie, w naturalny sposób przerodził się w pracę.

Rzadko wydajesz albumy, niektórzy mogą odnieść wrażenie, że traktu­jesz to jakoś z doskoku.

To nie tak, po nagraniu pierwszej płyty miałem kilka przygód później pracowałem w różnych miejscach i po prostu trudno mi było się skupić na muzyce. Szybko jednak zorientowałem się, że te inne zajęcia mi nie odpowiadają. Nie lubię mieć szefa, wolę być nim sam. Mój powrót był bardzo powolny, zaczynałem od koncertów z Pezetem przy trasie Muzyki Rozrywkowej w bodajże 2006 roku. Wtedy też powstał pomysł stworze­nia czegoś razem. Nagrania się przeciągały, wszystko zajęło prawie trzy lata. Do dziś nie do końca wiem, dlaczego to tak wyglądało. Może to przez to, że grałem naprawdę dużo koncertów, nie pojawiały się sensow­ne w moim mniemaniu pomysły itd. Poza tym miałem naprawdę długą przerwę od pracy w studiu. W każdym razie premiera nowego materiału odbyła się w 2010 roku, kiedy akurat mijało pięć lat od mojej pierwszej płyty. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się takiego sukce­su. Wprawdzie Dziś w moim mieście złotem pokryło się dopiero po dwóch latach, ale już od razu po premierze dostawaliśmy dobre recenzje, sprzedaż też była niezła. Graliśmy sporo, z czasem co­raz więcej, nawet 100 koncertów rocznie. Myślę, że ta ogromna liczba imprez i kasa, która za nimi przyszła, sprawiły, że trochę osiadłem na laurach. Na początku nie miałem już ochoty pisać tekstów, chciałem od tego odpocząć. Z perspektywy czasu uwa­żam to za duży błąd. Później, mniej więcej trzy lata po premierze, pojawił się moment, kiedy dopadł mnie dołek, próbowałem coś pisać, ale szło mi bardzo kiepsko. Byłem pewien, że już nie potra­fię tego robić.

Brakowało ci pomysłów?

Miałem ogromny problem z pisaniem tekstów. Po kawałku Moi ludzie zrobiłem sobie roczną przerwę. Nagrałem go gościnnie na projekt Parias, a napisanie tekstu zajęło mi kilka miesięcy. Nie potrafiłem ułożyć wersu. Siadałem nad kartką i jeśli mi nie szło, po godzinie odpuszczałem.

Co zmieniło twoje nastawienie?

Zmieniła się moja sytuacja finansowa, a zarazem chciałem sobie coś udowodnić. Gdy znalazłem się w dołku, miałem już zalążek nowej płyty. Podobno mówi się, że artysta głodny to artysta płodny, może coś w tym jest. Uważam, że nagrałem bardzo do­brą płytę. Nie chcę, żeby to zabrzmiało tak, jakby chodziło mi tylko o kasę, potrzebowałem zrobić coś naprawdę zajebistego. Zajęło mi to półtora roku i ciężko nad tym pracowałem. Nie spie­szyłem się z niczym, chciałem, żeby wyszło porządnie.

Czy Pezet zachęcał cię, żebyś nagrał coś nowego?

Zdecydowanie, bardzo często mówił, że powinienem zacząć ro­bić solowy album.

Jak wygląda wasza relacja? Nie próbował ci nigdy ojcować?

Nie. Wydaje mi się, że nasze relacje są dosyć symetryczne. Jak byliśmy gnojami, to pewnie zdarzało mu się patrzeć na mnie trochę z góry. Z czasem jednak coraz mniej. A jeśli chodzi o mu­zykę, nie zdarzało się to nigdy. W tej kwestii zawsze pytamy się wzajemnie o opinie.

Paweł od wielu lat jest gwiazdą polskiej sceny. Nie czujesz się przez to trochę zepchnięty w cień swojego brata?

Wszystko leży w moich rękach. Chciałbym osiągnąć kiedyś po­ziom, jaki ma Paweł. Cieszy mnie jego sukces i życzę mu jak naj­lepiej. Miewałem takie momenty, ale to kwestia dużo mniejszej aktywności na scenie.

Jaka jest twoja nowa płyta?

Przede wszystkim uważam, że widać na niej progres, jaki poczy­niłem w kwestiach technicznych. Jest zdecydowanie bardziej no­woczesna. Więcej tu europejskiego niż amerykańskiego brzmie­nia. Warstwa tekstowa wydaje mi się bardziej dojrzała. Myślę, że słychać zmianę, która we mnie zaszła.

Jak wyglądało twoje życie na samym początku, kiedy wygrywałeś konkurs SuperMC?

To były bardzo beztroskie czasy. Wydarzyło się dużo złych rzeczy, ale spotkało mnie też wiele dobrego. Byliśmy trochę buntownikami. Zaczynaliśmy jakoś w ’97 roku i robiliśmy to hobbystycznie. W życiu bym nie pomyślał, że będę kiedyś postrzegać SuperMC w katego­riach czegoś, co dało początek mojej karierze. Traktowałem całe to zamieszanie zajawkowo, jako alternatywę wobec tego, co robili moi kumple ze szkoły.

Stawiałeś się w opozycji do tego, co wtedy można było nazwać mainstreamem.

Można tak powiedzieć. Chociaż w rapie było niewielu artystów, któ­rzy zaliczali się do mainstreamu. Występowałem głównie przeciwko muzyce popowej i przeciwko takiej.

Wydałeś w 2005 roku album W pogoni za lepszej jakości życiem, two­je klipy leciały na Vivie, a rap stawał się bardzo popularny. Odczułeś zainteresowanie?

Trudno powiedzieć. Po nagraniu płyty trafiłem do aresztu i zanim z niego wyszedłem boom zdążył już opaść. Wprawdzie liczyłem na to, że kiedy wyjdę, będzie na mnie czekać kasa i zacznę grać koncer­ty, ale tak się nie stało. Sprzedaliśmy wtedy 3,5 tysiąca kopii w osiem miesięcy i postrzegałem ten wynik jako sukces. Spotkaliśmy się z do­brym odbiorem tej płyty, ale nie nazwałbym tego szałem. Dziś wiem, że płyta jest kultowa, cieszy mnie to.

3

Widziałeś na własne oczy początki kultury hiphopowej w Polsce. Jak oceniasz z perspektywy starego wyjadacza to, jak wygląda teraz rodzima scena?

Fajnie, że tak dużo się dzieje, bo to świadczy o tym, że jest popyt. Ale widzę też złe rzeczy, takie jak brak pokory u mło­dych artystów. Przekazywane przez nich treści, koncentrują się często na kasie, którą przepuszczają na imprezach. A te pieniądze wcale nie są na tyle duże, żeby ciągle o nich mówić. Byłem w takiej sytuacji, więc z jednej strony ich rozumiem, a z drugiej strony jestem już na innym etapie i wiem, że to nie jest ta droga. Może mój dystans, a nawet niechęć wobec tego zjawiska, wynikają z tego, że się zmieniłem, a może po prostu jestem już za stary.

Mocno przeginałeś?

Nie biorę dragów, nie palę jointów. Bywało, że przesadzałem z alkoholem, np. piłem kilka razy w tygodniu. Zdarzało nam się grać koncerty od czwartku do niedzieli i po takim kilku­dniowym piciu do następnej środy dochodziłem do siebie. Czasem nie miałem przez to siły pisać tekstów. Przeginałem, ale nie na tyle, żeby mówić o utracie kontroli. Teraz jestem już krok dalej, mam swoją kochaną córę, dziewczynę, miesz­kanie i cieszę się tym bardzo.

Co po wydaniu płyty?

Teraz chce się skupić na promocji albumu. Jestem wspólni­kiem w naszej wytwórni KokaBeats. Nie zatrudniamy sztabu ludzi, jest nas czterech i wszyscy pracujemy ciężko na suk­ces tej płyty. Właśnie dogadałem się z nowym managerem koncertowym, powoli pojawiają się jakieś gigi. Na jesieni chciałbym coś wypuścić od siebie. Nie będzie to na pewno cały album, ale może jakaś EP-ka.

Na polskim rynku jest wielu naśladowców trendów z za­chodu. Czy rzeczywiście trzeba teraz kopiować, żeby osią­gnąć sukces?

Moim zdaniem nie musisz być jakąś karykaturą, żeby osią­gnąć sukces. Osobiście staram się uciekać od takich rze­czy, nie chcę robić z siebie idioty. Drażni mnie, że niektórzy raperzy mają się za nie wiadomo kogo. Lubię, jak ktoś jest sobą, można sobie pozwalać na bragga, ale niech to będzie jeden kawałek, a nie sto. Nikogo nie będę uczył, nie jestem mentorem, ale nie podoba mi się to i z miejsca nie słucham takich rzeczy.

Na koniec proszę o tradycyjne pozdrowienia.

Oczywiście pozdrawiam wszystkich moich fanów. Tych, którzy słuchają rapu, ale nie tylko. Wszystkich z głowami otwartymi na inne gatunki muzyczne. Zawsze będę z moimi ludźmi. Tymi, którzy szanują moją muzykę i lubią to, co robię.

rozmawiał | Jakub Wróbel

zdjęcia | Piotr Jakubowski

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera