Została nazwana „wielką czarownicą literatury brazyliskiej”. Clarice Lispector w opowiadaniu „Lepsze to niż spłonąć”

Czarno-białe zdjęcie przedstawiające elegancką kobietę

Wyglądała jak Marlene Dietrich, pisała jak Virginia Woolf – tak o Clarice Lispector napisało swojego czasu Vanity Fair. Teraz, po raz pierwszy, wszystkie opowiadania autorki zostaną wydane w jednym tomie.

Clarice Lispector (1920-1977) była cenioną powieściopisarką, według wielu mistrzostwo osiągnęła jednak jako autorka opowiadań. Koncentrowała się w nich na szczególnych momentach codzienności, opisując bohaterów uwikłanych w więzy rodzinne, a jednak samotnych.

Bohaterkami jej prozy często są kobiety – zmysłowe, inteligentne, zafascynowane mężczyznami o dużym potencjale intelektualnym, ale także wyobcowane, na granicy załamania nerwowego, duszące się w mieszczańskiej codzienności, próbujące pogodzić rolę gospodyni domowej z potrzebą zachowania indywidualności. Ważną funkcję w ich życiu pełnią makijaż i ubrania, traktowane jako maska i kostium, rynsztunek kobiecości, ale także ucieczka od siebie, możliwość stania się kimś innym. Autorka w wyjątkowy sposób opisuje także seksualność starszych kobiet. Proza Lispector jest pełna uczuć i wrażeń – a przez to uniwersalna, skutecznie opiera się upływowi czasu.

Książka Clairce Lispector, w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa, zatytułowana Opowiadania wszystkie zostanie wydana nakładem Wydawnictwa W.A.B. i pojawi się w księgarniach już 16 października. A my dzielimy się dzisiaj z wami przedpremierowym opowiadaniem z tego zbioru!

Okładka książki Lispector

Lepsze to niż spłonąć

Była wysoka, silna, włochata. Matka Clara miała czarny meszek pod nosem i głębokie oczy, czarne.

Wstąpiła do zakonu z nakazu rodziny: chcieli ją chronić poprzez oddanie na łono Boga. Posłuchała.

Wypełniała swoje obowiązki bez słowa. Było ich mnóstwo. No i były modlitwy. Modliła się żarliwie.

I codziennie się spowiadała. Codziennie biała hostia rozpuszczała się w jej ustach.
Ale zaczęła się męczyć życiem pośród samych kobiet. Kobiety, kobiety, kobiety. Wybrała sobie przyjaciółkę na powierniczkę. Powiedziała jej, że dłużej nie wytrzyma. Przyjaciółka poradziła jej:

– Umartwiaj ciało.

Zaczęła spać na zimnej kamiennej podłodze. I chłostała się włosienicą. Nic nie pomagało. Łapała silne grypy, była cała podrapana.

Wyspowiadała się księdzu. On nakazał jej dalsze umartwianie się. Kontynuowała.

Jednak w chwili, kiedy ksiądz dotykał jej ust, podając hostię, musiała się hamować, żeby nie ugryźć tej ręki. Ten zrozumiał, nic nie mówił. Zawarli niemy układ. Oboje się umartwiali.

Nie była w stanie więcej oglądać niemal nagiego ciała Chrystusa.

Matka Clara była córką Portugalczyków i w tajemnicy goliła sobie włochate nogi. Gdyby się dowiedzieli, to by dopiero było. Opowiedziała księdzu. Ten zbladł. Wyobraził sobie, że jej nogi muszą być silne, bardzo kształtne.

Pewnego dnia, w porze obiadu, wybuchła płaczem. Nikomu nie wyjaśniła dlaczego. Nawet ona sama nie wiedziała, dlaczego płacze. I od tego czasu żyła we łzach. Mimo że niewiele jadła, tyła. Ale miała sino podkrążone oczy. Jej głos, kiedy śpiewała w kościele, był kontraltem.

Aż wyznała księdzu w konfesjonale:

– Dłużej nie wytrzymam, przysięgam, że dłużej nie wytrzymam!
On powiedział zamyślony:
– Lepiej nie wychodzić za mąż. Ale lepiej wziąć ślub niż spłonąć.

Poprosiła o audiencję u matki przełożonej. Przełożona gwałtownie ją zganiła. Jednak matka Clara była zdecydowana; chciała opuścić klasztor, chciała znaleźć sobie mężczyznę, chciała wziąć ślub. Przełożona poprosiła ją, żeby poczekała jeszcze rok. Odpowiedziała, że nie może, że musi to być już.

Spakowała swoją małą torbę i poszła sobie. Zamieszkała w pensjonacie dla panien.

Jej czarne gęste włosy szybko rosły. I wydawała się eteryczna, rozmarzona. Płaciła za pensję pieniędzmi wysyłanymi jej przez rodzinę z północy. Rodzina nie mogła się z tym pogodzić. Ale nie mogli pozwolić jej umrzeć z głodu.

Ona sama szyła sobie ubrania z taniej tkaniny, na maszynie do szycia pożyczonej w pensjonacie od pewnej dziewczyny. Sukienki z długimi rękawami, bez dekoltu, poniżej kolana.

I nic się nie działo. Dużo się modliła, żeby przytrafiło się jej coś dobrego. W formie mężczyzny.

I rzeczywiście się zdarzyło.

Poszła do sklepu kupić butelkę wody Caxambu. Właścicielem był przystojny Portugalczyk, który zachwycił się powściągliwymi manierami Clary. Nie chciał, żeby zapłaciła za wodę Caxambu. Ona oblała się rumieńcem.

Jednak wróciła nazajutrz po ciastko kokosowe. Też nie zapłaciła. Portugalczyk, o imieniu Antônio, zebrał się na odwagę i zaprosił ją do kina. Odmówiła.

Następnego dnia przyszła po kawę. Antônio przyrzekł, że jej nie dotknie, jeśli pójdą razem do kina. Zgodziła się.

Poszli razem do kina i nie zwrócili najmniejszej uwagi na film. Na koniec siedzieli, trzymając się za ręce.

Zaczęli się spotykać na długie spacery. Ona ze swoimi czarnymi włosami. On zaś w garniturze pod krawatem.

Aż pewnej nocy on jej powiedział:

– Jestem bogaty, sklep daje dość pieniędzy, żebyśmy wzięli ślub. Chcesz?
– Chcę – odpowiedziała poważnie.

Wzięli ślub kościelny i cywilny. W kościele udzielił im ślubu ksiądz, który powiedział, że lepiej wziąć ślub niż spłonąć. Pojechali na płomienny miesiąc miodowy do Lizbony. Antônio zostawił sklep pod opieką brata.

Ona wróciła brzemienna, zadowolona, wesoła.
Mieli czworo dzieci, samych chłopaków, wszystkich bardzo włochatych.

Tłumaczenie: Wojciech Charchalis

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera