Żegnaj Keith. Kilka wspomnień o ikonie kilku pokoleń raverów, hipisów i punków

Mężczyzna w makijażu z wyciągniętym językiem

Na pół roku przed swoimi 50 urodzinami, wokalista, tancerz i frontman The Prodigy, Keith Flint odebrał sobie życie. Ikona popkultury, rzecznik kilku pokoleń raverów, prawdziwa legenda – tak w skrócie można by opisać Firestartera z Essex, który odszedł 4 marca 2019 roku.

Rok 1996. Mieszkanie mojej babci. Włączam telewizor. Trzy kanały muzyczne – francuskie MCM oraz niemieckie Viva i Viva Zwei. W ciągu zaledwie kilku godzin przez wszystkie wymienione stacje telewizyjne przewinął się teledysk, którego bohaterem był facet z dziwną fryzurą robiący miny, jakby zwiał z domu wariatów. Przyznam szczerze, że nie budził wówczas we mnie lęku, a ciekawość. On i jego czarnoskóry kolega ze szkłami kontaktowymi doskonale oddawali ducha tworzonej przez ich band muzyki. Elektronika? Rock? Wtedy jeszcze patrzyłem na świat zero-jedynkowo, ale już czułem, że ta kapela pozostanie w moim życiu na dłużej.

Minęło kilka lat. Znałem już The Prodigy lepiej. Zdumiewało mnie, jaką drogę przeszli – od raverów po punkowców nowej generacji. Praktycznie każdy ich numer brzmiał inaczej, każdy klip miał w sobie ducha filmu lub tanecznego szaleństwa (mam na myśli teledyski do numerów z Experience autorstwa Russela Curtisa oraz ten do One Love zrobiony przez Hyperbolic Systems). Kiedy wdałem się na poważnie w romans z internetem, zagłębiłem się w ich historię, poszukałem informacji o wszystkich albumach, samplach, członkach zespołu i czułem się, jakbym znowu bawił się klockami.

W słabych momentach dorastania, gdy każda porażka jest dla człowieka końcem świata, to właśnie ich muza nakręcała mnie do działania. Randka, spotkanie z kimś, kogo nie lubię, impreza czy chęć wyżycia się po kiepskim dniu – zawsze byli ze mną Ci Brytole. Nawet przygotowując się do matury, czytywałem namiętnie ich biografię – Electronic Punks. Wejście w ich świat było dla mnie o wiele cenniejsze niż wszystkie wzięte do kupy szkolne lektury. Na maturze jednak poszło mi całkiem dobrze i z tej oto okazji rodzice kupili mi płytę Invaders Must Die.

Ci kolesie byli pionierami. Nie dorabiali ideologii do swojej twórczości – chcieli po prostu robić numery do grania na koncertach. Nie zdawali sobie jednak chyba sprawy, jak bardzo jednoczyli fanów skrajnie różnych stylistyk. Nie ważne, czy słuchałeś rapu, techno, trance, hip-hopu, rocka czy trash metalu – wśród ich fanów można znaleźć mieszankę osób, które były wkręcone w każdy z wcześniej wymienionych gatunków. Dlatego tak bardzo przypominali mi Depeche Mode – tamci (też z Essex) zaczynali jako słodcy chłopcy przypisani do nurtu New Romantic, by później stać się pionierami mrocznego elektronicznego grania, które zyska wiernych fanów zwłaszcza w centralno-wschodniej części Europy. The Prodigy wyszło z podziemnych rave’ów i przekształciło się w industrialno-gitarowo-taneczną hybrydę, wyjątkowo uwielbianą w podobnych rejonach geograficznych, co ich starsi koledzy. Do dziś żałuję, że nie udało mi się wybrać na ich koncert.

Mimo że ich ostatni album początkowo nie przypadł mi do gustu, to im bardziej się w niego wsłuchiwałem, tym większa stawała się moja sympatia dla No Tourists. Te numery wgniatają w ziemię i sprawiają, że niemal 30-stoletni gryzipiórek wyobraża sobie, że jest częścią swojego ulubionego bandu i skacze po scenie niczym rasowy rock’n’rollowiec. W poniedziałek rzucił mi się w oczy komentarz koleżanki na jednym z portali społecznościowych, która pytała, czy to prawda, że frontman The Prodigy nie żyje. Akurat z głośników leciał u mnie któryś z tracków z najnowszego krążka Liama, Keitha i Maxima, a tu taka wiadomość…

Keith Flint został znaleziony martwy w swoim domu rankiem 4 marca. Kilka godzin później Liam Howlett na oficjalnym Instagramie zespołu napisał, że przyczyną śmierci jego kumpla było samobójstwo. Facet, który w wywiadach mówił o miłości do adrenaliny, kochał szybką jazdę motocyklem (był właścicielem oraz managerem zespołu wyścigowego Team Traction Control), podczas występów na żywo czuł się jak ryba w wodzie, a w życiu prywatnym uchodził za ciepłego i sympatycznego człowieka, zmagał się z depresją. To ogromna strata dla rodziny i kolegów Keitha z zespołu, ale również dla fanów na całym świecie, którzy widzieli w nim symbol walki z rutyną codzienności. Kiedy członkowie innych bandów starali się utwierdzać swoich słuchaczy w przekonaniu, że świat jest okrutny lub próbowali ich indoktrynować, The Prodigy oferowali im ucieczkę w taniec i dobrą zabawę. Keith był tego doskonałym przykładem i takiego go właśnie zapamiętam – hipisa, ravera i punkowca w jednym.

P.S. Jeśli cierpicie na depresję lub macie problemy, z którymi nie możecie sobie poradzić, nie bójcie się sięgać po pomoc specjalistów. Żyjemy w świecie odartym z tematów tabu. Nie boimy się wstawiać półnagich fot do netu, pisać wulgarnych komentarzy. Dlaczego więc wstydzimy się mówić o naprawdę istotnych tematach? Może najwyższy czas to zmienić?

Tekst: Elvis Strzelecki

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera