Zawsze wymykać się schematom – rozmowa z Michelem Gondry

Mężczyzna opierający się o blachę samochodu

Stworzył dziesiątki wideoklipów m.in. dla Björk, Becka czy The White Stripes. W długim metrażu debiutował dopiero w 2001 roku filmem Wojna plemników. Zaledwie po trzech latach otrzymał Oscara za swój kolejny obraz Zakochany bez pamięci. To dopiero początek filmowej historii znanego francuskiego reżysera i scenarzysty. Ciąg dalszy opowie on sam – Michel Gondry we własnej osobie.

Stałeś się sławny dzięki swoim wideoklipom, które ukształtowały wrażliwość milionom fanów muzyki i kina. Dziś ten gatunek nie jest już tak popularny, jak przed laty. Jak Twoim zdaniem rysuje się przyszłość teledysków?

Cóż, my, filmowcy przy kręceniu klipów jesteśmy razem z muzykami częścią tego samego medium. W latach 80. i 90. teledyski uczyniły olbrzymi krok w stronę prawdziwego kina. Były kręcone z wielkim rozmachem. Wielu reżyserów, podobnie jak ja, zaczynało od teledysków. A dziś… Szczerze? Nie wiem, w jakim stopniu ten gatunek przetrwa.

Dziś młodzi zaczynają od robienia reklamówek. Sądzisz, że na początek kariery wymaga to trochę innego rodzaju kreatywności, niż przy kręceniu teledysków? Pytam o to, ponieważ odnosiłeś olbrzymie sukcesy na obu tych polach.

Oczywiście, że robienie teledysków wymaga większej kreatywności. Przy reklamówkach jesteś uzależniony od decyzji innych – choć oczywiście również kreatywnych ludzi. Z drugiej strony tworzenie reklam dobrze przygotowuje do pracy nad filmem pełnometrażowym, gdzie też musisz współpracować z producentami i całą wielką ekipą realizacyjną. Osobiście w reklamówkach widzę jedno, ale bardzo duże zagrożenie dla młodego filmowca – one często operują stereotypami, czyli hasłami typu: Japończycy są dobrze zorganizowani, Ameryka jest wielka i tym podobnymi rzeczami, które wiedzą wszyscy. Reklama musi być na tyle prosta, by zrozumiał ją absolutnie każdy. Choć i w przypadku robienia reklam są pewne plusy – reżyser ma na planie naprawdę świetne warunki, nierzadko lepsze, niż podczas kręcenia pełnego metrażu. Trzeba pamiętać, że wiadomość, jaką twórca chce przekazać, jest uzależniona od potrzeby zwięzłości i uniwersalności, ale to nie oznacza operowania stereotypami.

Co ciekawe, powiedziałeś kiedyś, że bycie kreatywnym oznacza jednocześnie bycie niedojrzałym…

Tak. Kreatywność dziecka jest tak wielka, że mogłaby rozwalić cały świat. W dzieciństwie masz dużo więcej wolności – kiedy budujesz zamki z klocków Lego albo rysujesz, czy robisz domek na drzewie, nikt nie stanie nad tobą i nie powie, że jesteś niedojrzały. A potem, kiedy dorastasz, rzeczywistość często zmusza cię, żebyś myślał schematami, ogranicza twoją wyobraźnię. Zdążyłem już się z tym pogodzić, że to naturalne.

Nie wiem, czy budowałeś ze swoim synem zamki z klocków. Słyszałem za to, że razem obejrzeliście masę filmów, dyskutując o każdym z nich. Czemu wybrałeś akurat taką metodę wychowawczą?

Chciałem w ten sposób rozwinąć jego wyobraźnię. I udało się. Jest teraz artystą, bardzo mądrym, inteligentnym człowiekiem. Może faktycznie obejrzałem razem z nim trochę więcej filmów niż przeciętny rodzic ze swoim dzieckiem. Jednak nawet jeśli wychodzi się z maluchem do kina raz na parę miesięcy, to daje bardzo dużo.

Sądzisz, że gdyby bohaterowie twojego przedostatniego filmu To my, a to ja (portretu nowojorskich dzieciaków, podróżujących wspólnie szkolnym autobusem – przyp. red.) byli wychowani w ten sposób to nie mieliby takich problemów, jak na ekranie?

Tyle że oni też są bardzo rozwinięci emocjonalnie. To nastolatki ze złych dzielnic, dorastające w otoczeniu przemocy i patologii. Wiesz, w rzeczywistości mogli skończyć dużo gorzej niż na filmie. Na przykład mogli nie jechać tym szkolnym autobusem, tylko siedzieć na chodniku i patrzeć się na niego z zaciętymi minami.

Ten film – podobnie, jak Dave Chappelle’s Block Party – kręciłeś w Nowym Jorku, gdzie zresztą mieszkasz. Co jest tak fascynującego w tym mieście dla Francuza z Wersalu, wychowanego w zupełnie innej kulturze?

Myślę, że Nowy Jork to szalenie europejskie miasto. Mieszka tam wielu imigrantów. Jest dużo bardziej zorientowane w tym, co dzieje się na całym świecie, niż inne amerykańskie miasta. Na przykład Los Angeles jest zdecydowanie bardziej skupione na samym sobie. Ale tu wrócę do tego, co mówiłem przy okazji reklamy– nie chcę operować stereotypami, przecież i w Nowym Jorku, i w Los Angeles żyją wspaniali, wymykający się schematom ludzie. I to oni tak naprawdę budują klimat miasta. Nowy Jork cały czas się zmienia, jest w bezustannym rozwoju. Mój syn tak lubi tam mieszkać, że nie wyobraża sobie życia gdziekolwiek indziej.

Z drugiej strony wielkie miasta w twoich wczesnych klipach, na przykład Bachelorette albo Army of Me, zrealizowane dla Björk, wyglądały strasznie ponuro, odpychająco…

Bo użyłem tam kontrastów miasto – las. Chciałem, żeby obie teledyskowe historie zyskały na swojej prostocie. Trochę jak u Chaplina: miasto to wielkie budynki, hałas i obcy ludzie. Liczyła się opowieść. Metropolia była tylko drugim planem. Twój ostatni film, dokument.

https://www.youtube.com/watch?v=EnZzE89Qn7w

Czy Noam Chomsky jest wysoki czy szczęśliwy to częściowo animowana opowieść o jednym z największych światowych myślicieli, przemycająca na ekran jego idee. To był twój najtrudniejszy film do zrealizowania?

Nie, absolutnie! Chomsky bardzo pomógł mi w tworzeniu tego filmu. Spotykaliśmy się, on opowiadał mi o swoich ideach, a kiedy nie rozumiałem jakiejś myśli albo zwrotu – jestem Francuzem i język angielski ciągle ma przede mną wiele tajemnic – Chomsky wyjaśniał mi to w prostszy sposób. Później ja przekładałem jego słowa na animacje, starając się stworzyć dla nich nową rzeczywistość. Miałem nad wszystkim pełną kontrolę, więc nie, to nie był mój najtrudniejszy film, wręcz przeciwnie.

Animacje pomogły ci w zrozumieniu myśli Chomsky’ego, czy jego, jako człowieka?

I w tym, i w tym. Przyznam się, że nie zawsze go rozumiałem. Być może jego myśli były dla mnie zbyt skomplikowane, dlatego starałem się stworzyć nowy obraz Chomsky’ego w mojej głowie, a potem na rysunkach.

Wszyscy rozmawiają z Tobą o marzeniach, więc postaram się być oryginalny i zapytam o rzeczywistość. Zdarza ci się, że rzeczy z Twojego najbliższego otoczenia – na przykład ulicy, przy której mieszkasz czy dzielnicy – są inspiracją w tworzeniu kolejnych filmów, klipów, reklamówek?

Tak, trafiają się takie sytuacje. Na przykład jakieś 20 lat temu jechałem przez Paryż autobusem, w którym znajdowała się masa dzieciaków, uczniów pobliskiej szkoły. Byli niezwykle głośni. Biegali po całym pojeździe. Klęli. Byli tak irytujący, jak tylko możesz to sobie wyobrazić. Miałem ochotę ich uciszyć, ale zamiast tego zacząłem słuchać tego, o czym mówią. Im dalej jechaliśmy, tym ich rozmowy stawały się poważniejsze, głębsze. I to była jedna z inspiracji dla To my, a to ja.

Tekst: Jacek Sobczyński

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera