WANTED: Coaching

Ekspresowe uzdrawianie bez zastrzyków. Zamiast kozetki kolorowy wykres celów. W miejsce białych kitli dobrze skrojone włoskie garnitury. Zasada pięciu kroków zastępująca weekendowe porozumienie dusz z barmanem. Coach uczyni cię najlepszą wersją siebie all inclusive i w stylu mocno glamour.

Kolejna sobota wita tym samym podręcznym zestawem udręczenia: głowa z ołowiu wielkości dyni, w ustach kraj Trzeciego Świata, a w historii fejsowych rozmów nie do końca przemyślane wyznania. Na przeglądanie zdjęć brakuje odwagi. Z głośników leci Taco Hemingway, który w kilka minut opowiada historię twojego życia. Jednym okiem przeglądasz twarze z Tindera – wprawdzie trochę po kryjomu, bo to już trochę wstyd, ale bez traum, ponowoczesność dawno poradziła sobie z tym przeterminowanym uczuciem.

Poznaj swojego coacha

I wtedy na scenę wchodzi coach, przekonując, że wszystko może wyglądać inaczej. Ma szeroki biały uśmiech, pogodne spojrzenie i ciepły, acz stanowczy głos, którym mówi, że oto przed tobą droga trafnych wyborów, fajnie, że jesteś, ruszamy za minutę. Ale zaraz, zaraz. Może najpierw sprawdź, kto cię właściwie zabiera, czego należałoby się spodziewać i czy podróż w głąb siebie jest rzeczywiście twoim wycieczkowym planem na wakacje. Coaching narodził się oficjalnie w 1992 roku wraz z powstaniem Coach University z inicjatywy Thomasa Leonarda, chociaż wcześniej nieśmiało pojawiał się w różnych odmianach. Określany mianem interaktywnego procesu szkolenia, generalnie zajmuje się pomocą w odkrywaniu człowiekowi jego mocnych stron i oczekiwań, a potem uczy, jak poprowadzić rozwój w najlepszym kierunku. I to zarówno zawodowy, jak i osobisty. Coaching kładzie bowiem nacisk na spójność poszczególnych obszarów życia. Tyle teorii. Powiedzmy sobie jednak szczerze, frazy: „dasz radę”, „weź się w garść” albo „będzie dobrze” rzucały już babcie naszych babć, nieświadome swojej mocy wspierania rozwoju osobowości. W ciągu nieco ponad 20 lat pojawiły się za to tysiące tzw. trenerów, wyciągających ręce w geście pomocy wszystkim, którzy potrzebują uścisku. Tyle, że to żadne free hugs z Krakowskiego Przedmieścia czy Patelni, a w pełni zwaloryzowany gest, trzy stówy wzwyż.

Pierwszy krok wygląda zwykle podobnie. Spoglądasz na siebie w lustrze – masz nadzieję zobaczyć w odbiciu milion dolarów, ale brutalny świat szybko uświadamia ci, że rozmawiamy o innych kwotach. Kawałek szyby z satysfakcją donosi, że gdyby cię spieniężyć nie wystarczyłoby nawet na paczkę papierosów. Rzucasz okiem na laptop – pastelowy coach zapewnia, że nie ma problemów, są szanse, a zmiana zaczyna się w Tobie (zawsze wielką literą, przecież jesteś najważniejszy). Decyzja wydaje się jasna. Zanim jednak pozwolisz, by ktoś opowiadał ci alegoryczne historyjki, które mają być metaforą twojego życia, albo weźmiesz do ręki kolorowy pisak, żeby wypisać swoje sukcesy, włączasz pierwszy lepszy filmik z motivational speech.

Robisz to źle

Już po mniej niż dwóch minutach kontaktu z mądrością coacha zaczynasz łapać, dlaczego, mimo że od siedmiu lat masz prawo jazdy, nie jeździsz mercedesem. Do tej pory myślałeś, że to po prostu dlatego, że nie nazywasz się Szczepan Twardoch i nie jesteś poczytnym pisarzem. I to wyjaśnienie przekonywało cię w stu procentach. Zabukowany w swojej strefie komfortu, na wszelki wypadek wyprodukowałeś jednak trochę hejtu na nieszczęśliwe pochodzenie i niefortunne DNA, ale ostatecznie zapomniałeś o sprawie. Teraz siedzisz przed laptopem, powoli buforuje się filmik i już za moment poznasz resztę istoty wszechświata. Niezawodny coach spieszy bowiem z wyjaśnieniem, że chodzi o coś zupełnie innego. Od lat źle sobie rozrysowujesz cele. Zamiast zastanawiać się, co zrobić, żeby być bogatym, skupiasz się na tym, żeby ostatni przelew wystarczył ci na zapłacenie za czynsz, internet i nie zmuszał do jedzenia bułek z masłem przez resztę miesiąca. Mówiąc inaczej – patrzysz pod nogi, a powinieneś przed siebie. W 10. minucie czujesz, jakby ktoś bez ostrzeżenia rozbił ci na głowie butelkę tequili. Oto właśnie dociera do ciebie, że nie określiłeś swojej życiowej misji, więc to chyba normalne, że nie udaje ci się jej zrealizować, prawda? Ale prawdziwy zwrot o 180 stopni funduje ci minuta 17., w której dowiadujesz się, że w swoim celu trzeba się zakochać. Masz mieć motyle w brzuchu na myśl o wakacjach w Nowym Jorku, prywatnym jachcie i sześciu zerach na koncie. Więc już, nie mamy czasu, fall in love i jedziemy dalej.

Wiruje ci w głowie. Coach siedzi prosto, wyraźnie artykułuje kolejne głoski, a tobie w mózg wwierca się nowe słowo, z którym musisz się jak najszybciej zaprzyjaźnić: motywacja. Bez tego ani rusz, nic się nie zmieni, a zmiany są dobre. Chcesz przecież pokonać emocjonalne tsunami, które przetacza się po twoim marnym, nieatrakcyjnym życiu. Marzysz o większej pewności siebie i sięganiu coraz wyżej. Wystarczy, że zadzwonisz, jeszcze trwa specjalna oferta, ceny mocno promocyjne. Potem musisz tylko nacisnąć klamkę do pokoju, w którym siedzą trenerzy podobni do twojego internetowego zbawcy – każdy mógłby z miejsca liczyć na intratny angaż w reklamie pasty do zębów. Ale oni uśmiechają się do ciebie, ty jesteś ich kontraktem reklamowym. Decydujesz się.

***

Coaching na pierwszy rzut oka wygląda jak dobrze napisana baśniowa opowieść, w której nawet jeśli przez większość czasu taplasz się w błocie i szukasz swojej księżniczki, na końcu i tak wciskają ci koronę na głowę, a do ręki dostajesz berło. I najważniejsze – to wszystko po prostu ci się należy. Tyle że nie do końca. Wszystko streszcza się w stwierdzeniu, że jeśli czegoś nie masz, to dlatego, że nie odkryłeś w sobie potencjału, geniuszu czy innej błękitnej krwi, które uprawniają cię do dalekosiężnych planów. Możesz być kim chcesz, tyle że, jak chcesz być szewcem, to trochę się marnujesz, bo szewcy nie bywają szczęśliwi. Możesz śpiewać, tańczyć, być dyrektorem kreatywnym dużej agencji, ale jak podbijasz fleki, to coś jest z tobą nie tak. Pogubiły ci się potencjały, fruwa ci po życiu jakiś talent, którego nie potrafiłeś do tej pory złapać. Ergo: ogarnij się.  Nie możesz być przeciętny. Przeciętniacy nie zmieniają świata, a ktoś to robić musi. Dlatego raz, raz, rozejrzyj się wokół. Nie widzisz w okolicy żadnego Supermana? Prawdopodobnie to ty nim jesteś. I tak w kółko.

Zapoznaj się z ulotką

Kiedyś bardzo pomogła mi naiwna zasada, przekonująca, że z każdej życiowej sytuacji można po prostu wyjść. Stresuje cię jakaś rozmowa telefoniczna? Odkładasz słuchawkę. Ludzie w kawiarni dziwnie na ciebie patrzą? Niczego nie zamawiasz i idziesz do innej. Coaching, pod przykrywką zwiększania samoświadomości, jest rozpisanym na kolejne interwały alienowaniem się z rzeczywistości. Naiwną ucieczką od realnych barier – bo wbrew temu, co się wydaje, nie wszystkie blokady i kagańce nakładamy sobie sami (i tu należy pozdrowić psychologię społeczną). Przekonuje, że jesteś stworzony do wyższych celów. A co jeśli, twoje górne widełki oscylują wokół beznadziejnej pracy i mało adventerous hobby? Trafiasz do katalogu H jak Hiob? Morał z tej bajki jest prosty: coaching działa, ale tylko, jeśli jesteś biały, wykształcony i mieszkasz w dużym mieście. I lepiej, żebyś był mężczyzną, na dodatek przystojnym, co sugerują nawet przymiotniki w tym wyliczeniu. Wtedy czekają cię poranne wybuchy entuzjazmu i motywacji, jak funpage Smutni Trenerzy Rozwoju Osobistego komentuje nowy dzień każdego wytrenowanego. Problem pojawia się, gdy te wytyczne słabo się ciebie trzymają i okazuje się, że w związku z tym plaster z pozytywnego myślenia ma umiarkowaną przylepność.

 

tekst | Karolina Rudnik

Ilustracja | Michał Dąbrowski

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera