Ten Typ Mes: Jestem ciągle poza nawiasem

Jeden z najlepszych polskich raperów, Ten Typ Mes, w rozmowie z HIRO opowiada o tym, co go wkurza w polskim przemyśle muzycznym, zastanawia się, jak wyglądałby jego typowy dzień, gdyby jednak został dresiarzem i zdradza, dlaczego jego zdaniem nie należy się zbyt mocno przywiązywać do swoich planów.

Wróciłeś właśnie z wyprawy do Los Angeles. Jakie wrażenie zrobiło na Tobie Miasto Aniołów?

Uderzył mnie przede wszystkim brak ludzi na chodnikach. Film “Miasto gniewu” zaczyna się takim wywodem, że mieszkańcom LA brakuje bliskości, bo ciągle siedzą w samochodach. To miasto nie ma żadnej mocy przyciągania, za to na pewno ma moc dzielenia ludzi na grupy i podgrupy. Teraz lepiej rozumiem prozę Bukowskiego, a to, mimo upływu lat, ważny dla mnie pisarz. Nie rozumiem natomiast zajawki na blichtr i stolicę rozrywki. LA jest raczej zaniedbane, a kluby… jak kluby – bramkarz, nieprzyjemni barmani, jakieś ślady po kreskach w kiblu, napięci goście, wypięte panny, skoczna muzyczka, nihil novi. Nie chcę jednak narzekać, przeciwnie, cieszę się, że to nie była podróż muzealno-restauracyjna.

4 Bartek Mindewicz

Po powrocie napisałeś felieton, w którym przyznałeś, że bardzo nie chciałbyś być ciemnoskórym mieszkańcem USA. To może wydawać się dość zaskakujące, bo pewnie wiele osób z Twojego środowiska bardzo by sobie tego życzyło. Co Cię skłoniło do takich przemyśleń?

W LA słyszałem taką rozmowę między afroamerykańskimi rodzicami: typ pytał, czy kobieta – wyluzowana matka w średnim wieku – gadała już z synem o policji. Odparła mu na to, że nie chce uprzedzać młodego do munduru i czeka na naturalny rozwój spraw, choć pamięta swoje przejścia z „oficerami”. Optymistka. Gość nalegał, by jednak nie unikała tematu, bo dla dzieciaka to, jak się odniesie do policjanta na ulicy może być sprawą życia i śmierci. Nie sądzę, by ktokolwiek w Europie, szczególnie po upadku muru berlińskiego, miał takie problemy z wyglądem i policją. Ja bym bardzo nie chciał.

Artysta czy raper? Z którym określeniem bardziej się identyfikujesz?

Jedno i drugie jest prawdziwe. Raper to z reguły artysta, bo pisze swoje rzeczy i o ile się postara będzie to sztuką. Złą lub dobrą, ale nie będzie to rzemiosłem ani produktem. Sztuka i artyzm kojarzą się z perukami sprzed trzystu lat czy płótnem Matejki – cóż, można i tak. Dla mnie sztuka jest przede wszystkim użytkowa. Służy do używania, niezależnie, czy to jest design pomysłowego kubka, w którym piję herbatę, czy piosenka wprawiająca mnie w dany nastrój.

Na albumie “Trzeba było zostać dresiarzem” niespodziewanie wszedłeś w rolę piewcy codzienności. Nie tworzysz opowieści przez pryzmat samego siebie, ale opierasz się na obserwacjach otaczającego Cię świata. Skąd taka wolta? Nie jesteś już „kandydatem na szaleńca”?

Jestem, tylko inne szaleństwa mi grożą. Pracując nad pierwszą płytą, miałem 19 lat, groziło mi szaleństwo nadwrażliwości w postaci niedorzecznego zakochania się w pewnej dziewczynie. Groziła mi też niesamodzielność powodowana wyborem dziwnej drogi zawodowej, a także to, że będę ciągle zależny od rodziny. Dziś jestem niezależny i dobrze ulokowałem uczucia, ale trudno nie zwariować, słysząc o tym, jak żyją współcześni trzydziestolatkowie. Pracują w korporacji już siódmy rok, czują się ważni, choć konsumpcjonizm dojeżdża ich kredytami. Mają swoje problemy, ale kryją je za mieszczańską maską. Albo o buncie młodych – tak naprawdę wobec sam nie wiem czego. Nie czuję się ani takim młodzieńcem, ani takim trzydziestolatkiem. Ciągle jestem poza nawiasem, a tam szaleństwo poluje co drugi wieczór.

Współczesna Polska to dla Ciebie…

Oczywiście jest mi ogromnie przykro, że wciąż są ludzie, których transformacja kompletnie oszołomiła, poprzewracała i np. sprzedają swoje mieszkania za 5000zł jakiemuś cwaniakowi, który w tej transformacji się umościł. Bo był czarujący i dawał gotówkę. Ogólnie jednak pod niemal każdym względem jesteśmy mega do przodu w porównaniu do 1994 czy innego 2002 roku, które doskonale pamiętam. Nikt mi nie powie, że jest dramatycznie. Wystarczy wziąć dowolne zdjęcie polskiego miasta albo polskiej wsi z tamtego okresu i porównać ze współczesnymi kadrami. Poza dyskusją o polityce, warto po prostu zrobić sobie takie zestawienie. Jeśli, nie daj losie, coś się zaraz popsuje, a za progiem mamy przecież wojnę, to wczesne nowe millenium będziemy wspominać jako złoty czas, „mendząc” jak to było fajnie w 2015.

A jak podoba Ci się wizerunek dresiarzy stworzony przez Dorotę Masłowską, występującą pod pseudonimem Mister D.? Jest kompatybilny z tym, jak Ty postrzegasz to środowisko?

Podoba mi się, bo nie słyszałem wcześniej takich piosenek. Punkt za odkrywczość. Jeśli coś jest nie po angielsku i nie traktuje o utraconej miłości, to też plusuje choćby za to. Mnie chodziło o coś innego niż Dorocie Masłowskiej – o unikalność tego dresiarstwa w skali świata. Meksykanin we wspomnianym Los Angeles ma kraciastą koszulę, łysy łeb i bródkę. Takim kodem się posługuje i nie ukrywa swojego pochodzenia. My mamy cwaniaczka na rowerze górskim w białych skarach i czapce najka. Taki folklor miejski. Akceptujmy albo narzekajmy.

Wyobraź sobie, że zostałeś jednak dresiarzem. Jak wyglądałoby Twój typowy dresiarski dzień?

Mógłbym mniej się przejmować. Być bardziej bezczelny. Traktować swoją rodzinę jako pępek świata, który należy wspierać, a nie po prostu jak kolejną komórkę społeczną. Moja kobieta uznawałaby buractwo za przejaw siły i zaletę, a nie wadę, nad którą trzeba pracować. Byłby to dzień piękny i jednocześnie przerażający. Kupiłbym konsolę i zjadł listek leków na nieżyt zatok. Odpalił piwo o 13:30 i nie zaplanował końca picia. Kuszące.

3 Bartek Mindewicz

W sierpniu wystąpiłeś na OFF Festivalu, który kojarzy się głównie z muzyką alternatywną, ale niekoniecznie z polskim rapem. Publiczność przywitała Cię jednak entuzjastycznie.

To był koncert z tych rozkręcających się. Jeśli ktoś widział początek, to cóż, nosił on znamiona walki, bo słońce waliło centralnie w trawę przed nami i nie było do kogo się produkować. Potem przyszli ludzie ciekawi dźwięków, zrobiło się ciemnawo. Graliśmy muzykę, skakaliśmy, śpiewaliśmy, rhodesowe klawisze kładły poduszkę pod perkusję, więcej w tym chyba hipisowsko-funkowej mocy niż rapowego rapu, gdzie ktoś stoi w miejscu i krzyczy. Pod koniec tego koncertu czułem się naprawdę dobrze i na miejscu. I dziękuję za zaproszenie, bo nigdy wcześniej na OFFie nie byłem.

Twoje albumy bardzo często trafiają na listy najlepszych polskich wydawnictw hiphopowych. A jaki jest TOP 3 Twoich ulubionych krążków wydanych przez rodzimych raperów?

 Szczerze powiedziawszy, to mam wrażenie, że moje płyty przeszły raczej bez echa. Jednak zupełnie mnie to nie rusza, nagrody mają sens w sporcie czy może wyścigu po zysk. Gdy ktoś przebiegł daną odległość w czasie X czy zrobił zysk kwartalny Y, nie dyskutujesz z tym wynikiem. A to, że dany dziennikarz woli płytę taką od siakiej… To tylko jeden subiektywny głos czy pięć subiektywnych głosów na dziesiątki miast, w których siedzą wrażliwi i osłuchani ludzie. Setki, tysiące takich gości czy dziewcząt, którzy czują muzykę. Nierzadko obdarzeni są zmysłem, którego dziennikarz nie ma, choć opisać umie. W odbiorze sztuki ludzie są podatni na sugestie, można im pulę dźwięków opakować w hipstersko-snobistyczny prezent i nagle posypią się listy miłosne do ósmej artystki kopiującej Lanę Del Rey. Coś jak dla podatnej na sugestie kobiety brzydki i głupawy facet w drogim garniturze za kierownicą fancy auta.

Na szczęście są też talenty niezaprzeczalne, trudne do zignorowania przy ustawianiu nagród, jak Natalia Przybysz czy Organek, słusznie docenieni. No dobra, a teraz TOP trójka rapowa… Kolejność dowolna: pierwsza Molesta za bity i historie, tzw. „podwójny Volt”, czyli „Hip Hop Produkcja” DJ-a 600V za mnogość stylów i pierwszy Warszafski Deszcz za bity i energię. Te płyty mnie ukształtowały, na ich bazie chciałem rapować lepiej, inaczej, po swojemu. Słuchałem w podobnym czasie oczywiście innych albumów, nierzadko lepszych, Starego Miasta czy Łony, ale to już było ciut później, wtedy już coś się odkleiło i wiedziałem co i jak. Słuchając pierwszego WFD, chłonąłem bezkrytycznie pełną piersią, dziewiczym uchem. Byłem zachwycony

Co Cię wkurza najbardziej w polskim przemyśle muzycznym?

Z uporem maniaka powtarzam, że śpiewanie po angielsku na banalne tematy. Śpiewanie po polsku o niczym. Szycie tekstów pod publikę zamiast zarażania ludzi swoimi wizjami i zajawkami. Reggae’owe teksty o Babilonie, bo ostatnio od znajomych po religioznawstwie, znajomych ateistycznych zresztą też, dowiedziałem się, czym naprawdę jest Babilon i teraz zbiera mi się na śmiech, jak słyszę te farmazony. Ogólnie – teksty. Muzycznie jesteśmy światowymi kozakami, Kamp! czy Radzimir Dębski mogliby robić bity każdemu, głosy wokalistek też bywają światowe. Nie ma lipy.

Czy jest jakiś rym, tekst utworu, który stworzyłeś w swojej długoletniej karierze i pod którym dzisiaj byś się nie podpisał?

Pewnie tak, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Poczekaj…pierwsze skojarzenie to rymy o ludziach, którym dużo pomogłem i których tymi rymami wysławiałem jako doskonałych kumpli, a oni potem odwrócili się ode mnie, zostawiając długi, nie tylko wdzięczności. Ale przy ośmiu albumach to jedynie parę wersów, trzeba tę przykrość przełknąć, wyciągnąć wnioski i iść dalej.

Lubisz piwo Alkopoligamia?

No raczej! Najbardziej lubię jego moc, nie jest ani sikaczem, ani mózgojebem. Świetnie wchodzi z mięsem. Można wypić wiele i żyć. Najbardziej nie lubię, kiedy trafię na nie w sklepie nocnym, a zdarzyło się tak parę razy. I oto jestem podcięty ja i lodówka i różne marki do wyboru, muszę wydać na nasze piwo niemało pieniędzy, jako dziwna hybryda wytwórcy i klienta. Tak jednak to działa, że musimy dzielić jedną butlę na wiele części i stąd cena. Jak dla mnie wciąż warto wesprzeć wytwórnię muzyczną i dołożyć się pośrednio do budżetu teledysku ulubionej piosenki, niż kopsnąć 3,5 blachy wielkiej zagranicznej korporacji.

2 Bartek Mindewicz

Wygląda na to, że wytwórnia, którą założyłeś wspólnie z Witkiem Michalakiem i Łukaszem Stasiakiem, zajmuje się dzisiaj nie tylko produkcją i wydawaniem płyt. Sprzedajecie także ciuchy czy właśnie browar. Z polskiego rapu nie da się wyżyć? Czy po prostu odkryliście w sobie nutkę biznesmanów?

Odkryliśmy Amerykę, że budżet płyty to udział muzyków, ich zarejestrowanie, miks, mastering, promocja, teledyski i oczywiście tłoczenie CD, winyli i druk okładek. Rozumiemy, że ludzie chcą muzyki za darmo, idziemy więc z nimi, a nie przeciwko nim i w dniu premiery umieszczamy np. płytę na YouTube. Płyta, nad którą czuwał Noon czy inny Jacek Gawłowski, nocami dopieszczając poziom basu w trzynastej sekundzie piątego utworu, za darmo na jakiejś stronie! Kiedyś nie do pomyślenia. W związku z tym kombinujemy jak nie być w plecy, a potem jak być do przodu w innych sprawach. I z każdą z tych spraw – od piwa po kolor bawełny na pięcie skarpetki – utożsamiam się w stu procentach.

Wydajesz swoją muzykę nie tylko na płytach CD i w formacie MP3, ale także na winylach. Jak idzie ich sprzedaż?

A to różnie. Zależy od wydawnictwa. Nie ma żadnego diagramu. To showbiznes, tu nie ma nudy. Pojedynczy album może cię czymś zaskoczyć. Gorzej sprzeda się winyl, a z jakichś względów niskobudżetowy teledysk osiągnie milion na YouTubie. Albo na odwrót, zdjęcia w klipie jak Camerimage, scenariusz jak nowela kryminalna, detale doświetlane godzinami przez trzech gości z lampami żrącymi mnóstwo prądu, a oglądalność okazuje się skromna. Za to winyle opuściły magazyn w dobę! Nigdy nie skumasz, możesz się tylko uśmiechnąć wobec swoich planów.

Emil Blef, z którym współtworzyłeś zespół Flexxip, zakończył swoją przygodę z mikrofonem i skupił na karierze w branży kreatywnej. Gdyby dzisiaj ktoś Cię zmusił do porzucenia muzyki, czym byś się zajął? Widzisz siebie w korpo?

Nie. Może gdybym musiał zapewnić komuś byt – nowemu dziecku albo starej babci – to zrobiłbym taki ruch. Pewnie, gdyby nie muzyka, pozostałbym blisko liter. Ale nie wiem w jakiej formie… Lubię się z literami i dźwiękami, jakoś starałbym się społeczeństwu przysłużyć.

rozmawiał | Kamil Downarowicz

zdjęcia | Bartosz Mindewicz

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera