Sytuacje, w których stwierdzasz, że lepiej było zostać w domu

Dziewczyna w czerwonej bluzie z torbą na głowie

Nie zawsze warto stawiać czoła temu, co świat ma nam do zaoferowania. Zwykle uświadamiamy sobie to dopiero po fakcie albo co gorsza — w trakcie, kiedy już za bardzo nie mamy możliwości odwrotu. Wtedy jedyne, co nam pozostaje to właśnie ta myśl: po co w ogóle wychodziliśmy z mieszkania?

Poranne podróże komunikacją miejską

Jest dość wczesna godzina, pomiędzy 6:00 a 9:00. Udało ci się pokonać własne wewnętrzne demony, podpowiadające, że kołdra i trzy koce byłyby lepszym rozwiązaniem na ten dzień, ale jednak robisz to – wychodzisz z domu. Idziesz na przystanek, dworzec, stację metra – cokolwiek masz najbliżej. A tam na to samo, co ty czeka na oko z milion osób. W autobusie, który nadjeżdża, jest drugie milion osób, które miały to szczęście wsiąść na wcześniejszym przystanku. Drzwi się otwierają, zaczyna się walka o przetrwanie. Wszyscy chcą wsiąść i wszyscy wsiądą, bo przecież Polak potrafi. Po prostu przez najbliższe 20 minut poczujesz jak to jest być klockiem z Tetrisa i dojdziesz do wniosku, że sardynki w puszce mają więcej miejsca od ciebie. Powtarzaj w myślach: warto było wyjść z domu, warto było wstać z łóżka.

Kiedy próbujesz być przykładnym studentem

Wiemy jak to bywa z chodzeniem na wykłady. Nie byłeś na żadnym wykładzie od początku semestru, a dobrze byłoby wiedzieć, jak w ogóle wygląda osoba, u której masz egzamin. Czujesz nagły przypływ studenckiego entuzjazmu. Może nawet coś zanotujesz. Wyjdziesz na mniejszą notatkową hienę. Zamiast zostać zaszufladkowanym do kategorii tych ludzi, którzy przez cały semestr nie pokusili się o ruszenie tyłka z łóżka, powiesz, że nie masz notatek z raptem „kilku” wykładów i poprosisz kogoś o podesłanie tych brakujących. Dumny siadasz w ławce, czekasz na rozwój sytuacji. Niestety przychodzi pani z dziekanatu i mówi, że profesor się rozchorował, a tym samym wykład dzisiaj się nie odbędzie. No cóż, zapożyczając z języka angielskiego – at least you tried.

Żółta postać z kreskówki trzyma tort, napis: At least you tried

Zakupy po godzinie 17:00

W lodówce został już tylko ketchup i parówki, więc wypadałoby pójść do sklepu zrobić jakieś zapasy. Jeśli nie byłeś na tyle sprytny, żeby wybrać się do supermarketu podczas pierwszych 30 minut po jego otwarciu, to idziesz tam dopiero wieczorem, po pracy. Niestety, nie tylko ty wpadłeś na ten pomysł. O ile jakoś udało się wyszarpać spomiędzy tłumu ostatnie kajzerki, i tak masz przeczucie, że nie przeżyjesz stania w dziesięciometrowej kolejce do kasy. Przed tobą jakieś 10 osób z zakupami z cyklu „jakby jutra miało nie być”. Przynajmniej jedna będzie miała problem z płatnością, bo akurat zawiesi się terminal albo zabraknie środków. Ktoś zapomniał czegoś zważyć, a dziecko tej pary, która stoi przed tobą, zaczyna ryczeć i drzeć się na cały sklep. Ty też najchętniej byś się rozpłakał i wolał jednak przebiedować na tych parówkach z ketchupem, które miałeś jeszcze w lodówce.

Niezręczne spotkania na środku ulicy

O ile czasami można przymknąć oko na przypadkowe spotkanie ze znajomym na mieście – powiecie sobie „cześć”, padnie standardowe: „Co tam? W porządku, a u ciebie? Też”, tak gorzej spotkać osobę, za którą nie przepadamy. Może to być znienawidzona koleżanka, kolega, była dziewczyna, były chłopak, czy ktokolwiek z kim wolelibyśmy się nie spotkać. Jeśli zauważycie tę osobę wystarczającą wcześnie, czyli zanim ona zobaczy was, to jesteście zwycięzcami. Najczęściej jednak nikt z nas nie ma tyle szczęścia. Spotkanie jest nieuniknione. Nie poleca się w tej sytuacji próbować udawać drzewa albo chować się za słupem, bo nikt z nas nie chce być potem tematem do żartów wśród znajomych tej osoby przez resztę tygodnia. Głowa do góry, pierś do przodu – po prostu następnym razem zostaniesz w domu (i dla bezpieczeństwa już nigdy z niego nie wyjdziesz).

Dwie kobiety w sklepie

Gdy przychodzisz punktualnie na imprezę

Umawiasz się z kumplami w klubie. Oczywiście na konkretną godzinę. Jak już jesteś na miejscu, dostajesz falę wiadomości: jeden się spóźni, bo mu uciekł autobus, drugi uciął sobie drzemkę i dopiero się obudził, a trzeci musiał zrobić coś ważnego i też, niczym pociąg z Gdańska do Krakowa, ma opóźnienie. Opóźnienie oczywiście może ulec zmianie. Wchodzisz do klubu, bo przecież stanie na dworze jest pozbawione sensu. Nie to, że bycie samemu w środku klubu ma jakiś sens. Zawsze to jednak cieplej. Zamawiasz piwo (za jakieś 15 złotych), siadasz w kącie i scrollujesz w tę i z powrotem Facebooka, ewentualnie dodajesz snapa z klubu dopisując „party hard!!!”. Przy dobrych układach z losem, twoi kumple pojawią się w ciągu godziny. Chyba że, zanim się pojawią, stracisz cierpliwość, wtedy wiesz, co powinieneś zrobić.

Wizyta u fotografa

Na szczęście to wydarzenie zdarza się dość sporadycznie – kiedy akurat musisz zrobić zdjęcie do nowego dowodu, prawa jazdy, dyplomu, paszportu. Odsuwasz ten moment tak długo, jak to możliwe. Niestety, przychodzi ten dzień, kiedy teoretycznie nie masz już wyjścia. Trzeba pójść zrobić zdjęcie. Szykujesz się, robisz na bóstwo niczym szczur na otwarcie kanału. Flesz błyska, przez chwilę nic nie widzisz, ale nadal sądzisz, że jest dobrze. Dopóki fotograf nie pokazuje ci efektu twojego pozowania i hollywoodzkiego uśmiechu. Na wszystkich ujęciach masz minę, jakbyś właśnie dostał nożem między żebra. I w ogóle – od kiedy twoja twarz tak wygląda? Czy na pewno jest ci potrzebny nowy dowód, paszport i po co w ogóle zapisałeś się na kurs prawa jazdy, skoro od tego momentu resztę życia planujesz spędzić w mieszkaniu?

Rudy kot płacze

Akcja „spęd rodzinny”

Dzwoni mama, w sobotę musisz przyjechać do domu, bo są urodziny cioci i cała rodzina jest zaproszona. A niestety, nie masz już wyjścia, bo poprzednie trzy zaproszenia odrzuciłeś (ważne projekty, kolokwia, ciężki przypadek grypy). Przeżyjesz, a przynajmniej napełnisz żołądek na cały tydzień, bo babcia wmusi w ciebie dwudziestą dokładkę. Horror zaczyna się, gdy wszyscy odkładają sztućce i zaczynają ze sobą rozmawiać. A raczej, próbują rozmawiać z tobą. Jak w szkole? Jak w pracy? Masz już jakiegoś kawalera (jakąś pannę)? Kiedy ślub? Dlaczego nie zarabiasz jeszcze 10 tysięcy miesięcznie? Nie wiesz, ale wiesz już, że najbliższa rodzinna impreza, na którą zaakceptujesz zaproszenie, będzie za jakieś 10 lat.

Tekst: Klarysa Marczak

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera