Sylwia Chutnik: Nie znoszę świętoszkowatości

Pisarka, felietonistka, prezeska fundacji Mama i działaczka społeczna. Sylwia Chutnik, laureatka Paszportu Polityki, opowiada o tym, co ją najbardziej fascynuje, co sądzi o kobietach w polskiej polityce i tłumaczy, o czym pamiętać, gdy wybieramy się na randkę. Zdradza też, jak wytłumaczyć, czym tak naprawdę jest gender.

W jednym z wywiadów używasz terminu „warszawka” jako określenia pewnej grupy. Jakbyś zdefiniowała współczesną warszawkę?

O warszawce pisał już Tyrmand w 1954, więc nie jest to zjawisko nowe. Warszawek jest bardzo dużo. Jest ta związana jeszcze z PRL-owską śmietanką towarzyską, zogniskowaną wokół dawnego Czytelnika, bohema artystyczna. To ludzie, którzy mają obecnie po 60-70 lat, ale nadal spotykają się, „bywają”. To określenie odnosi się obecnie także do ludzi, którzy wyznaczają trendy poprzez sposób, w jaki się ubierają, czy miejsca, w których bywają. Myślę, że Plac Zbawiciela jest tu miejscem, gdzie najłatwiej można znaleźć przykłady ludzi tego typu. Inna gałąź warszawki to ludzie skupieni wokół dawnego CDQ-u na Burakowskiej czy klubów praskich. Głównie muzycy, którzy nigdy nie pokazaliby się na Zbawiciela. Można powiedzieć, że do warszawki przynależą także wszelkiego sortu miejscy aktywiści. Nigdy nie określiłabym konkretnej osoby mianem „warszawki”, to raczej określenie pewnych środowisk, które są podzbiorami większej grupy.

Mianem ,,warszawki” nazywasz zatem raczej osoby związane z szeroko pojętą kulturą alternatywną, a nie np. celebrytów…

Ach Boże, celebryci, no tak, zapomniałam o nich (śmiech).

Zwracam na to uwagę, jako że „warszawka” zazwyczaj jest jednak wartościowana negatywnie…

Nie znoszę świętoszkowatości, wszelkiego rodzaju oburzania się z gatunku „do czego zmierza ten świat – tabloidyzacja i celebryci”. No halo, przecież oni zawsze byli. Grupa ludzi znanych z tego, że są znani, która nie zajmuje się niczym konkretnym, ale bywa wszędzie nie powstała w XXI wieku. Teraz oczywiście mamy większe możliwości, żeby ich śledzić, czy publikować zdjęcia, jak ochlapią się sosem w restauracji, więc pewne granice zostały przekroczone. Kiedyś spotkanie na ulicy kogoś znanego było wydarzeniem, którym można się było pochwalić znajomym, celebryta niósł ze sobą aurę tajemniczości, budził w przeciętnym Kowalskim coś pomiędzy miłością a nienawiścią. Teraz o znanej osobie możemy wiedzieć dosłownie wszystko, więc i dystans się zaciera. To karykatura fascynacji ludźmi, którzy odstają od reszty. Nie uważam jednak, że to zjawisko jest jednoznacznie złe. Sądzę, że celebryci też mogą inspirować. Mnie np. o wiele bardziej interesuje życie kolorowe niż zwykłe.

Po Twoich powieściach jakoś tego nie widać (śmiech). Nie masz wrażenia, że mnóstwo swoim bohaterom przypisujesz i że gdybyś zetknęła się z prawdziwymi „paniami Halinkami”, to one nie byłyby nikim ciekawym?

Literatura polega dla mnie na opisywaniu poprzez dodawanie i zmyślanie, podkręcaniu rzeczywistości, nie jestem reportażystką. Mam to szczęście, że mogę zmyślać i nikt mi niczego nie udowodni (śmiech).

Chciałam Cię zapytać o ostatnio najbardziej chyba przechodzony temat. Mianowicie o gender. Jak wytłumaczyłabyś to pojęcie kobiecie, która ma, powiedzmy, 90 lat i nie ma styczności z młodym pokoleniem. Do jakich przykładów byś się odwołała?

Jeśli byłaby związana z religią katolicką, myślę, że najprościej byłoby zacząć od powołania się na słowa „nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe”, a więc daj żyć innym tak, jak chcą. Wiadomo, że odwoływanie się do Judith Butler nie miałyby w tym przypadku żadnego sensu. Mamy swoją płeć, z którą się rodzimy – jako dziewczynka lub jako chłopiec – ale mamy też bardzo wiele zachowań i przyzwyczajeń, które nie mieszczą się w podziale na „kobiece” i „męskie”. To my wybieramy sobie, z czym będzie nam łatwiej, po to, żebyśmy byli szczęśliwymi ludźmi. Jeśli pojedziemy do innego kraju, to tam kobiety i mężczyźni będą zachowywali się trochę inaczej niż w Polsce. Wzorce zachowań nie są nam więc dane odgórnie, od Boga, tylko są czymś, co wytwarza dana kultura. W ogóle, jeśli spojrzymy na te zagadnienia w skali makro, to są to tak naprawdę prawa człowieka – do tego, żeby każdy zachowywał się tak, jak chce, nie krzywdząc przy tym innych, żeby sam wybierał styl życia, jakie chce prowadzić.

Co sądzisz o coraz częstszej, szczególnie ostatnio, obecności kobiet na polskiej scenie politycznej? Mówię tu choćby o Ewie Kopacz czy Beacie Szydło.

Nie wydaje mi się, żeby były to postaci marionetkowe, bo obie są osobami kompetentnymi, nawet jeśli nie zgadzam się z nimi politycznie. Ich obecność jest naturalną konsekwencją tego, że współczesne kobiety są lepiej wykształcone niż mężczyźni, inwestują w samorozwój – robią studia podyplomowe, jeżdżą na stypendia i czują się coraz pewniej. To, że kobiety zajmują coraz wyższe stanowiska jest tego naturalną konsekwencją.

Nie wydaje Ci się, że ich większa aktywność kobiet akurat w tym momencie jest po prostu zabiegiem PR-owym partii politycznych?

Nie śledzę gier międzypartyjnych. Uważam, że są nie tylko głupie, ale też nudne. Wolę już poczytać fantasy, którego notabene nie rozumiem, ale chodzi mi o to, że poziom absurdu na scenie politycznej jest tak duży, że można by się zająć równie dobrze trollami i smokami. Oczywiście w polityce są kobiety, które aż się proszą o łatkę „marionetki”. Muszę tutaj podać przykład Magdaleny Ogórek. Jej kandydatura w wyborach prezydenckich była kuriozalna i bardzo smutna, dlatego, że ośmieszała rzesze kobiet działających na co dzień w samorządach lokalnych. Postać Magdaleny Ogórek, którą możemy zaklasyfikować jako „awatar koncept” robi bardzo źle kobietom, które do rządzenia są przygotowane nie tylko merytorycznie, ale posiadają też kompetencje osobowościowe, są liderkami z wizją. Pani Ogórek chyba nie miała wizji wychodzącej poza konfekcyjną.

Generacja dziewczyn obecnie dwudziestoparoletnich w feminizmie poniekąd wyrastała. Dla tego pokolenia pięcie się po szczeblach kariery jest czymś naturalnym. Problemem staje się za to dobór partnera życiowego – ze świata feministycznych teorii nagle musisz wyjść do realnego mężczyzny, który nie wie, jak się w tej rzeczywistości zachowywać. Jak być w Polsce feministką i chodzić na randki?

Mężczyźni znaleźli się na swego rodzaju rozdrożu, między tym, co było kiedyś, a co jest teraz, nie wiedzą, jak się zachować. Ograną i łatwą pozą jest poza macho, która straciła już datę przydatności. Mężczyźni nie są też przecież ślepi – widzą, że kobiety się zmieniają i nie bardzo wiedzą, jak się do tego dostosować, nawet w kuriozalnych, obyczajowych sytuacjach moi znajomi mężczyźni nie wiedzą czy, jako feministkę, mogą mnie przepuścić w drzwiach, czy się nie obrażę. To czas, kiedy musimy sobie te role na nowo rozpisać. Jedna kobieta nie wytrzyma głupich tekstów, a druga wykaże się zacięciem pedagogicznym i zacznie o tym rozmawiać. Widzę wiele moich koleżanek – wykształconych, pięknych, dusz towarzystwa. Kobiet, które wiedzą czego chcą i są niezależne ekonomicznie, nic tylko ustawiać się z kwiatami i doradzać: „bierz człowieku, póki wolna”. I one mają duży problem ze znalezieniem partnera, bo mają wysokie oczekiwania i nikt mi nie powie, że nie powinny ich mieć. Nie po to harowały tyle lat, żeby zadowalać się byle czym, wyznawać zasadę „najważniejsze, żeby mnie kochał”. Nie chcę, żeby to był lament z gatunku „o jezu, ci faceci”, ale one naprawdę nie mają w czym przebierać. Nie są singielkami z wyboru, to nie jest Seks w wielkim mieście. Ciągłe naginanie się nie jest metodą, ile można zaciskać zęby. Mężczyźni muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, nadążyć za kobietami.

Podjęłabyś się chałtury sensu stricto, zlecenia z gatunku ,,dlaczego ten krem zmieni Twoje życie”?

Wyznaję zasadę „nigdy nie mów nigdy”. Zawodowo nie uznaję też robienia „głupich rzeczy”, a jakiekolwiek pisanie jest zawsze fajnie i dobre, tak długo jak jest moje. Póki co, wszystkie moje zlecenia dotyczą pisania mniej lub bardziej literackiego, głównie felietonów, esejów, ostatnio coraz częściej także „pararecenzji” książkowych.

Masz wśród swoich powieści ulubione literackie dziecko?

Nie. Każda odzwierciedla jakiś etap mojego życia. Natomiast zawsze będę miała sentyment do Kieszonkowego atlasu kobiet. Nawet nie dlatego, że była to moja pierwsza książka, tylko ponieważ był to tzw. mocny debiut. Nagle otworzyły się przede mną drzwi z napisem „literatura polska”, przez które mogłam wejść, czy może nawet wbiec.

O czym piszesz teraz?

Akcja nowej książki rozgrywa się na warszawskim Żeraniu, niejako w cieniu tamtejszego wielkiego komina, który prawdopodobnie trafi też na jej okładkę. Komin błyska nocą i jest rodzajem latarni morsko-miejskiej. Opowiada o Jolancie (i tak też, póki co, zatytułowana jest książka), której rodzice rozwodzą się, gdy ma 11 lat. Historia jest próbą zrozumienia tego, jak czuje się dorosła osoba, która została porzucona w dzieciństwie i co kieruje różnymi jej wyborami, kryje się za motywacjami jej działań.

rozmawiała | Helena Łygas

zdjęcie | Facebook pisarki

Komentarze
Sylwia Chutnik: Nie znoszę świętoszkowatości
5 (100%) 1