Streetwear to ludzie. Rozmawiamy z Konradem Warzonkiewiczem

Konrad Warzonkiewicz to założyciel legendarnego polskiego sklepu Swagger Lizard. Modą interesował się już jako nastolatek, co zaowocowało później stworzeniem miejsca, gdzie ekskluzywnie można było kupić ubrania takich marek, jak: Rockwell by Parra czy Hundreds.

W rozmowie z HIRO opowiedział nam, jak kilka lat temu wyglądało środowisko kultury miejskiej, oraz czym dla niego jest streetwear.

Jak to było wprowadzać pierwsze znaczące, międzynarodowe marki streetwearowe do Polski?

Bardzo fajne uczucie. Tego, co starałem się ściągnąć do Polski, totalnie nie było w naszych sklepach. Co prawda coś tam się pojawiało np. niemiecki Kickz, który został otwarty w Bluecity chyba w 2005 roku. Jednak na więcej za bardzo nie można było liczyć. Zauważyliśmy, że moda się zmienia i ludzie szukają czegoś innego niż stricte hip hopowe marki. Stwierdziliśmy, że czas wypełnić tę lukę. Buty były już mniej więcej ogólnodostępne np. w sklepie Warszawska Nike. Co prawda wszystko było początkowo dość okrojone, no ale nie od razu Rzym zbudowano. Z czasem było coraz lepiej i stwierdziliśmy, że to odpowiedni moment, aby dorzucić do tego jakieś ciuchy. Wszystko urodziło się na i dzięki blogu Phat Fly Sneakers. Zaczęliśmy odzywać się do amerykańskich i ogólnoświatowych marek, część nam odpisała, część nie, wiadomo, jesteśmy w Polsce, czyli powiedzmy na zadupiu Europy.

Moim zdaniem od Was zaczęła się tzw. trzecia fala streetwearu w Polsce, czyli to, z czym mamy do czynienia teraz. Pojawił się Swagger Lizard i polskie marki wzorowane na Stussy, na The Hundereds…

No to jeszcze parę lat później, bo te marki zaczęły się tak naprawdę pojawiać dwa, może ze trzy lata temu. My otworzyliśmy sklep w 2008 roku. W sumie było to niedługo po pojawieniu się firmy Turbokolor. Moim zdaniem to właśnie oni są wyznacznikiem trzeciej fali streetwearu w Polsce. Pomysły Pawła Swanskiego były świeże, przy pierwszej kolekcji po prostu szczęka opadała! Jakieś jeansy z nadrukiem krzyża, kurtki w seledynowych kolorach z gumowymi nadrukami. To wyglądało super.

Jak wyglądało środowisko streetwearowe w latach 2004/2005?

Na przełomie 2004/2005 środowisko dopiero raczkowało. Osób wiedzących co to jest streetwear było bardzo niewiele. Ludzie utożsamiali go z ciuchami hip hopowymi. Każdy, kto znał się jakoś na butach, równocześnie chodził w szerszych ciuchach, to było połączone tak samo, jak koszykówka i hip hop. Buty były częścią zajawki, na którą najbardziej zwracało się uwagę. Wraz z pojawieniem się for internetowych, jak np. Phat Fly Sneakers, świadomość ludzi zwiększała się. Więcej osób zaczęło zwracać uwagę na modę miejską. Wielkie baggy jeansy i szerokie bluzy znudziły się, bardziej zaczęto dostrzegać stonowane rzeczy. Wszystko krążyło jednak wokół butów. Łatwiej było zgarnąć jakieś kiksy niż ciuchy… Może inaczej, dobre sneakersy były bardziej popularne, niż dobre ciuchy. Każdy kombinował w swoim rejonie, ubierał się w skateshopie czy gdziekolwiek indziej. Jednak buty zawsze musiały mieć albo 3 paski, albo swoosha. Wcześniej, za czasów pasjonowania się promodelami graczy NBA, Air Forcy były traktowane, jak buty ortopedyczne. Mam takiego znajomego, który podchwytywał ten styl francuski, czyli właśnie szelesty, Air Maxy, Air Forcy itd., dla nas, małolatów, którzy woleli najnowsze produkcje firm obuwniczych, modele retro były jeszcze nie do końca atrakcyjne. To było dla nas za świeże, dopiero gdy człowiek napatrzył się na nie na boisku, w świadomości zaczęło coś krążyć i przychodziła myśl, w sumie nie wygląda to źle. Zakładasz go na nogę i wyglądasz fajnie. Zaczyna ci się to podobać. Takich ludzi jednak można było bardzo rzadko spotkać. Często koleś, który szedł w kurtce varsity i w jakichś fajnych nike’ach był wytykany palcami, bo się wyróżniał. Wiadomo polska, szara rzeczywistość. Trzeba było mieć gdzieś podejście innych osób, aby tak się ubierać. Gdy pojechałem do Stanów, aby zarobić na studia, takiej sytuacji nie było. To kolebka kultury ulicznej i każdy ma gdzieś to, jak wyglądasz, bo to nie jest nic nowego. Tam ludzie po prostu się tak ubierają. To właśnie w USA zachłysnąłem się ciuchami. Połowę hajsu, który zarobiłem, wydałem na ubrania i buty, drugą połowę przepuściłem na ciuchy dla moich znajomych, którzy dopiero po powrocie oddawali mi pieniądze. Gdy wylądowałem z powrotem w kraju, miałem jakieś pięćset dolarów przy sobie, reszta była w zakupach. A w Polsce wiadomo znowu szara rzeczywistość. Kiedyś szedłem na wydział, była zima, ubrałem się trochę bardziej kolorowo niż większość warszawiaków. Szła jakaś dziewczyna z aparatem, stanęła i zrobiła mi zdjęcie. Zacząłem się zastanawiać, o co chodzi. Spojrzałem na ludzi obok siebie, wszędzie szaro, a ja New Era na głowie, wysokie Air Forcy Carmelo Anthony, ewidentnie się wyróżniałem. To była normalna opcja, chciałeś wyglądać fajnie, trzeba było się przyzwyczaić, że ludzie będą się na ciebie inaczej patrzeć, to samo było z noszeniem pinrolli.

W którym roku zaczęły się pojawiać pierwsze pinrolle?

Nie wiem, chyba w 2008 roku. Teraz ¾ Warszawy biega w pinrollach, a na początku zakładała je garstka ludzi, którzy ogarniali buty.

2008 rok w ogóle można uznać za przełomowy. Oberwałeś kiedyś za to, jak wyglądasz?

Raczej nie. W Warszawie ludzie troszeczkę inaczej do tego podchodzą. Nie miałem nigdy problemów przez to, że miałem New Erkę, pinrolle czy cokolwiek. Młodzi ludzie w tej chwili szybko podchwytują nowe tematy, chwila moment i pojawia się to na ulicach. Nie mówię o latach wcześniejszych. W Warszawie jest w tej chwili tylu dziwaków, że po prostu przestajesz zwracać uwagę na to, jak kto jest ubrany. Także nie dostałem w zęby za to, że się wyróżniałem. Pod koniec lat 90., gdy były jeszcze bitwy subkultur to zdarzały się różne historie, ale później już raczej nie. Osobiście nie przepadałem na początku za biegówkami, ale nawet jeśli ktoś chodził w jakichś oldschoolowych adidasach i chłopaki w dresach to przyuważyli, to raczej z ciekawości pytali, co to za buty, niż mieli ochotę ci dowalić. Chyba że chcieli ci je ściągnąć.

Porozmawiajmy o tych latach wcześniejszych. Jak to wyglądało, gdy otwieraliście Swagger Lizzard? Co się wtedy nosiło?

Wtedy nie było takiej różnorodności. Rzeczy Carhartta były dostępne we Front-Line, który został otwarty przy placu Politechniki. Gdy otwierałem Swaggera to powiedzmy, że nie byłem jeszcze na tyle w temacie, żeby ogarnąć co to i z czym to się przysłowiowo je. Poza tym ceny Carhartta były wysokie. Nie mówię, że my mieliśmy tanie rzeczy, bo w Lizzardzie można było dostać koszulki KIKSTYO po 350 zł. Nie ma co ukrywać, co drugi małolat nie mógł sobie pozwolić na to, żeby kupić taki produkt. Poza tym wtedy była mniejsza świadomość streetwearu. Taka różnica mini pokoleń, albo miałeś kumpli, chodzących w szerokich spodniach, albo typowych skejtów. Nie było takiego streetwearu jak teraz, czyli że zakładasz wąskie spodnie, do tego pinrolle, koszulę, pięciopanelówkę itd. Nie było wtedy takiej opcji. Po pierwsze w ogóle te rzeczy nie były dostępne, po drugie większość ludzi nie miała świadomości. Jedynie ci co interesowali się Tenisufkami, wtedy jeszcze Phat Fly Sneakers, zaczynali coś kumać, ale mimo wszystko nie było takiej dostępności, jak teraz. O zakupach przez internet można było pomarzyć. Nikt nie miał pojęcia o paypalu, e-bayu czy sklepach zagranicznych. W tej chwili masz kartę kredytową, łączysz ją tylko z paypallem i kupujesz co chcesz w każdym sklepie na świecie. Kiedyś większość raczej wybierała rzeczy, które były dostępne na naszym rynku. Nie mówię o totalnych zajawkowiczach, którzy byli w temacie od samego początku, ale to były jednostki. Większość ludzi w Polsce nie miała zielonego pojęcia skąd wziąć streetwearowe ciuchy dobrych, zagranicznych marek. Nie mówię już o cenach, które na początku dla takiego zwykłego małolata były po prostu kosmiczne.

Mimo to odbiorcy się znajdywali?

Tak. Nie powiem, żeby było łatwo, ale z czasem odbiorcy się znaleźli. To jest marketing, wszystko trzeba jakoś nakręcić, pokazać ludziom, że można nosić coś innego niż wszyscy. Wtedy odbiorcy zawsze się znajdą, kwestia tego, jak zareklamujesz produkt, jak go przedstawisz. Znaleźli się odbiorcy także dlatego, że tak jak mówiłem, nie było tego na polskim rynku. Była luka, którą idealnie udało nam się wypełnić.

Obecnie mamy do czynienia z odmłodzeniem grupy odbiorców. Jest bardzo dużo dzieciaków, które już w podstawówce zaczynają chodzić w markach streetwearowych. Jak to oceniasz z perspektywy starego wyjadacza?

Fajnie, że to się rozwija, jednak nie wróżę długiej przyszłości polskim nowym minimarkom. Sorry, ale robienie wszystkiego black&white to nie jest to. Rozumiem, że wypuszcza się na rynek to, co się najlepiej sprzedaje, ale moim zdaniem muszą być jakieś ograniczenia. Wiem, że są na takie ciuchy odbiorcy, ale bez przesady, to nie powinno tak wyglądać. Patrzę na kolekcję pięciu polskich firm i tak naprawdę jakby ich ciuchy leżały obok siebie, to nie umiałbym powiedzieć, która firma, co wypuściła. Jest kilka brandów, które robią swoje projekty od początku, chociażby wspomnę znowu o Turbokolor, oni mają zupełnie inne podejście. W każdej ich kolekcji widać, że idą swoją drogą, którą dawno temu sobie określili. Jedne rzeczy są lepsze, inne gorsze, ale to jest naprawdę kierunek, w którym powinna iść każda polska marka. Nie ściągać patentów z Hood By Air, czy z jakichś innych zagranicznych marek, tylko szukać swojego kierunku, swojej drogi. Na przykład The Hive też robi fajne projekty. Bazuje na szarościach, bielach i czerniach, ale podejście do grafik ma dość ciekawe. Można u nich znaleźć niestandardowe rzeczy i też widać, że mają pomysł na siebie i jakoś próbują to wprowadzić w życie. Stanowczo podziękuję za białe pasy na rękawach czy inne jakieś takie jazdy. No błagam, to nie o to chodzi. Czasem warto posiedzieć, pomyśleć, zatrudnić lepszego grafika, wypuścić naprawdę coś fajnego, co zwróci uwagę ludzi i to nie tylko małolatów z gimnazjum, ale też innych, normalnych osób, którzy cenią kulturę uliczną.

Co zrobią marki, gdy czerń przestanie się sprzedawać?

No właśnie, co zrobią marki, które tworzą wyłącznie czarno-białe kolekcje, gdy takie projekty przestaną się sprzedawać? To dobre pytanie, ale chyba do nich. Moim zdaniem po prostu zabraknie im pomysłów, będą robić ciągle to samo, aż w końcu wyginą, albo wypuszczą kolorową kolekcję, co znowu będzie całkowitym zaprzeczeniem uprawianego przez nich stylu. Fajnie, jeśli marka wypuszcza kolekcje, które ze sobą współgrają, widać w nich jakąś ciągłość, a nie produkuje ciuchy taśmowo, jak leci. W sumie mamy w Polsce kilka fajnych marek, np. Hazel, który robi minikolekcje. Ostatnio są troszeczkę swag, uderzają w te czarno-białe projekty, ale robią to z pomysłem. Nie jest to jakieś strasznie nachalne. Widać, że nie jest to prosty projekt. Chłopaki usiedli, przemyśleli, zobaczyli to może gdzieś, może sami zaprojektowali, nie wiem, ale zrobili spoko ciuchy i to nie w nachalny sposób, jak reszta polskich brandów. Nie wiem, w którą stronę pójdzie polski streetwear. Mam nadzieję, że wyjdzie jeszcze kilka firm, które będą miały na siebie pomysł, które będą miały w zanadrzu coś więcej, niż boxlogo, czcionka na kontrastowym tle, czy proste znaki graficzne.

Czym w ogóle dla Ciebie jest streetwear?

Po prostu miejskim stylem ubierania.

Jakie są elementy streetwearu? Jakie cechy można wyróżnić?

Nie lubię czegoś osadzać w ramach. Tak naprawdę streetwear to są ludzie, to jak pewne grono osób w danym miejscu się ubiera, łączą ich podobne zainteresowania i utożsamianie się z kulturą uliczną. Trudno to dokładniej zdefiniować. Większość kojarzy pojęcie streetwearu z hip hopem, koszykówką, graffiti, street artem itd. Wydaje mi się, że tam to trzeba kierować.

Jacy ludzie noszą streetwear w Polsce? Według Ciebie, kim oni są? Mówmy o świadomych odbiorcach streetwearu.

Prawdziwy streetwear to nie są rzeczy tanie. Mamy np. A.P.C., Givenchy też można teraz podciągnąć pod streetwear. Kim są ludzie, którzy go noszą? Moim zdaniem są to świadomi odbiorcy, którym po prostu ten styl odpowiada. Cenią sobie jakość wykonania rzeczy. No i mają zasobny portfel, bo nie oszukujmy się, to nie jest koszulka z H&M za 20 zł. Ponadto mają otwarte umysły, jakieś zainteresowania, etc. Streetwear ma wielu odbiorców, gimnazjaliści mogą w nim chodzić i ludzie po czterdziestce. Tak naprawdę to jest utożsamianie się z kulturą ulicy, modą, muzyką, sportem, sztuką i tym podobne. To wszystko się łączy.

Co byś powiedział młodszym odbiorcom?

Ubierajmy się świadomie, bo to są tylko ciuchy i aż ciuchy. Nie można się w tym zakręcić, bo wydawanie całej pensji na dwie pary spodni i buty jest bez sensu. Miałem inne podejście, jak byłem młodszy. Prowadzenie sklepu może nauczyło mnie innego podejścia do tego tematu. Nie ukrywam, posiadanie fajnych rzeczy jest fajne, otwierasz garderobę, a tam sto par butów, to jest sztos, ale po pewnym czasie można się w tym zakręcić. Były zresztą koszulki I’ve got 100 pair of shoes, 1000 vinyls, no wife, no house, także bądźmy świadomi tego, co kupujemy, tego, co wybieramy. Niech to nie będzie owczy pęd, że kolega ma koszulkę Supreme to ja też muszę ją mieć, chociaż mojej matki na to nie było stać. Patrzmy też na swoje podwórko, wspierajmy też polskie marki. Szukajmy tylko tych, u których widać, że mają na siebie pomysł, a nie ściągają patenty z zagranicy i są tylko chwilowymi firmami, które zaraz nie będą wiedziały co ze sobą zrobić.

Tekst: Jakub Wróbel

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera