Social media są biblią dzisiejszej młodzieży. Rozmawiamy z MØ

Dziewczyna w krótkih włosach stojąca na tle błękitnego nieba

Wśród najgłośniej komentowanych tegorocznych premier, nie może zabraknąć No Mythologies to Follow.

Pod tym efektownym tytułem kryje się debiutancki long Karen Marie Ørsted, której pseudonim sceniczny oznacza dziewica. Enigmatyczna Dunka do wybitnie niewinnych dziewcząt jednak nie należy. Zwłaszcza w muzyce.

Który zespół jest dla Ciebie ważniejszy Sonic Youth czy Spice Girls?

Trudny wybór (śmiech). Muszę jednak wskazać na Sonic Youth, bo jest to nadal moja najważniejsza inspiracja. Spice Girls w swoim czasie na pewno dały mi przekonanie, że chciałabym zająć się muzyką, ale to płyty SY dostarczyły ścieżki dźwiękowej dla moich szczeniackich lat.

Pytam, bo kiedy opowiadasz o swoich muzycznych zainteresowaniach, łatwo zauważyć jak się zmieniały – od Spice Girls, poprzez electroclash, crust punk po hip-hop. Czy każdej z tych fascynacji zawdzięczasz jakąś naukę?

Z pewnością tak! Przeszłam w życiu różne fazy. Dałam się wciągnąć rozmaitym gatunkom muzyki i na pewno nauczyłam się czegoś wszędzie – czy był to punk, hip-hop czy zwyczajny pop. Nie zerwałam zresztą kontaktu z żadnym z nich. Wciąż słucham praktycznie wszystkiego i myślę, że znajduje to wyraz w mojej obecnej działalności.

Zastanawiające, że tak wielu recenzentów odnosi się do Twojej muzyki, jako do scandi-popu, bo raczej trudno znaleźć w niej cokolwiek typowo nordyckiego.

To prawda, tym bardziej że nie ubiegałam się o miano nowego odkrycia skandynawskiego popu. To, że pochodzę z Danii, nie przesądza w żaden sposób o rodzaju muzyki, jaką tworzę. Może ktoś odnajduje u mnie specyficzne, chłodne nastroje, ale osobiście jestem daleka od określania się jako artystka scandi-popowa.

W ostatnich nagraniach wydajesz się zresztą poszukiwać cieplejszego, bardziej organicznego brzmienia. Sporo na twojej płycie wpływów soulu czy R&B, pojawia się trochę reggae…

Tak, niewątpliwie masz rację. Pod względem brzmienia No Mythologies to Follow jest bardzo przemyślanym albumem. Dużo rozmawiałam na jego temat z moim producentem Ronnim Vindahlem. Przede wszystkim jednak zdałam się na naturalny rozwój rzeczy i pozwoliłam piosenkom rozwinąć się samodzielnie. Nie było dywagacji w rodzaju: OK, spróbujmy teraz zrobić kawałek w takim stylu. Może właśnie dlatego, kiedy słucham dziś płyty, zauważam w niej tak wiele różnych nastrojów. Znajdziesz tu soul, hip-hop, jakiś punkowy pierwiastek i popowe melodie. Wszystko to jednak pojawiło się nieoczekiwanie nawet dla mnie samej (śmiech).

Wspomniałaś, że nie aspirowałaś do miana nowego odkrycia, ale tak poniekąd tytułują cię internetowi recenzenci. Nie obawiasz się presji z tym związanej? Sieć jest maszyną do nakręcania hajpu, ale może być także najsurowszym krytykiem.

Pozytywny odzew był dla mnie wielkim zaskoczeniem. Mogę być jedynie wdzięczna za wszystkie przychylne recenzje (śmiech). Oczywiście, jestem świadoma ciężaru oczekiwań, ponieważ wiem, że internet jest teraz głównym narzędziem promocji. Ostatnimi czasy single zyskały na znaczeniu kosztem albumów, ale fizyczna płyta wciąż jest atrakcją dla sporej części słuchaczy, a zarazem ważnym krokiem naprzód, jaki powinien postawić artysta. Po wydaniu debiutu poczułam duży przypływ pewności siebie. Nabrałam przekonania, że przede wszystkim należy być sobą, wyrażać się poprzez muzykę i nie obawiać własnych uczuć. Każdy wykonawca styka się w pewnym momencie z krytyką, należy to zaakceptować. Jeśli ktoś ma zamiar mnie zbesztać, to trudno. Nie powstrzyma mnie to przed dalszym tworzeniem. Wierzę w swoją muzykę i na niej się skupiam. To jest najważniejsze.

Zechcesz wyjaśnić, co oznacza tytuł albumu? O jakie mitologie chodzi?

Podobnie, jak większość moich tekstów, tak i tytuł odnosi się do poczucia zagubienia, jakie towarzyszy młodym ludziom nieodnajdującym się w nowoczesnym społeczeństwie. Dla wielu z nich media społecznościowe stały się nową biblią i to z nich czerpią wiedzę, jak należy wieść życie, jak powinno wyglądać idealne ciało itd. Piszę więc o zmęczeniu tym wszystkim i poszukiwaniu własnego sposobu na życie. Bycie młodym, niepewnym i zmieszanym, pogoń za marzeniami i wiara w samego siebie to są tematy, które staram się poruszać.

Niektórzy widzą w Tobie wyrazicielkę frustracji pokolenia Facebooka.

Na swój sposób jest to wspaniałe, ale nie wiem, czy zasłużyłam na takie miano (śmiech). Uważam, że po prostu nie powinno się mieć oporów przed wyrażaniem własnej opinii. Jeśli mam przed sobą publiczność gotową, by mnie wysłuchać, muszę być wobec niej uczciwa i mówić to, co naprawdę myślę. Czujesz, że masz coś do powiedzenia? Zrób to! Przekaz jest równie ważny co muzyka.

A aspekt wizualny? Bo chyba przykładasz sporą wagę do wideoklipów?

Jest niezmiernie ważny. Staram się mieć pieczę nad każdym aspektem tego, co robię, a kwestie wizualne stanowią część mojej opowieści. Nie ukrywam, że chcę stworzyć własne uniwersum, w którym poniekąd będę mogła się przejrzeć. Strona wizualna wyraża mnie na równi z muzyką i tekstami. Czy jest to wideoklip, sesja zdjęciowa czy okładka płyty – wszystko musi być powiązane z moją wizją.

Jak podchodzisz do koncertów? Zasłynęłaś bardzo energetycznymi występami, więc domyślam się, że na scenie panuje zupełnie inna chemia niż w studiu?

Oczywiście, występując na żywo mam okazję do komunikacji niemalże twarzą w twarz z odbiorcą. Jest inaczej, ale historia do opowiedzenia pozostaje ta sama. Gdy występuję na żywo, staram się dotrzeć do sedna emocji zawartych w muzyce. Koncerty są energetyczne, bo naprawdę zapominam się i zwyczajnie wariuję (śmiech). Najlepsze gigi, na jakich kiedykolwiek bawiłam, miały miejsce w jakichś małych, undergroundowych, punkowych klubach, gdzie naprawdę można było poczuć pasję i napięcie między wykonawcami a publiką. Chciałabym podobne nastroje wyzwalać na swoich koncertach. Chcę wyzbyć się
wszelkich oporów i pokazać człowieka stojącego za muzyką.

Z jak dużym składem występujesz obecnie?

Aktualnie koncertuje ze mną perkusista i klawiszowiec, a Ronni Vigdahl występuje w roli gitarzysty. Jest jeszcze piąty członek zespołu zajmujący się wizualizacjami.

W lipcu wystąpisz na Open’erze. Czy wraz z festiwalowym urodzajem Polska stała się atrakcyjnym miejscem do koncertowania także dla duńskich artystów?

Zdecydowanie tak. Polska to bardzo atrakcyjny rynek ogólnie dla skandynawskiej muzyki. Wiele miejscowych zespołów chwaliło sobie koncerty u was i przekonywało, że publika jest naprawdę szalona (śmiech). Brzmi zachęcająco, a na Facebooku dostaje sporo wiadomości od Polaków, więc chyba będę miała dla kogo wystąpić (śmiech).

Zdradź jeszcze coś na temat swoich planów. Twoja współpraca z Diplo postawiła sporo osób na baczność, więc ciekawi mnie czy planujesz podobnie sensacyjne kolaboracje?

Aktualnie rozmawiam z wieloma różnymi ludźmi, ale za wcześnie by cokolwiek zdradzać (śmiech).

Tekst: Sebastian Rerak

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera