Ściągaj te slipy, Patrick!

Neil Patrick Harris, prowadzący ostatnie rozdanie Oscarów, w pewnym momencie wyszedł na scenę w samych białych slipach, czym nawiązał do pamiętnej sceny z „Birdmana”, w której Michael Keaton musi przejść swoiste walk of shame w samej bieliźnie. Jako upadła, zapomniana, lecz wciąż gdzieś tam tląca się sława, dodatkowo zwraca uwagę przechodniów.

NPH miał gorzej, bo zamiast tolerancyjnych nowojorskich przechodniów, musiał stanąć w bieliźnie przed konserwatywnym towarzystwem zgromadzonym w Dolby Theatre w Hollywood. Tak, konserwatywnym, z czego również zażartował sobie ulubieniec Ameryki, a przy okazji mąż-gej oraz ojciec. „Dziś wieczór mamy zaszczyt powitać najlepsze i najbielsze… przepraszam, najjaśniejsze hollywoodzkie gwiazdy” – zaczął swoją konferansjerkę (jeszcze w smokingu) Harris. On dobrze wie w jak sztucznie nadmuchanym świecie żyje. Wszyscy zachowują poprawność polityczną. Stwierdzają, że obnażanie się na wielkim ekranie to sztuka, a jednocześnie wielce oburzają się, gdy ktoś pokaże sutek na Instagramie. Trząść tyłkiem przed milionami widzów można, lecz pokazać fragment klatki piersiowej już nie. Nie ukrywajmy, że Hollywood od zawsze rządziło się hipokryzją. A najlepszym bratem hipokryzji z LA jest nuda.

Jak to kiedyś napisał Jakub Kulczyk – „wszystko już było”. Widzieliśmy przy różnych okazjach pierś Janet Jackson, wyuzdany taniec Miley Cyrus czy pseudolesbijskie pocałunki Madonny, Britney Spears i Christiny Aguilery. Prawdą jest, że wszystkie te rzeczy działy się na imprezach muzycznych, które zawsze charakteryzowały się bardziej liberalnym podejściem do spraw obyczajowych i seksualności. W kinie obowiązywała zasada, że szokować można na ekranie, lecz nie na czerwonym dywanie. Tutaj każde odejście od nudnej sukni do ziemi łączyło się z niebezpiecznym zainteresowaniem mediów, które od razu głowiły się czy to „przełom” czy „wpadka”. I tak było z majtkami NPH. Komentatorzy szybko doszli do wniosku, że te slipki były „historyczne”, a samo pojawienie się konferansjera Oscarów w bieliźnie „przejdzie do historii”.
Historii czego, przepraszam? Nie rozumiem świętego oburzenia. Neil być może jako jeden z nielicznych ma jaja, by zażartować z siebie i innych. Naprawdę zażartować, a nie jak inni prowadzący po prostu odczytać z kartki tygodniami przygotowywane żarty.

Wszyscy chcemy mięsa. Co dzień widzimy pięknych półnagich ludzi w sieci czy reklamach, po porno sięgamy jak po paczkę chipsów, a prawdziwy seks można załatwić w ciągu pół godziny. Jesteśmy znudzeni półnagimi piosenkarkami. Nasze matki podniecają się pseudosadomasochistycznym seksem w „50 twarzach Greya”. Skoro już nawet one nie wstydzą się przyznać, że są podniecone na myśl, że w marzeniach hollywoodzki przystojniak smagnie je pejczykiem, to dlaczego my mielibyśmy być inni? Mówi się, że powoli mija moda na tatuaże, a następnym „must have” będzie ciało wolne od tuszu. Być może tak samo będzie z seksualnością i naszym wyzwoleniem? Może za kilka lat zaczniemy doceniać zabawne stroje sióstr zakonnych? Póki co jednak uczestniczymy w (wyniszczającej?) drodze do seksualizacji każdego elementu naszego życia. Ku niezadowoleniu konserwatywnej Akademii Filmowej, także na scenie w Dolby Theatre. Także ściągaj te slipy, Patrick, bo być może to ostatni moment, w którym nas to jeszcze zainteresuje.

 

tekst | Pat Chilewicz

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera