Rzeczy, które robisz w Iranie, będąc wampirem

We wchodzącej właśnie na polskie ekrany „Dziewczynie, która wraca nocą sama do domu” Iran jawi się jako kraina mroku i niespełnienia, w której wszelkie przejawy wolności i indywidualizmu zostają zduszone w zarodku. Podobnie miłość. Ta wolna nie ma szans na realizację nie tylko w irańskich domach z betonu. No, chyba że jest się wampirzycą. Wtedy sprawa wygląda nieco inaczej.

Wizja Iranu zaprojektowana przez młodą, perską reżyserkę Anę Lily Amirpour, na co dzień mieszkającą w Stanach Zjednoczonych, która wychowała się na amerykańskim kinie, jest czarno-biała nie tylko w formie. Mieszkańcy filmowego uniwersum, wymownie nazwanego Bad City, borykają się z problemami dużego kalibru. Nie dość, że w świecie przedstawionym szerzą się narkomania i prostytucja, to jeszcze na ulicach grasuje przyodziana w hidżab wampirzyca, która nie ogląda się na zasługi ani przewinienia. Kieruje się głosem instynktu. Zaspokojenie własnych potrzeb traktuje jako priorytet. Za nic ma panujące normy prawne, społeczne i kulturowe. To, co wolno, a czego nie, traktuje czysto umownie. Nie obchodzą ją ustanowione przez ludzi reguły.

Dwa światy

Ten groteskowy obraz irańskiej rzeczywistości nie jest wcale tak odległy od powszechnie panujących wyobrażeń na temat tego kraju. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że Irańczycy żyją jakby w dwóch rzeczywistościach. Przy czym jedna z nich niewiele różni się od naszych realiów. W pierwszej – tej oficjalnej – podporządkowują się normom prawnym i obyczajowym. Na ulicach spotyka się kobiety ubrane w hidżaby. Według tradycji poszczególne części ciała muzułmanek mogą oglądać tylko ich mężowie. W związku z tym bardzo restrykcyjnie traktuje się nawet najbardziej naturalny rodzaj fizycznej interakcji – obce osoby przeciwnej płci nie mogą się publicznie dotykać, całować czy przytulać. Teoretycznie Irańczycy przestrzegają też obowiązującej w kraju prohibicji. Nie słuchają muzyki popularnej ani nie tańczą. Pokorność nie leży jednak w naturze Persów. W czterech ścianach swoich mieszkań funkcjonują według zupełnie innych zasad. Przenoszą się do rzeczywistości, znanej nam z europejskiego podwórka. W domu kobiety paradują z odkrytymi głowami. Radio gra nieustannie. W gronie przyjaciół tańczy się przy akompaniamencie piosenek z nielegalnych płyt, kupionych na bazarach „spod lady” lub ściągniętych z internetu. Ten ostatni, choć filtrowany przez władzę, stoi przed Irańczykami otworem. Większość z nich zaopatrzona jest w tzw. VPN, który umożliwia im swobodne surfowanie po sieci. Podobnie jest z telewizją odbieraną z Zachodu przez anteny satelitarne ukryte na przykład w pustym basenie. Także alkohol mało komu jest tu obcy. Barki Irańczyków są zaopatrzone są tak samo, jak nasze. Różni je jednak wartość składowanych w nich dóbr. O ile w Polsce najtańszym trunkiem jest piwo, o tyle w Iranie uchodzi ono za towar luksusowy. Najtrudniej jest je bowiem otrzymać metodą chałupniczą, w odróżnieniu od wina czy araku. Rynek dystrybucji alkoholu działa niezwykle sprawnie. Wystarczy zadzwonić pod numer jednego z dostawców, by po godzinie czy dwóch, niewiele ryzykując, otrzymać pod same drzwi przesyłkę z określoną liczbą butelek.

495898336_1280x720

Do knajpy tylko z własną wodą!

Przenikanie się tych światów ma miejsce także w sferze publicznej. Choćby w restauracjach. Działa tu swoisty system kodów, którym posługują się Irańczycy. Na przykład, wybierając z menu, załóżmy, kurczaka, pytają kelnera o to, czy do niego podawany jest ryż. Słysząc negatywną odpowiedź, klient informuje, że w takim razie będzie pił własną wodę mineralną. Nie zgłaszający sprzeciwu kelner przynosi wtedy szklanki z lodem. Nie trzeba dodawać, że nalewanym do nich napojem jest arak. Podobnie sprawa ma się w winem. Wtedy jednak mówi się o piciu własnego soku porzeczkowego. Rozumienie mechanizmu napędzającego codzienność Irańczyków, pozwala spojrzeć z zupełnie innej perspektywy na Dziewczynę, która wraca nocą sama do domu i docenić ją nie tylko jako zabawę z gatunkami filmowymi. Reżyserka nieustannie puszcza bowiem oko do widza, pokazując wyobrażenia o „złym Iranie”, jakimi atakują nas zachodnie media. Przyglądając się ich doniesieniom z tego kraju łatwo zauważyć, że posługują się one jedynie retoryką negatywną. Publikowane są głównie informacje o negocjacjach Zachodu z Iranem w sprawie programu nuklearnego, ograniczeniach praw kobiet, morderstwach homoseksualistów i innych przypadkach łamania praw człowieka czy o problemach z polityką narkotykową (jak głosi propaganda, Iran ma zapewniać bezpieczeństwo kordonów transportujących je z Afganistanu w stronę Europy, by w ten sposób ograniczyć dostęp do nielegalnych substancji Irańczykom). W Dziewczynie… niemal wszystkie wymienione problemy są obecne, ale sposób ich ukazania nasuwa wiele pytań i budzi wątpliwości. Z jednej strony twórczyni pokazuje Iran przeżarty złem, ale z drugiej – jest to zło jakby wyjęte z wyobrażeń czy też kazań ajatollahów i mułłów, pełne potępienia. Uzależnienie od narkotyków skutkuje degrengoladą i upadkiem, a zachodnia muzyka gra z głośników tylko tym, którzy uprawiają stręczycielstwo bądź prowadzą nieczyste interesy. Nie są więc przypisane „zachodnie modły”, jak mówi o wymienionych problemach władza, godnym obywatelom Iranu, tylko tym, którzy dawno temu zaliczyli moralny upadek. Kolejny żart z irańskich realiów.

Bezczelność, którą rozgrzesza młodość

Jest więc Ana Lily Amirpour w swoim podejściu do problemów toczących życiem Irańczyków cokolwiek bezczelna, ale to i tak nic w porównaniu do sądów, które wygłasza na temat recepcji swojego filmu. Spotykając się z zarzutami o sposób, w jaki sportretowała wiekowych bohaterów (osoby starsze to w jej filmie narkomani, ludzie pozbawieni autorefleksji), odpowiada, że tak właśnie widzi starość. „Możemy udawać, ile chcemy, ale starość i tak jest okropna. To wszak gnicie ciała od wewnątrz, którego to procesu ma się świadomość” – mówi w wywiadach. Prowokacja? Nieokrzesanie? A może zwykła bezczelność? Zapewne. Jednak może to również być kolejny sposób na wypaczanie irańskich symboli i tradycji. Wszak w Iranie starość i młodość są wybitnie hołubione. Mali chłopcy w wózkach nazywani są pieszczotliwie „złotymi peniskami” (co, swoją drogą, dobrze obrazuje stosunek Irańczyków do patriarchatu), zaś starość podlega szacunkowi nie tylko w rodzinie, ale też na ulicy czy w środkach komunikacji. W Irańczykach zagotowałoby się, gdyby usłyszeli wypowiedzi reżyserki.

Feministkom mówimy nie

Inaczej jest z kwestią feminizmu, do którego podejście Armirpour jest zgodne z tym, jakie mają same Iranki. Dziewczyna… często nazywana jest w prasie „feministycznym filmem wampirycznym”, co tylko rozjusza młodą reżyserkę. Uważa ona, że tego typu określenia mogą używać jedynie ludzie, którzy sami mają potrzebę walki o idee, ale nie umieją ich w żaden sposób realizować, więc projektują je na dokonaniach innych. Ze swoją niechęcią do feminizmu obnoszą się też Iranki, w różnym wieku, o różnym poziomie wykształcenia. Tamtejsze kobiety nie cierpią zachodnich feministek, które stawiają je za wzór prześladowania. Iranki są zbyt dumne, by pozwolić się tak określać. Uważają raczej, że gdyby działa się im krzywda, same wywalczyłyby sobie zmianę pozycji. Jeśli zaś chodzi o obowiązek hidżabu, mają do niego dwojaki stosunek. Z jednej strony irytuje je konieczność noszenia go. Z drugiej – uważają, że to on pozwala im zachować szacunek mężczyzn. Zanim dziewczynka okryje się chustą, jest wychowywana podobnie jak chłopiec. To tradycyjne wychowanie, jak mówią same Iranki, pozwala im najpierw przekonać się o tym, że są ludźmi, a dopiero potem, że są kobietami. Ich zdaniem zachodnie feministki chciałyby, żeby było inaczej, na co nie mogą dać przyzwolenia.

AGirlWalksHomeAloneAtNight

Żeńskie końcówki

Oczywiście, znalezienie granicy między typowymi dla Irańczyków przesadą i dumą, a tym, co myślą naprawdę, jest trudne, więc na ich zapewnienia – tak jak na film Armirpour – także trzeba patrzeć z dystansem. Nie zmienia to jednak faktu, że Irańczykom obca jest kwestia, z którą mierzymy się w Polsce, dotycząca żeńskich końcówek w nazwach prestiżowych zawodów. W farsi nie istnieje odmiana przez płeć, która nastręcza Irańczykom problemów, kiedy uczą się języków obcych. Nagminnie popełnianym przez nich błędem, kiedy komunikują się w języku angielskim, jest mówienie o kobiecie per „he” bądź o mężczyźnie per „she”. To oczywiście żaden dowód na zrównanie płci, bo kiedy mowa o prestiżowych zawodach w Iranie, na myśl i tak przychodzą mężczyźni. Na tym też polega filmowy żart – kiedy mowa o wampirze, na myśl przychodzi mężczyzna z wydłużonymi kłami. Wampirzyca określana jest jednak takim samym słowem i to ona pojawia się w filmie.

Deskorolką do wolności

Również deskorolka, którą przemieszcza się wampirzyca, nie jest kojarzona w Iranie z kobietami. Podobnie jak rower, którym jeżdżą głównie mężczyźni. Ale tylko w oficjalnej sferze. W rzeczywistości wieczorami młodzi ludzie jeżdżą samochodami po mieście i mijając się na światłach, przekazują sobie informacje o punkcie spotkań. Po Zielonej Rewolucji z 2009 roku w Iranie zaostrzono zakaz zgromadzeń, młodzi nie mogą się spotykać w dużych grupach, zatem każdego wieczoru wybierają inne miejsce, jak choćby zbocze góry. O określonej godzinie zjeżdżają się tam tłumnie, bawią hucznie, tworząc minifestiwal– chłopcy poznają się z dziewczynami, żartują, dokuczają sobie, wyczyniają akrobacje na rowerach i deskach, zimą rzucają się śnieżkami, latem słuchają muzyki i tańczą. Nie podporządkowują się normom, jak filmowa bohaterka. Szkoda, że jej film nie ma szans na to, by znaleźć się tam w oficjalnej dystrybucji kinowej. Ale i z tym problemem Irańczycy bez problemu sobie poradzą. Rozmiłowani w Kieślowskim i Polańskim (boksy z ich filmami można dostać na każdym bazarze) irańscy kinomani nielegalnie zdubbingowali Obywatela Milka Gusa van Santa, który stał się tam hitem nieoficjalnego obiegu. Dziewczyny… nie muszą nawet dubbingować (bohaterowie mówią w farsi), a jako że – mimo wielkiej dumy – Persowie lubią śmiać się z samych siebie, film Armipour jest skazany w Iranie na sukces.

tekst | Artur Zaborski

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera