Rozmawiamy z zespołem Prides!

Szkocki zespół Prides tworzą Stewart Brock, Callum Wiseman oraz Lewis Gardiner. Pochodzące z Glasgow trio, grające synth pop, powstało w 2013 roku. Ich kariera rozwija się błyskawicznie. W lipcu tego roku wydali album „The Way Back Up”, który swoją premierę miał na festiwalu T in the Park. Rozmawiamy o szkockiej scenie muzycznej, ambitnym popie i sile kompromisu.

Wasz akcent jest niemożliwy do zrozumienia nawet dla Anglików.

Lewis: Doskonale zdajemy sobie z tego sprawę. Ja jestem prawdziwym Glaswegian i tak też często mówię. Jeśli wydaje Ci się, że to Twoja wina, bo nie rozumiesz – nie masz racji. To my stworzyliśmy najbardziej leniwą wersję angielskiego i każdy, kto tu przyjeżdża musi wiedzieć, że inaczej nie potrafimy i nie wynika to z Waszych językowych braków.

Glasgow wyróżnia nie tylko pogoda i język, ale też scena muzyczna – ogromna i różnorodna.

PRIDES: To największa scena muzyczna w Szkocji i druga największa w całej Wielkiej Brytanii. Powstaje tu mnóstwo kapel, wszystkie się znają, doceniają i wspierają. Tworzy to taką swojską, rodzinną atmosferę. Najważniejsze jest jednak to, że są tu ludzie, którzy chcą nas słuchać, bo po prostu kochają muzykę! Chyba w żadnym innym mieście bilety nie sprzedają się z taką prędkością. Dlatego żaden artysta nie chce na swojej trasie ominąć naszego kraju. My – Szkoci – jesteśmy niezwykle dumni z tego, co tworzymy. Nieważne, czy chodzi o muzykę, czy inną dziedzinę sztuki. Uwielbiamy i cenimy szkockich artystów i pewnie dlatego to tak dobrze działa. Co najważniejsze, każdy Szkot podpisze się pod mottem: EAT, DRINK, LOVE MUSIC! Każdy się z tym identyfikuje– to nasze narodowe cechy.

Gdy koncertujecie w innym kraju, utożsamiani jesteście z częścią brytyjskiej sceny muzycznej. Niewielu wie, że szkocka ma się tak dobrze. Co ją wyróżnia?

P: Nie wiem, czy jest coś złego w postrzeganiu nas jako części brytyjskiej muzyki, ale zdecydowanie szkocka ma swoją własną tożsamość. Przede wszystkim nasza publiczność różni się od każdej innej. Od zawsze jesteśmy nazywani najlepszą, najbardziej dziką i najgłośniejszą publicznością na świecie. Każdy artysta chętnie u nas występuje. To, jak Szkoci postrzegają muzykę bardzo różni się od tego, jak czują ją inne nacje. My kochamy muzykę za nią samą, a nie za ludzi, którzy ją wykonują.

[embedyt]http://www.youtube.com/watch?v=nMyN7Of7M80[/embedyt]

Rozmawiamy na T in The Park – największym festiwalu w Szkocji. Chyba nie ma lepszego miejsca, żeby przekonać się, co wyjątkowego ma w sobie szkocka publiczność. Otworzyliście główną scenę i dziś ma miejsce premiera Waszego nowego albumu.

P: Nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszego dnia, tym bardziej, że kompletnie tego nie planowaliśmy! Dowiedzieliśmy się, kiedy album wychodzi i zaraz po tym zaproszono nas na festiwal. Traktujemy to jak znak od Boga. Nie każdy ma szansę świętować premierę z 75 tysiącami najbliższych przyjaciół (śmiech).

Czasami fakt, że znacie się tak dobrze może utrudniać zawodową współpracę. Jak pracujecie nad kompromisem? Każdy z Was zapewne słucha innej muzyki.

P:To prawda, ale zawsze znajdujemy wspólny w tej różnorodności jakiś wspólny mianownik. Tego się trzymamy i zawsze staramy się być ze sobą szczerzy. Praca nad kompromisem w składzie trzech osób jest bardzo prosta – czasami w coś brniemy, bo chcą tego dwie osoby, ale czasami wszystko się wali, bo jeden z nas powie nie.

Nagrywaliście pierwsze utwory we własnym „kitchen studio”. Praca w domowym zaciszu to nadal Wasz sposób tworzenia muzyki?

P: Lewis jest naszym perkusistą i producentem. Wszystko robi sam w mieszkaniu, ale wiemy, że posiada do tego umiejętności i sprzęt. Nie widzimy powodu, dla którego mielibyśmy zmienić ten rodzaj pracy. To jedna z najlepszych rzeczy, jakie mogły nam się przydarzyć. Możemy eksperymentować i wszystko, co mamy w głowie, możemy w nieskończoność rozwijać, nagrywać, ćwiczyć. Dla każdego muzyka, wokalisty szczególnie, narzucane ograniczenia czasowe to koszmar. Zabijają kreatywność, bo czujesz ogromną presję. Masz śpiewać w określonym momencie, kiedy wszyscy na to czekają. A przecież czasem po prostu nie dajesz rady!

Wielkie wytwórnie chyba trochę wymuszają taki rodzaj pracy na artystach. W imię zasady: „szybciej, więcej, bardziej”.

P: Nie wydaje nam się, żeby jakakolwiek wytwórnia tak robiła, ale chyba się nad tym nawet nie zastanawialiśmy. Wiemy, że mamy Lewisa. Wiemy, że jest dobry w tym, co robi, że wszystko jest w stanie ogarnąć na najwyższym poziomie, tak jak w profesjonalnym studiu nagraniowym. Cenimy sobie, że mamy komfort nagrania tego, czego sami chcemy. Wielkie wytwórnie nie pozwalają na taką swobodę. To stosunkowo nowy styl nagrywania i pracy nad muzyką. Teraz jest bardzo dużo osób, które mogą coś produkować, zrobić coś po swojemu. Na ostatnie 10 lat przypadł czas rozwoju pracy we własnych studiach bez udziału osób trzecich.

Kiedyś to wielkie wytwórnie szukały talentów, odkrywały tych zdolnych, kształtowały ich karierę, pokazywały światu. Dziś nie ma autorytetów mówiących, co jest dobre, a w internecie można znaleźć praktycznie wszystko. Czy to, że każdy ma teraz możliwość nagrywania nie okazuje się przekleństwem?

P: To nie jest zła rzecz. Wszyscy powinni mieć dostęp do publikacji swojej muzyki, każdy powinien mieć szansę. Radio to nadal duże medium w odkrywaniu muzyki, a w internecie mamy sporo interesujących blogów. Tylko to, o czym rozmawiamy nie dotyczy wyłącznie samego robienia muzyki. Chodzi o sposób, w jaki dzielisz się tą muzyką z innymi. Bo nie tylko jest jej teraz tak dużo. Pojawiło się mnóstwo sposobów na to, by artysta pokazał się światu. To podniosło poprzeczkę, bo nietrudno zrobić złą muzykę, ale trudno zdobyć zainteresowanie. Jak masz dobre piosenki, tworzysz wartościową muzykę, to wygrasz i zostaniesz zauważony.

Prides_August2015_019

Często słychać głosy, że w muzyce wydarzyło się już wszystko. Zgadzacie się z tym?

Callum: Można powiedzieć, że wszystko zostało już zrobione. Stale jednak poszukuje się sposobów, w jaki łączy się poszczególne elementy. To ma teraz znaczenie.

Lewis: Absolutnie nie! To nie to samo, posłuchaj dubstepu sprzed 5 lat. Kiedyś to była muzyka robota, teraz brzmi zupełnie inaczej. Dużo zrobiono, ale nigdy nie powiemy, że zostało zrobione już wszystko! Mogę wypowiadać się w tym temacie jako producent. Technologia, sprzęt – to się zmienia, powodując, że muzyka także ewoluuje. Dance music ciągle się rozwija – tworzy nowe nurty, ścieżki.

C: OK, ale nie ma czegoś, co zrobiłoby totalną rewolucję. Cały proces wymyślania muzyki, tworzenia od początku jest tak naprawdę taki sam. Dotyczy to także różnych rodzajów nauki, nie tylko muzyki.

L:Gdyby technologia się nie rozwijała, muzyka też by się nie rozwijała. O boże… to strasznie głęboki temat!

C: Nawet, jeśli najważniejsze założenia w technologii są wymyślone, to nie znaczy, że coś ją może teraz zupełnie przeorganizować. W tym temacie chodzi o to, jaki powstaje produkt, a nie z czego. Nawet The Beatles byli produktem. Muzyka istnieje, zespoły to produkty.

Nie macie wrażenia, że każdy młody brytyjski zespół, chce być właśnie produktem, który będzie substytutem The Beatles?

P: Tak, 4-5 osób w składzie i gitary – ten zestaw jeszcze nie tworzy muzyki. Nie chodzi też o to, jak się ubierasz. Ważne jest, jak brzmisz. Faktycznie poszło to trochę w drugą stronę. My zawsze chcieliśmy zwrócić uwagę na to, co robimy, bo muzyka miała być zawsze najważniejsza.

Jak opiszecie swoją muzykę osobie, która nigdy Was wcześniej nie słyszała?

P: Oczywiście gramy synth pop – ma to sens, bo robimy muzykę pop i jest w tym synth. Bardzo lubimy tę nazwę. Możemy wymyślać, że jest to eksperymentalny synth pop z elektroniką i rockiem etc. Ale po co? Wychowaliśmy się na muzyce pop lat 80. Wyrosłem na tych tekstach. Wszystko, czego próbuję inspirowane jest tamtymi czasami. Nigdy się tego nie wstydziłem, to była świetna muzyka i to jest to, co kochamy!

Nie macie wrażenia, że niełatwo teraz tworzyć dobry pop, który nie okaże się kiczem? A jeszcze trudniej określać swoją muzykę mianem popowej, bo łatwo trafić do jednego worka z komercyjnym szajsem.

P: No i mamy kolejny głęboki temat. Bardzo trudno nie zostać wrzuconym do tego worka. Mamy tyle gównianej muzyki, z tekstami w rodzaju: „dziś się dla ciebie rozbieram”. I to często nazywane jest właśnie muzyką pop. Ale to nie ten pop, z któ- rym my się utożsamiamy i na którym wyrośliśmy. Tekst musi mieć znaczenie, chcemy, żeby niósł wartość. Dajemy sobie prawo określania naszej muzyki mianem prawdziwego popu, bo chcemy wpływać na słuchaczy. Nie wszyscy zrozumieją, o co nam chodzi, ale każdy może spróbować coś własnego znaleźć. Dla Stewarda to niezwykle ważne, to teksty wciągnęły go w muzykę.

W jakich sytuacjach najlepiej słuchać Waszej muzyki?

P: Pojawiły się pierwsze recenzje albumu. Mamy już ulubiony fragment jednego z tekstów: „Powinieneś słuchać Prides, kiedy lubisz tańczyć, gdy twoje serce jest złamane”. Ktoś trafił w punkt! Bardzo podoba nam się to zdanie!

W którym miejscu swojej kariery teraz jesteście?

P: Chcemy myśleć, że to dopiero początek. Chyba jeszcze długo będziemy myśleć o tym, co robimy jako o pierwszym kroku, bo chcemy żeby te kroki były jak największe.

rozmawiała | Justyna Czarna

zdjęcia | materiały promocyjne

Komentarze
Rozmawiamy z zespołem Prides!
Oceń artykuł