Rozmawiamy z Piotrem Głowackim!

Brunet ubrany na ciemno siedzi przy barzei trzyma się za głowę
Fot.: Robert Pałka

Na dużym ekranie pojawia się od kilku lat, ale dopiero „Bogowie” nadali jego karierze rozpędu. Od tego czasu zdobywca nagrody im. Zbyszka Cybulskiego niemal nie schodzi z planu filmowego. Z Piotrem Głowackim rozmawiamy o jego najnowszym serialu „Belfer”, a także o sposobach na wejście w rolę, polskich produkcjach oraz dojrzałości aktora.

Kiedyś powiedział Pan, cokolwiek żartobliwie, że byłby gotowy zagrać Bonda, a zdaje się, że aspirant Papiński to postać na przeciwległym biegunie.

Jestem ciekawy, jak pan odbiera Papińskiego po obejrzeniu pierwszego odcinka. Może jest marzycielem, który chciałby być Bondem, a może pod płaszczem stróża prawa kryje się pomocnik Doktora Zło. Z Bondem łączy go przekonanie, że stoi po właściwej stronie i decyduje się od czasu do czasu na przekraczanie granic, ale która to strona i gdzie są granice, pozwólmy odkryć widzom w następnych odcinkach. Mógłby to być taki polski Bond na miarę naszej belfrowskiej miejscowości, a kim się okaże, przekonają się ci, którzy wytrwają do końca.

Ja odbieram go jako faceta, który bardziej niż głową, myśli sercem.

Budując tę rolę, myślałem o tym. Zastanawiałem się, co jest jego mocną stroną i doszedłem do konkluzji, że niekoniecznie umiejętności czy potencjał intelektualny, ale przekonanie o słuszności tego, co robi. Jest policjantem stamtąd i chce działać na rzecz konkretnej społeczności. To by się zgadzało z tym, co pan mówi, że to serce jest jego głównym motywem do działania, aczkolwiek nie mogę wykluczyć sytuacji, w której zwiedzie go ono na manowce. Nasze zalety są naszymi najsłabszymi punktami.

Jak Piotr Głowacki nasiąka rolą? Nie chciałbym rozszerzać tego pytania na całe pańskie portfolio aktorskie, bo podejrzewam, że za każdym razem jest jednak inaczej i ograniczę się może do rzeczonego Papińskiego…

Jest podobnie, bo posługuję się zbliżonym zestawem narzędzi pracy. Niezmiennie najbardziej mnie interesuje próba znalezienia jak największej liczby detali i powiązań z rzeczywistością. Tak, żeby z dialogów i strzępów informacji w skąpych scenariuszowych didaskaliach wyciągnąć konkretność życia bohatera, domyślić się jego pragnień i sposobów na ich realizację. Przy Belfrze najciekawsze było to, że mamy do czynienia z zawiłą zagadką kryminalną, której rozwiązania nie znaliśmy, tworząc serial. Nikt z nas nie miał pewności, czy jego postać nie jest mordercą.

Mężczyzna w mundurze policjanta

Jak się Panu pracowało ze scenariuszem z literackimi naleciałościami? Bo, jak przynajmniej podejrzewam z uwagi na fakt, iż odpowiedzialni są za niego Monika Powalisz i Jakub Żulczyk, są one tam obecne?

Scenariusz na pewno wyróżnia precyzyjna konstrukcja. Autorzy, którzy nie mają silnych przyzwyczajeń filmowych i jeszcze do końca nie są pewni, co film zrobi z ich scenariuszem, idą, jako literaci, o wiele głębiej w powiązania bohaterów, w szczegóły akcji. To daje dużą radość gry. Można po prostu oddać się zapisanym zdarzeniom, które konsekwentnie wynikają z siebie, dając uważnemu widzowi dostęp do świata wewnętrznego bohaterów. Poznajemy postaci przez ich działania, a nie „odaktorskie” komentarze. Widzimy postaci żyjące, dokonujące wyborów w precyzyjnie skonstruowanym świecie i to przypisałbym właśnie literackiemu doświadczeniu autorów.

Ponownie pracuje Pan z reżyserem Łukaszem Palkowskim, spotkaliście się już panowie przy Bogach. Zakładam, że skoro znowu jesteście razem na planie, dobrze się dogadujecie?

Łukasz jest człowiekiem akcji. Jego charakter wpłynął na Bogów i z opowieści o przeszczepie serca uczynił historię wręcz kryminalną. Tutaj mamy świetny scenariusz kryminalny, więc tym bardziej mógł skoncentrować się na działaniach, bo tak samo jak lubi opowiadać historie, lubi też nakręcać akcję. A i sama praca była dynamiczna, szybka, powiedziałbym, że błyskotliwa.

Często mówi się o złotej erze telewizji, zwłaszcza w kontekście tej zachodniej. Polskie stacje również gonią produkcje amerykańskie. Jak pan myśli, co człowiek przyzwyczajony do takich seriali jak Broadchurch czy Dochodzenie znajdzie nowego w Belfrze?

Podobnie poważne traktowanie widza. Zapraszamy go do rozwiązania zagadki kryminalnej, nad którą cała ekipa pracowała, aby do końca pozostała tajemnicą. Zdaje mi się, że lubimy słuchać historii, których końca nie znamy. To, że serialowa rewolucja staje się u nas coraz wyraźniejsza wynika z faktu, że nasze seriale tworzą ludzie, którzy sami oglądają seriale amerykańskie czy skandynawskie. Po prostu chcemy robić rzeczy tak samo fajne.

Nie mogę teraz nie zapytać, czy Pan ogląda na bieżąco jakieś seriale?

Na bieżąco nie, raczej oglądam całymi sezonami. Z uwagi na pracę nie mam takiej możliwości, żeby każdego tygodnia o tej samej porze usiąść przed telewizorem. Jeśli jakiś serial do mnie przemówi, to staram się obejrzeć za jednym zamachem najwięcej ile mogę. Ale czasem też sięgam po nie w ramach researchu, żeby zobaczyć, jaki został zastosowany schemat fabularny, chwyt formalny, czy jak potraktowano temat lub bohatera.

Ma Pan na koncie wiele zróżnicowanych ról, a przecież całkiem niedawno otrzymał Pan nagrodę Zbyszka Cybulskiego i stąd moje następne pytanie. Czy istnieje jakaś cezura oddzielająca aktora młodego od aktora dojrzałego? A może to się nie wyklucza?

Zdecydowanie się nie wyklucza, bo wiek aktora filmowego jest ściśle związany z doświadczeniem. Ono daje nam dojrzałość w naszej pracy. Jeśli ktoś w dzieciństwie zagrał w trzydziestu pięciu filmach, a obok niego stanie aktor, który ma sześćdziesiąt pięć lat doświadczenia scenicznego, ale to jest dla niego debiut filmowy, to dojrzałym aktorem filmowym będzie ten dwunastolatek. Ma obycie, ma wiedzę, z których wynikają konkretne umiejętności: podział kompetencji, komunikacja, język planu filmowego, sposób czytania scenariusza. Składają się one na pracę aktora. Drugim aspektem jest dojrzałość ludzka, w rozumieniu umiejętności korzystania z wiedzy zawodowej i życiowej. Tu mamy coraz większy problem w określeniu tego terminu ze względu na wydłużające się życie, zmiany cywilizacyjne, rodzicielstwo. Dwie rzeczy, które mnie pomagają określić w jakim punkcie dojrzałości się znajduję, to rzeczywiście nagroda Zbyszka Cybulskiego, wręczana do trzydziestego piątego roku życia, co jasno wyznacza górną granicę aktorskiej młodości, oraz fakt, że średni mężczyzna Polak ma dziś trzydzieści sześć lat. Tyle co ja w tej chwili!

Z mojej perspektywy Pańska kariera biegnie tak, jak aktor mógłby sobie wymarzyć, ale zawód ten wiąże się zawsze z niepewnością. Czy wobec tego aktor może być kiedykolwiek pewny swojej pozycji?

Chyba nikt z nas w żadnym zawodzie, póki rola państwa nie jest ustabilizowana, nie może się czuć w pełni bezpiecznie zawodowo. Bez różnicy, czy jest się lekarzem, dziennikarzem czy murarzem. Poczucie bezpieczeństwa w tym wypadku rozumiem tak, że w chwili gdy się potknę i złamię nogę, to obojętnie, czy pracuję na budowie, czy w filmie, mam pewność zorganizowanego systemu pomocy, który pozwoli mi dojść do siebie, wyleczyć i wrócić do pracy, bez poczucia dodatkowej straty czy wykluczenia. Jako młode społeczeństwo, kraj, naród, ciągle pracujemy na to bezpieczeństwo.

Żałuje Pan którejś ze swoich decyzji zawodowych? Nie chodzi mi nawet o role, które Pan przyjął, ale raczej te, których Pan nie przyjął.

Myślę, że życie ma tylko jedną wersję i każda, nawet najdrobniejsza, zmiana generuje coś nowego. Cieszę się z tego ciągu zmian, który doprowadził mnie do momentu, w którym teraz jestem.

Rozmawiał: Bartosz Czartoryski

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera